Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 stycznia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Już nie taki „Antypop”

Esensja.pl
Esensja.pl
Prawie dwanaście lat – dokładnie sto czterdzieści trzy miesiące. Tyle trzeba było czekać na nowy długograj Lesa Claypoola i jego Primusa. Warto było. Choćby z tego powodu, że jest to płyta lepsza od „Antipop” i przynajmniej o dwie klasy przewyższająca „Rhinoplasty”.

Primus
‹Green Naugahyde›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGreen Naugahyde
Wykonawca / KompozytorPrimus
Data wydania12 września 2011
Wydawca Mystic Production
NośnikCD
Czas trwania50:46
Gatunekrock
EAN822550001920
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Utwory
CD1
1) Prelude To A Crawl
2) Hennepin Crawler
3) Last Salmon Man
4) Eternal Consumption Engine
5) Tragedy’s a’ Comin’
6) Eyes Of The Squirrel
7) Jilly’s On Smack
8) Lee Van Cleef
9) Moron TV
10) Green Ranger
11) HOINFODAMAN
12) Extinction Burst
13) Salmon Men
Można „Green Naugahyde” postawić obok albumów nagranych przez trio w latach 1991-1997. Co prawda poziomem nie sięga ona „Pork Soda”, a brzmienie jest kontynuacją ostatniego LP, to jednak czuć w tej muzyce prawdziwą radość grania, z jaką mamy do czynienia w przypadku scenicznych debiutantów. Muzycznie mamy tu wszystko, czego należało się spodziewać – przepełnioną basowymi motywami, pełną absurdalnego humoru funk-rockową mieszankę. Niestety – i tu największy zarzut wobec tego materiału – nic więcej. Poza przyjemnością obcowania z dobrze brzmiącymi instrumentami i dowodami technicznych umiejętności muzyków, nowy krążek legendy alternatywnego grania nie daje zbyt wiele. Brak rwących schematyczne ramy progresywnych pochodów, metronomicznych wygibasów i rytmicznych połamańców; większość utworów ogrywa bardzo podobny kompozycyjny schemat, wokal Lesa ogranicza się do zaledwie dwóch, trzech sposobów artykulacji, a do tego, słuchając jego partii, ma się wrażenie, że gdzieś po drodze zagubił się producent. Dzisiejszy Primus nie jest już najdziwniej grającą ekipą. No i co z tego? W sumie nic, bo słucha się tych trzynastu kompozycji z przyjemnością i radością, choć po kilku razach z „Green Naugahyde” można ograniczyć się do kilku wybranych. Zwłaszcza tych, gdzie Claypool, LaLonde i Lane stawiają na klimat i/lub po prostu dobrą zabawę. Każdy fan ucieszy się jak dziecko, gdy po preludium następują pierwsze takty „Hennepin Crawler”, neurotyczno-narkotykowego funku. Tuż za nim wyłania się „Last Salmon Man (Fisherman’s Chronicles, Part IV)” i przez sześć minut trzyma w napięciu dzięki ciekawym dialogom basowo-perkusyjnym, humorystycznym, knajpiano-cyrkowym wstawkom i psychodelicznej wycieczce w trakcie solowej partii gitary. To udana kontynuacja „Kronik Rybaka”. Do najlepszych momentów zaliczyć trzeba także klimatyczny, wciągający pulsującym i plumkającym basem oraz kapiącą gitarą, „Eyes Of The Squirrel”, który oparty jest na bardzo dobrym bicie. Słuchając tego ostatniego, wydaje się, jakby „Pork Soda” wydano rok temu. W „Moron TV” panowie sięgają jeszcze dalej, bo aż do czasów „Frizzle Fry”, lecz już bez takiego polotu i błysku, a szkoda. Dobrze wypada „Eternal Consumption Engine”, gdzie usłyszymy tę bardziej absurdalną stronę wyobraźni autorów. Również ciekawie robi się w drugiej części „Tragedy’s A’ Comin’”, kiedy instrumentaliści wchodzą w orientalne skale; mimo że sam kawałek jest za długi jak na to, co ma do zaoferowania. Ostatnim wartym przesłuchania jest „Extinction Burst”, w którym każda partia bliska jest szaleństwu, a całość galopuje w kierunku czystego obłędu; obok „Last Salmon Man” i „Eyes Of The Squirrel” to najlepsza rzecz na „Green Naugahyde”. Reszta to tylko odbicie dawnego blasku, jak np. „Jilly’s On Smack”, któremu blisko do Primusowej łamigłówki, jednak brak mu wyrazu.
Trudno nie zauroczyć się i nie pochylić głowy przed indywidualnymi umiejętnościami muzyków. LaLonde czasem uraczy zeppelinowym riffem, czasem zachwyci hendriksową barwą. Co najważniejsze, ma świetne wyczucie chwili i nastroju – jemu nie potrzeba tysiąca dźwięków, by wprowadzić odpowiednie napięcie i pożądaną dramaturgię. Oczywiście, gitara pełni rolę drugich skrzypiec, gdyż Primus to przede wszystkim bas, a tym razem również i perkusja, która jest tu instrumentem pierwszoplanowym, na równi z grą Lesa. Jay Lane, powracający do składu pierwszy pałker grupy jeszcze z czasów poprzedzających debiutancki „Suck on This”, to prawdziwe zaskoczenie in plus. To właśnie on był współtwórcą „brzmienia Primusowego” i, proszę państwa, kłaniam się uniżenie przed jego grą, bo sposób, w jaki Lane potrafi wykorzystać hi-hat, może zawstydzić i zniechęcić wielu młodych adeptów tego instrumentu. Mamy zatem prawdziwy powrót do korzeni, wszystko zdaje się być na miejscu, a mimo tego czegoś tu brak. Kolejne numery wpadają w ucho od razu, melodie dają się bez problemu zanucić, a rytmika w poszczególnych kawałkach nie bawi się ze słuchaczem w chowanego. Bardziej konwencjonalne granie sprawia, że całość jest łatwa w odbiorze i po kilku przesłuchaniach zaczyna się nudzić, przez co radość z wyczekiwanej płyty maleje. Nieraz, słuchając tych kompozycji, pomyślałem: „Kurcze, jak oni jadą!”, ale ani razu nie przemknęło mi przez głowę: „O rany, jak oni to wymyślili?” – co do dziś zdarza mi się, gdy słucham „Pork Soda” czy „Brown Album”.
Pomijając to małe rozczarowanie, należy podkreślić, że Primus ciągle ma jaja, choć teraz podane są one na miękko. Jeśli ktoś spodziewał się, że po tylu latach przerwy Claypool i spółka powrócili, gdyż mieli coś nowego do powiedzenia, to będzie zawiedziony i chyba lepiej by było, gdyby ostatnim wydawnictwem grupy pozostała EP-ka z 2003 roku, a na kolejny pełny album fani grupy wciąż czekali. Dla tych natomiast, dla których jest to pierwsze zetknięcie z muzycznym światem Lesa Claypoola i jego załogi (przecież od największych sukcesów grupy wyrosło już całe nowe pokolenie słuchaczy), „Green Naugahyde” może być awangardową petardą. Niestety, świadczy to o miałkości całej dzisiejszej sceny rockowej i potwierdza tezę Lesa: „Everything is made in China”. Również w odniesieniu do jego Primusa.
koniec
22 listopada 2011
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Wulkaniczny wehikuł czasu
Sebastian Chosiński

4 I 2018

To kolejna – po „Zośce” – wyprawa poznańskiego jazzmana Macieja Fortuny do świata polskiego folkloru ocalonego przed laty przez Oskara Kolberga. Wyprawa tym bardziej niezwykła, że zaprowadziła kwartet Słowiański aż na Islandię. Znaczący jest również tytuł albumu – „Concert Inside the Volcano” – w którym nie ma nawet słowa przesady. Ten materiał rzeczywiście został zarejestrowany we wnętrzu… wulkanu.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Awangardowa potańcówka
Sebastian Chosiński

2 I 2018

Norweska supergrupa (free)jazzowa Cortex przebudziła się po raz piąty. Po raz trzeci też wydała album pod skrzydłami cenionej w środowisku wytwórni Clean Feed z Lizbony. Tytuł wydawnictwa uznać można za najlepszą – i w zasadzie wyczerpującą – recenzję: „Avant-Garde Party Music”. By jednak czytelnicy nie posądzili nas o pójście na łatwiznę, o najnowszej płycie Skandynawów napiszemy trochę więcej.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Tak samo, ale zupełnie inaczej
Sebastian Chosiński

28 XII 2017

W rok po publikacji omawianego w „Esensji” albumu „Cash and Carry” światło dzienne ujrzało kolejne wydawnictwo Kwartetu Perkusyjnego amerykańskiego saksofonisty Dave’a Rempisa. Podobnie jak w przypadku poprzedniczki, „Cochonnerie” to również płyta idealnie definiująca współczesny free jazz, w którym nie brakuje ani szalonych zespołowych improwizacji, ani chwil kontemplacji.

więcej »

Polecamy

Nauczyli się latać

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Nauczyli się latać
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Polacy na metalowo
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Śniegu płoń!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Tegoż autora

Anioły są na ziemi. Diabły też
— Jakub Stępień

Fanom – fani
— Jakub Stępień

Jeszcze jedno muzyczne podsumowanie 2011
— Jakub Stępień

Ta Nosowska
— Jakub Stępień

…a będzie coraz lepiej
— Jakub Stępień

Wieści z wariatkowa
— Jakub Stępień

Mgiełki (z) Dzikiego Zachodu
— Jakub Stępień

Wycinanki i wyklejanki
— Jakub Stępień

Niektóre rzeczy się nie zmieniają
— Jakub Stępień

Czymkolwiek ludzie mówią, że są, tym oni nie są
— Jakub Stępień

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.