Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 czerwca 2021
w Esensji w Esensjopedii

My Brother The Wind
‹I Wash My Soul In The Stream Of Infinity›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułI Wash My Soul In The Stream Of Infinity
Wykonawca / KompozytorMy Brother The Wind
Data wydania2 listopada 2011
Wydawca Transubstans Records
NośnikCD
Czas trwania50:23
EAN7393210233423
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Fire! Fire!!13:08
2) Pagan Moonbeam3:47
3) The Mediator Between Head And Hands Must Be The Heart5:41
4) Torbjörn Abelli10:59
5) Under Crimson Skies10:34
6) I Wash My Soul In The Stream Of Infinity6:20
Wyszukaj / Kup

Psychodeliczna dusza w strumieniu nieskończoności
[My Brother The Wind „I Wash My Soul In The Stream Of Infinity” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Gdyby sporządzano ranking najszybciej nagranych płyt w historii muzyki rockowej, szwedzki kwartet My Brother the Wind miałby ogromne szanse nie tylko zająć jedno z czołowych miejsc, ale wręcz go wygrać. Debiutancki album „Twilight in the Crystal Cabinet” panowie zrealizowali w dwie godziny, na drugi – zatytułowany „I Wash My Soul in the Stream of Infinity” – przeznaczyli, co prawda, dwa razy tyle czasu, ale to wciąż wynik bliski rekordu.

Sebastian Chosiński

Psychodeliczna dusza w strumieniu nieskończoności
[My Brother The Wind „I Wash My Soul In The Stream Of Infinity” - recenzja]

Gdyby sporządzano ranking najszybciej nagranych płyt w historii muzyki rockowej, szwedzki kwartet My Brother the Wind miałby ogromne szanse nie tylko zająć jedno z czołowych miejsc, ale wręcz go wygrać. Debiutancki album „Twilight in the Crystal Cabinet” panowie zrealizowali w dwie godziny, na drugi – zatytułowany „I Wash My Soul in the Stream of Infinity” – przeznaczyli, co prawda, dwa razy tyle czasu, ale to wciąż wynik bliski rekordu.

My Brother The Wind
‹I Wash My Soul In The Stream Of Infinity›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułI Wash My Soul In The Stream Of Infinity
Wykonawca / KompozytorMy Brother The Wind
Data wydania2 listopada 2011
Wydawca Transubstans Records
NośnikCD
Czas trwania50:23
EAN7393210233423
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Fire! Fire!!13:08
2) Pagan Moonbeam3:47
3) The Mediator Between Head And Hands Must Be The Heart5:41
4) Torbjörn Abelli10:59
5) Under Crimson Skies10:34
6) I Wash My Soul In The Stream Of Infinity6:20
Wyszukaj / Kup
Historia My Brother the Wind rozpoczęła się wiosną 2009 roku, kiedy to lider Anekdoten, wokalista i gitarzysta Nicklas Barker, wziął gościnnie udział w nagrywaniu debiutanckiego albumu grupy Makajodama, w której czołową postacią jest – również grający na gitarze – Matthias Danielsson. Od słowa do słowa i panowie zdecydowali się na wspólny projekt, do którego zaprosili jeszcze sekcję rytmiczną zespołu Magnolia, czyli braci Ronny’ego (bas) oraz Tomasa (perkusja) Erikssonów. Barker, który zaczynając karierę nazywał się jeszcze Berg (po ślubie przyjął nazwisko żony), to jedna z najjaśniejszych postaci na firmamencie współczesnego skandynawskiego rocka progresywnego. Był nie tylko współzałożycielem Anekdoten, z którym nagrał do tej pory pięć albumów studyjnych („Vemod”, 1993; „Nucleus”, 1995; „From Within”, 1999; „Gravity”, 2003; „A Time of Day”, 2007), ale także pomysłodawcą, założonego do spółki z dwoma muzykami Landberk (a następnie Paatos), projektu Morte Macabre. Wydana przezeń przed czternastoma laty płyta „Symphonic Holocaust” to jeden z najbardziej intrygujących progresywnych krążków końca XX wieku. Z kolei Danielsson zaczynał karierę w połowie ubiegłej dekady w kapeli Gösta Berlings Saga, której szeregi opuścił jednak po wydaniu pierwszego albumu zatytułowanego „Tid är Ljud” (2006). Później trafił do grupy Makajodama, po której pozostał, jak na razie, tylko jeden, noszący zresztą tę samą nazwę, krążek.
Magnolia braci Erikssonów ma żywot znacznie dłuższy, ponieważ jej początki sięgają 1994 roku. Na debiut płytowy kapela z Åmål – prowincjonalnego miasteczka rozsławionego na całym świecie przez wielokrotnie nagradzany na festiwalach filmowych obraz Lukasa Moodyssona „Fucking Åmål” (1998) – musiała jednak poczekać długich dwanaście lat, bowiem dopiero po takim czasie ukazała się „Magnolia”, po której światło dzienne ujrzały jeszcze dwie płyty – „Falska Vägar” (2008) oraz „Steg för steg” (2010). Kiedy w końcu drogi Nicklasa, Matthiasa, Ronny’ego i Tomasa zeszły się w jednym punkcie, panowie postanowili kuć żelazo póki gorące i niemal natychmiast, to znaczy po dogadaniu niezbędnych szczegółów, weszli do studia. Trwający prawie sześćdziesiąt minut instrumentalny album „Twilight in the Crystal Cabinet” nagrali pewnego majowego wieczoru 2009 roku w ciągu zaledwie dwóch godzin; następnego dnia materiał ten zmiksowali, również poświęcając na to tylko dwie godziny, po czym oddali go w ręce szefów mającej swoją siedzibę w maleńkiej mieścinie Skivarp na południowym cyplu Szwecji wytwórni Transubstans Records. Tej samej, która wydaje między innymi zespoły Abramis Brama, Anima Morte, Crystal Caravan, Gargamel, Graveyard, Lucifer Was, Three Seasons oraz Siena Root. Muzyka, która trafiła na debiutancką płytę My Brother the Wind, była całkowicie improwizowana w studiu, choć oczywiście trzeba brać pod uwagę, że przed odpaleniem sprzętu nagraniowego muzycy musieli ustalić jakieś ramy czy też granice, poza które postanowili się nie oddalać.
„Twilight in the Crystal Cabinet” (2010) spotkało się z bardzo ciepłym przyjęciem fanów rocka progresywnego i psychodelii. Nie powinien zatem dziwić fakt, że niebawem czwórka Skandynawów zdecydowała się na powtórzenie tego niezwykle twórczego eksperymentu. Dwudziestego drugiego stycznia 2011 roku pojechali więc ponownie do „pieprzonego” Åmål i zamknęli się w studiu nagraniowym na – uwaga! – całe cztery nocne godziny. Dzień później zarejestrowany materiał obrobili i od tej pory mogli już tylko z utęsknieniem czekać na moment, aż płyta, której nadali prawdziwie psychodeliczny tytuł „I Wash My Soul in the Stream of Infinity” („Myję duszę w strumieniu nieskończoności”), ujrzy światło dzienne, co stało się przed niespełna czterema miesiącami (dokładnie: drugiego listopada). Na krążku znalazło się sześć utworów, w tym trzy liczące sobie ponad dziesięć minut – ot, może to i szczegół, ale na pewno istotny dla tych, którzy gustują w dłuższych formach. Wrażenie robi już początek. Otwierająca album kompozycja „Fire! Fire!!” to połączenie psychodelii i space rocka (spod znaku Niemców z Amon Düül II, Guru Guru, Can czy Embryo) w najczystszej postaci. W ciągu pierwszych czterech minut mamy do czynienia z wielkim chaosem, ale nie dźwiękową kakofonią, z którego ostatecznie wyłania się transowa muzyka. Nałożone na siebie partie gitar Barkera i Danielssona tworzą prawdziwie kosmiczną głębię, która zasysa słuchacza bez reszty.
W nieco innym klimacie utrzymany jest niespełna czterominutowy, liryczno-hipnotyczny „Pagan Moonbeam”, w którym od pierwszych sekund, na tle obsługiwanych przez Ronny’ego Erikssona klawiszy (organów Hammonda i syntezatorów Korga), prym wiedzie grający na elektrycznym sitarze Matthias. Z kolei niewiele, bo zaledwie o dwie minuty dłuższy utwór „The Mediator Between Head and Hands Must Be the Heart” opiera się na subtelnej partii sekcji rytmicznej, wokół której, jak bluszcz, owijają się dźwięki obsługiwanych przez Barkera mellotronu i clavinetu. Najbardziej chwytającym za serce kawałkiem jest niemalże jedenastominutowy „Torbjörn Abelli”. Jednak też trudno się temu dziwić, skoro poświęcony został tak właśnie nazywającemu się, zmarłemu jedenastego sierpnia 2010 roku, gitarzyście basowemu, harfiście i fleciście legendarnego szwedzkiego zespołu Träd, Gräs och Stenar. Grupa ta działała na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku (wydała wtedy dwa albumy studyjne i dwa koncertowe), reaktywowała się w 2003 roku i – pomimo śmierci jednego z muzyków – okazjonalnie koncertuje po dziś dzień. „Torbjörn Abelli” to kolejny po „Pagan Moonbeam” utwór, w którym słychać bardzo wyraźne inspiracje muzyką etniczną. Przywodzi on na myśl okres świetności krautrocka (sprzed czterech dekad), kiedy to kapele z Niemiec Zachodnich, takie jak Amon Düül II, Faust, Agitation Free, a nade wszystko Popol Vuh, zafascynowane kulturą Wschodu, w swoich eksperymentalnych improwizacjach czerpały pełnymi garściami z tradycji muzycznych Tybetu, Indii, i innych krajów azjatyckich.
Znacznie więcej energii niesie za to ze sobą przedostatni w zestawie „Under Crimson Skies” – z tą jednak różnicą, że jedynie przez kilka pierwszych (z ponad dziesięciu) minut; później tempo opada, a do głosu dochodzą powłóczyste, przetworzone elektronicznie, dźwięki gitary. Tym sposobem ponownie zostajemy przeniesieni w przestrzeń kosmiczną, która może wydać nam się nawet znajoma – pod warunkiem, że przed laty oddawaliśmy się namiętnie słuchaniu takich pinkflodowych klasyków jak „Careful with That Axe, Eugene” lub „Set the Controls for the Heart of the Sun”… Zamykający album utwór tytułowy, przez który prowadzą nas organowe pasaże Ronny’ego (na pierwszym planie) i powtarzany jak mantra gitarowy motyw Nicklasa (w tle), to leniwie tocząca się progresywno-psychodeliczna kompozycja, mająca do spełnienia jeden podstawowy cel – wyciszyć wszystkie emocje i wprawić w odpowiednio melancholijny nastrój przed nadchodzącym wielkimi krokami snem. Właśnie! Bo tej płyty należy słuchać późną nocą – o tej samej porze, o której została nagrana. Trudno orzec, jak długi może być żywot My Brother the Wind, ale należy mieć nadzieję (wiadomo, ta umiera ostatnia), że tak świetnie się rozumiejący panowie Barker, Danielsson i Eriksson (razy dwa) jeszcze niejeden raz obiorą kurs na Åmål i upichcą danie, którym będzie można potem długo karmić zmysły.
koniec
21 lutego 2012

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Czysta magia, czyli… sukces z chaosu
Sebastian Chosiński

17 VI 2021

Trio Simulacrum to, jak dotąd, największe objawienie w stajni Tzadik Records w XXI wieku. Nic więc dziwnego, że w ostatnich latach to właśnie tej grupie John Zorn poświęcał najwięcej uwagi. Teraz jej miejsce może zająć kwartet Chaos Magick, który powstał po dokooptowaniu do Simulacrum pianisty Briana Marselli. Zespół zadebiutował w kwietniu tego roku albumem zatytułowanym po prostu „Chaos Magick”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Magia, okultyzm i akt wiary
Sebastian Chosiński

15 VI 2021

John Zorn to prawdziwy intelektualista. Człowiek o niezwykle szerokich horyzontach, który nie stroni od fascynacji kontrowersyjnymi ideami. Stąd utwory – i płyty – inspirowane gnozą bądź okultyzmem. Ten ostatni obecny jest chociażby na wydanym w marcu tego roku albumie „Heaven and Earth Magick”. Nie spodziewajcie się po nim jednak brzmień black- bądź deathmetalowych.

więcej »

Tacy artyści, jak Morricone, nie umierają
Sebastian Chosiński

10 VI 2021

John Zorn bardzo mocno przeżył w ubiegłym roku śmierć Ennia Morriconego. Do tego stopnia, że po raz kolejny zaprosił na sesję muzyków tworzących The Gnostic Trio (wraz z gościem specjalnym, jakim okazał się organista John Medeski). Owocem ich pracy okazał się wydany w lutym tego roku poświęcony legendarnemu Włochowi album „Gnosis: The Inner Light”.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Tegoż autora

Nieuleczalna dusza, słaby duch
— Sebastian Chosiński

Tacy artyści, jak Morricone, nie umierają
— Sebastian Chosiński

Karaibski puls, słowiańska nostalgia
— Sebastian Chosiński

Śledczy od spraw beznadziejnych
— Sebastian Chosiński

Hołd dla legend minionych
— Sebastian Chosiński

Niebezpiecznie być milionerką
— Sebastian Chosiński

W gnieździe os
— Sebastian Chosiński

Przyjaciel sprzed lat
— Sebastian Chosiński

Gdyby Puebla leżała na Śląsku…
— Sebastian Chosiński

Krwawe Puerto Blanco
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.