Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 7 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Deadlock
‹Ambicja›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułAmbicja
Wykonawca / KompozytorDeadlock
Data wydania1981
NośnikCD
Gatunekrock
EAN5906453604978
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Ambition
2) Psalm Number 1
3) Everywhere
4) Frontline
5) Am I Victim Of A Safety Pin?
6) Get Up, Stand Up
7) I Am On The Top
8) Front Line
9) Shitter
10) I Hate Saturdays
11) Boredom
12) I Don’t Wanna Be Walked On
13) We Are Deadlock
Wyszukaj / Kup

Underground from Poland: Twoja ambicja zabija ciebie! Lecz ta „Ambicja” to nie wróg…
[Deadlock „Ambicja” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
Jak na dzisiejsze standardy, płyta brzmi fatalnie. Bywa, że gitary nie stroją, zespół nie może się zgrać, a wokalista fałszuje. To wszystko nie ma jednak najmniejszego znaczenia, ponieważ jest to historia polskiego rocka, którą każdy fan powinien poznać. Głównie dlatego, że na wydanej w 1981 roku „Ambicji” – jedynym albumie grupy Deadlock – znalazło się kilka znakomitych piosenek.

Sebastian Chosiński

Underground from Poland: Twoja ambicja zabija ciebie! Lecz ta „Ambicja” to nie wróg…
[Deadlock „Ambicja” - recenzja]

Jak na dzisiejsze standardy, płyta brzmi fatalnie. Bywa, że gitary nie stroją, zespół nie może się zgrać, a wokalista fałszuje. To wszystko nie ma jednak najmniejszego znaczenia, ponieważ jest to historia polskiego rocka, którą każdy fan powinien poznać. Głównie dlatego, że na wydanej w 1981 roku „Ambicji” – jedynym albumie grupy Deadlock – znalazło się kilka znakomitych piosenek.

Deadlock
‹Ambicja›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułAmbicja
Wykonawca / KompozytorDeadlock
Data wydania1981
NośnikCD
Gatunekrock
EAN5906453604978
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Ambition
2) Psalm Number 1
3) Everywhere
4) Frontline
5) Am I Victim Of A Safety Pin?
6) Get Up, Stand Up
7) I Am On The Top
8) Front Line
9) Shitter
10) I Hate Saturdays
11) Boredom
12) I Don’t Wanna Be Walked On
13) We Are Deadlock
Wyszukaj / Kup
Kiedy powstał Deadlock? Źródła są bardzo niespójne. Pierwsze wydanie „Encyklopedii polskiego rocka” (sprzed szesnastu lat) w notce, której autorem jest Leszek Gnoiński, podaje, że to wiekopomne wydarzenie miało miejsce w 1979 roku (co powiela Wikipedia). Ta sama notka przedrukowana w książeczce dołączonej do kompaktowej reedycji albumu zawiera już jednak inną datę – o dwa lata wcześniejszą. Tymczasem gdzieniegdzie w Internecie można natknąć się na wspomnienia weteranów trójmiejskiej sceny rockowej twierdzących, że Deadlock istniał już w 1978, a nawet 1976 roku. Nie ma za to najmniejszych wątpliwości, że grupa powstała w Gdańsku, a założyło ją – jeszcze pod nazwą The Trogs – czterech uczniów szkół średnich. Pierwszy, historyczny skład wyglądał prawdopodobnie następująco: Bogdan Rzeźniczak „Plexi” – śpiew i bas, Maciej Wiliński „Brunet” (zwany również we wczesnym okresie „Polsilverem”) i „Kołacz” – gitary (potem ten drugi przerzucił się na gitarę basową) oraz „Trupek” – perkusja. Niedługo później tego ostatniego zastąpił Jacek Lenartowicz „Luter”, który pierwotnie bawił się w menadżera zespołu, by następnie na jakiś czas zostać jego prawdziwym „mózgiem”. Stało się tak z kilku powodów – to on wymyślił nową nazwę, on pisał teksty (znał znakomicie język angielski), on również dzięki swoim kontaktom na Zachodzie miał dostęp do nowej muzyki anglosaskiej, z którą zaznajamiał kolegów z kapeli. Starszym czytelnikom, doskonale pamiętającym czasy PRL-u, nie trzeba tłumaczyć, że w tamtej epoce dla większości fanów muzyki rockowej (zwłaszcza tych z prowincji) jedynym źródłem nagrań zespołów zachodnich były rozgłośnie radiowe (stroniące od muzyki undergroundowej); ci z większych miast mogli ewentualnie udać się na giełdę płyt i znacznie przepłacając, zaopatrzyć się w jakiś niedostępny w normalnych sklepach krążek. Gdańszczanie mogli jeszcze wejść w kooperację ze znajomymi marynarzami pływającymi za „żelazną kurtynę” i często z tej właśnie drogi korzystali.
Nie bez przyczyny na przestrzeni kilku dekad nowe trendy w polskiej muzyce młodzieżowej rozlewały się na cały kraj właśnie z Trójmiasta (Sopotu, Gdyni i Gdańska). Tam po raz pierwszy dali o sobie znać młodzi jazzmani i wielbiciele rock and rolla; tam rodziły się legendarne polskie kapele big-beatowe: Rhythm and Blues, Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni czy Czerwone Gitary. Sławę zdobywały nie tylko zespoły, ale również miejsca (czytaj: kluby), w których odbywały się koncerty – gdańskie „Rudy Kot” i „Żak” oraz sopocki „Non Stop”. Czy powinno nas więc dziwić, że początki polskiego punk rocka też w jakimś stopniu wiążą się z Trójmiastem? Choć, dodajmy gwoli ścisłości, że nie tylko. Lesław (Leszek) Danicki, który dzięki grupie Walek Dzedzej Pank Bend, dał się poznać jako pierwszy punkowiec w kraju rządzonym przez Edwarda Gierka, do czasu swojej emigracji w 1978 roku związany był z Warszawą; podobnie zresztą Poland Kazika Staszewskiego (parę lat później w Kulcie), Fornit Pawła Rozwadowskiego „Kelnera” (w przyszłości Deuter), Tilt Tomasza Lipińskiego oraz The Boors Roberta Brylewskiego (które szybko przeistoczyło się w Kryzys Romansu, a następnie po prostu Kryzys); z kolei niemal całkowicie już dzisiaj zapomniany Poerocks narodził się w stolicy Dolnego Śląska, a KSU – w odległych bieszczadzkich Ustrzykach Dolnych. Honoru Pomorza broniły jeszcze Nocne Szczury z położonego niespełna siedemdziesiąt kilometrów na północ od Gdańska Władysławowa. Drogi części z wymienionych powyżej kapel (w tym Deadlocka) przecięły się w sierpniu 1980 roku w Kołobrzegu, gdzie odbywał się – na scenie dotychczas zarezerwowanej przede wszystkim dla artystów uświetniających Festiwal Piosenki Żołnierskiej – trzydniowy, legendarny I Ogólnopolski Przegląd Zespołów Rockowych „Nowej Fali”.
Deadlock nie występował zbyt długo w oryginalnym składzie. Pierwsi odpadli „Trupek” i „Kołacz”; „Luter” też nie zagrzał miejsca – pod koniec 1979 roku opuścił Wybrzeże i przeniósł się do Warszawy; tam szybko znalazł wspólny język z Tomkiem Lipińskim i wspólnie założyli Tilt. Z kapelą pożegnał się także „Plexi”, co oznacza tyle, że jedynym z założycieli, który pozostał, był „Brunet”. Pozostałych zastąpili: wokalista Mirosław Szatkowski „Szymon” oraz gitarzysta basowy Rafał Wydlarski „Róża”; problem był natomiast z perkusistą. W Kołobrzegu 9 sierpnia 1980 roku za bębnami gościnnie zasiadł, wypożyczony z Kryzysu, Maciej Góralski „Magura” (wcześniej związany też z Walkiem Dzedzejem). Piętnaście lat później efemeryczna firma Płyta Records wypuściła piracką EP-kę z pięcioma kawałkami z tego koncertu (a więc jedynie jego fragmentem), które z kolei przed czterema laty dorzucono jako bonusy do drugiej kompaktowej reedycji debiutanckiego – i zarazem jedynego w karierze – albumu Deadlocka. Wszystkie piosenki śpiewane były po angielsku i prezentowały zespół w jego typowo punkowej wersji. „Shitter”, „Boredom” i „I Don’t Wanna Be Walked On” były w swej konstrukcji niemal bliźniaczo do siebie podobne – szybki, wywodzący się z rock’n’rolla rytm i wykrzyczano-skandowany wokal. Zaskakiwać mógł jednak „I Hate Saturdays” – najdłuższy z całej piątki (trwający prawie cztery minuty), wolny i ciężki, jakby chłopcy uparli się, że dla odmiany zagrają kawałek… hard rocka. Set zamykał „tytułowy” „We Are Deadlock” – z wysuniętą na pierwszy plan gitarą, powtarzającą niemal przez cały czas, do znudzenia, ten sam motyw. Utwory brzmią źle (jeśli chodzi o jakość) i mało oryginalnie (w kwestii stylu); pochodzą albo z konsoli, albo z „kaseciaka”, który trzymał w ręce stojący pod sceną fan. Mimo to ich wartość historyczna jest ogromna, słychać bowiem na nich „Bruneta”, który już niebawem rozstał się z kolegami. I chociaż przewijał się on później przez kolejne mutacje zespołu, to jednak nie dane mu już było pozostawić po sobie innych oficjalnych nagrań.
Jeszcze w tym samym 1980 roku szlakiem wytyczonym przez „Lutera” podążyli pozostali muzycy Deadlocka – Wiliński, Szatkowski oraz nowy basista Jacek Tobiasz „Fidel”, który zastąpił „Różę”. Wokalista zespołu po latach tak tłumaczył ten krok: „Sprawa przeniesienia do Warszawy wynikała z tego, że było to jedyne miejsce, gdzie można było grać sensowne koncerty. Sporo robił słynny Remont, który organizował imprezy studenckie. Kiedyś tam graliśmy pomiędzy Piotrem Szczepanikiem a Helmutem Nadolskim. Było to swego rodzaju uznanie dla naszych nowatorskich poczynań”. Po zainstalowaniu w stolicy pojawiła się również szansa nagrania materiału, który miał zostać wydany na płycie – tyle że nie w Polsce. Stał za tym pomysłem, urodzony w 1959 roku w Paryżu, niezależny francuski (choć ponoć hiszpańskiego pochodzenia) dziennikarz i pisarz Marc Boulet, między innymi absolwent Narodowego Instytutu Języków i Kultur Orientalnych. Wiele podróżował po świecie, a że interesował się punk rockiem, wyławiał mało znane i raczej niemające większych szans na zaistnienie w światowym szołbiznesie kapele z egzotycznych dla mieszkańca Zachodu krajów, po czym – najczęściej bez zgody autorów – publikował ich nagrania w swojej ojczyźnie. W Polsce Ludowej jego „ofiarami” padli panowie z Deadlocka i Kryzysu. Inna sprawa, że gdyby nie Boulet, płyty obu grup na pewno nie ujrzałyby światła dziennego – w PRL-u w 1981 roku było to zwyczajnie niemożliwe chociażby z przyczyn politycznych – i tym samym nie miałyby możliwości zapisania się wielkimi zgłoskami w historii polskiego rocka.
W czasie przygotowań do sesji ostatecznie rozstał się z grupą „Brunet” („zdezerterował” do Tiltu), który nie chciał zgodzić się na to, by płyta była nagrywana w Ursusie podczas koncertu bez udziału publiczności. Mimo że niebawem koncepcja uległa zmianie, Wiliński nie wrócił. A Deadlock miał już zarezerwowane studio. Wtedy też Szatkowski i Tobiasz zdecydowali się na wyjście najprostsze z możliwych – jako że od jakiegoś czasu byli także muzykami Kryzysu, poprosili o pomoc kumpli z tej kapeli. W efekcie na „Ambicji” zagrali poza nimi Robert Brylewski (gitara) i Maciej Góralski (perkusja), z którym zespół miał już przecież na koncie koncert w Kołobrzegu. Sesja odbyła się na początku 1981 roku w studiu, które mieściło się w należącym do Politechniki Warszawskiej klubie „Amplitron”. Było ono bardzo kiepsko wyposażone; realizatorzy nie mieli na stanie nawet słuchawek. Cały materiał, który później ukazał się na albumie, został nagrany w ciągu zaledwie trzech godzin. Co mogło z tego wyjść? Wbrew pozorom, mimo setek mankamentów, jedna z najważniejszych polskich płyt rockowych pierwszej połowy lat 80. ubiegłego wieku. Zadziwiająca udanym mariażem (post-)punka i nowej fali z reggae i ska.
1 2 »

Komentarze

« 1 2
19 VIII 2020   01:08:47

Apropos koncertu w Sopocie gdzie na wokalu jest Benek. Prawdą jest, że próby (raptem kilka) odbywały się w Łajbie przy DS Nr.7 w Sopocie na terenie UG. Natomiast koncert z którego są nagrania, jak słusznie zauwżył Cent (on zresztą też tam grał , jeśli ten Cent to tamten Cent), nie odbył się w Łajbie a tuż obok, w auli Wydziału Ekonomiki Transportu UG na ul. Świerczewskiego (dzisiaj, ul. Armii Krajowej).

« 1 2

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Twardziele z Zagłębia Ruhry
Sebastian Chosiński

11 XI 2021

Postindustrialne krajobrazy różnie wpływają na mieszkańców regionów uprzemysłowionych – jednych przyprawiają o myśli depresyjne, innym dają kopa do aktywnej działalności. W przypadku muzyków zespołu Plaindrifter, który narodził się w niemieckim Gelsenkirchen, mamy do czynienia z tym drugim. Czego najjaskrawszym dowodem pełnowymiarowy debiut tria – album „Echo Therapy”.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.