Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 marca 2019
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Esensja słucha: Lipiec 2012

Esensja.pl
Esensja.pl
„XXX”, „La Mar”, „Félicité Thösz”, „Consequences”, „A Life Within a Day” oraz „ALT” – czyje to płyty? Przekonajcie się, czytając pierwszą z lipcowych odsłon cyklu „Esensja słucha”.

Sebastian Chosiński

Esensja słucha: Lipiec 2012

„XXX”, „La Mar”, „Félicité Thösz”, „Consequences”, „A Life Within a Day” oraz „ALT” – czyje to płyty? Przekonajcie się, czytając pierwszą z lipcowych odsłon cyklu „Esensja słucha”.
Asia „XXX” (2012) [80%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Asia była jedną z pierwszych sugergrup na poletku rocka progresywnego. I nic dziwnego, że tak ją właśnie określano od samego początku, czyli od 1981 roku, skoro w jej szeregach znalazły się takie tuzy jak wokalista i basista John Wetton, gitarzysta Steve Howe, klawiszowiec Geoff Downes i perkusista Carl Palmer. Niestety, po wydaniu drugiej płyty muzycy zaczęli się powoli wykruszać, aż w końcu na albumie „Aria” (1994) z oryginalnego składu pozostał już tylko Downes. Mimo to, choć nie bez kłopotów, grupa trwała na posterunku i nagrywała kolejne płyty. Odrodzenie nastąpiło przed pięcioma laty, kiedy u boku Geoffa ponownie stanęli panowie Wetton, Howe i Palmer. Od tamtej pory Asia wydała już trzy krążki z premierowym materiałem: „Phoenix” (2008), „Omega” (2010) oraz mający, jak można się domyślać, uświetnić trzydziestolecie debiutu „XXX” (2012). Dzisiaj muzycy formacji liczą sobie wspólnie… 247 lat. Ale myślicie, że to w jakiś sposób odbija się na ich kondycji twórczej? W żadnym wypadku! Najnowsza płyta brzmi tak samo świeżo i energetycznie jak ta, którą wydali trzy dekady temu. Co prawda, trudno oczekiwać od nich w 2012 roku tak bezpretensjonalnych przebojów jak „Heat of the Moment”, „Only Time Will Tell” czy „Don’t Cry”, ale kompozycje wypełniające „XXX” w niczym nie ustępują tamtym. A wręcz przeciwnie – są lepsze, bo dojrzalsze, bardziej nostalgiczne i – tak, tak, w przypadku grupy Asia zabrzmi to odrobinę zaskakująco – wyrafinowane. Pierwsze trzy kompozycje – „Tomorrow the World”, „Bury Me in Willow” oraz „No Religion” – to prawdziwy majstersztyk melodyjnego rocka progresywnego; pozwalają one raczyć się nie tylko nowoczesnymi brzmieniami i wpadającymi w ucho refrenami, lecz nade wszystko maestrią wykonawców. Dalej zresztą wcale nie jest gorzej, choć akurat kolejne kompozycje – jak na przykład „I Know How You Feel”, „Face On the Bridge” czy „Judas” – w znacznie większym stopniu utrzymane są w klimacie lat 80. Powrót w XXI wiek fundują za to dwie ostatnie piosenki: smakowicie rozpisany na głosy „Reno (Silver and Gold)” oraz piękna ballada „Ghost of a Chance”.
Sebastian Chosiński
La Mar „La Mar” (2012) [60%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
O Wenezueli w ostatnich latach słyszymy najczęściej w chwilach, kiedy prezydentowi tego południowoamerykańskiego państwa Hugonowi Chávezowi udaje się wywołać kolejny skandal międzynarodowy. Ale przecież nie samym Chávezem żyje Wenezuela. Jak się okazuje, jest to również państwo, w którym gra się całkiem przyzwoitą muzykę rockową. Dowodem na to może być chociażby wydany w maju debiutancki album – istniejącego od trzech lat, a pochodzącego z Caracas – kwartetu La Mar. Zespół tworzy czwórka przyjaciół: Ángel Negrín (gitara), Pedro Deniz (gitara, syntezatory), Fernando Mendoza (gitara basowa, melodyka) oraz Fernando J. Rodriguez (perkusja). Sami określają swoją muzykę mianem post-metalu, zaś w gronie kapel, którymi się inspirują, wymieniają między innymi Pink Floyd, Tool, Explosions in the Sky oraz Mastodon. Nauczycieli mają więc godnych, lecz czy sami są pojętnymi uczniami? Nie ukrywajmy, że w ostatnich latach nie jest łatwo zaistnieć na rynku post-rockowym (mimo etykietki, którą muzycy ze stolicy kraju sami sobie nadali, znacznie bliżej jest im jednak do post-rocka niż post-metalu), nagrywając album, mogący udanie konkurować z produkcjami kanadyjskiego Godspeed You! Black Emperor, japońskiego Mono czy islandzkiego Sigur Rós. Wenezuelczycy taką próbę podjęli i za to chociażby należą im się brawa. Czy polegli? Skądże. Krążek, zatytułowany po prostu „La Mar”, broni się z jednej strony kompozycjami, które są adekwatnie do obranego stylu długie, ale nie nużą dzięki odpowiednio wyważonemu melancholijno-optymistycznemu klimatowi (otwierający płytę „Anchors”, „There Goes Life”, zamykający całość „Tides”), z drugiej – zawartymi w kilku numerach nie zawsze typowymi dla gatunku smaczkami (wtręty reggae w „Under the Weather”, metalowa solówka w „Releash”, wykorzystanie melodyki w „Victory!”). Niektórym to bogactwo brzmień, wynikające zapewne z młodzieńczego entuzjazmu, może wydać się nawet odrobinę przesadzone. Miejmy jednak nadzieję, że wraz z kolejną płytą panowie dojrzeją. I jeszcze zaskoczą!
Sebastian Chosiński
Magma „Félicité Thösz” (2012) [80%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Apogeum popularności francuskiej Magmy, założonej w 1969 roku przez perkusistę Christiana Vandera, przypadło na lata 70. ubiegłego wieku. Czerpiąc inspirację z brytyjskiej sceny Canterbury, Vander stworzył własną awangardową odmianę rocka progresywnego, dla której ukuto nawet oddzielną nazwę – Zeuhl. Pomiędzy 1970 a 1984 rokiem grupa wydała osiem albumów studyjnych, trzy kolejne – „K.A. (Kohntarkosz Anteria)” (2004), „Ëmëhntëhtt-Rê” (2009) oraz „Félicité Thösz” (2012) – dorzuciła już w XXI wieku. Wszystkie krążki opatrzone zostały dziwacznymi tytułami, dla których zresztą lider kapeli znalazł świetnie wytłumaczenie – podobnie jak teksty piosenek, są one wytworem wymyślonego przezeń sztucznego języka, kobaïańskiego (którym na co dzień posługują się mieszkańcy planety Kobaïa, będący bohaterami debiutanckiego albumu Magmy). „Félicité Thösz” to – tradycyjnie w przypadku Francuzów – concept-album; składa się nań – podzielona na dziesięć części – tytułowa suita oraz zamykająca całość, nagrana w nieco okrojonym składzie, kompozycja zatytułowana „Les hommes sont Venus”. Vander gra nie tylko na bębnach, ale także na instrumentach klawiszowych i śpiewa, za głosy żeńskie odpowiedzialne są natomiast: żona Christiana, Stella, oraz Isabelle Feuillebois; czwartym wokalistą jest Hervé Aknin. Ale nie tylko różnorodnością głosów wyróżnia się ta płyta. To smakowita porcja bardzo bogatego w warstwie instrumentalnej jazz-rocka, radująca uszy tyleż zaskakującymi harmoniami (vide „Waahrz”, „Öhst”), co zwyczajnie pięknymi melodiami („Ëkmah”, „Dzoï”, „Tëha”), w których pobrzmiewają odległe echa muzyki dawnej. W „Tëha” Magma zahacza wręcz o stylistykę pop-rocka, by w najbardziej dynamicznym na całym albumie „Tsaï!” udowodnić, że jeśli tylko zechce, ciągle jeszcze może spuścić słuchaczom niezły łomot (oczywiście w granicach gatunku). I choć na „Félicité Thösz” nie ma już tego progresywnego szaleństwa, które cechowało chociażby „Mekanïk Destruktïw Kommandöh” (1973) czy „Üdü Wüdü” (1976), to jednak Vander wciąż potrafi w, wydawało się, wyeksploatowanej już formule zaproponować coś ożywczego.
Sebastian Chosiński
Peter Hammill „Consequences” (2012) [70%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy panowie z Van der Graaf Generator dopinali na ostatni guzik sprawy związane z wydaniem „ALT”, światło dzienne ujrzał kolejny – który to już? – solowy album Petera Hammilla. „Consequences” ukazał się pod szyldem wytwórni Fie! Records należącej do artysty, który oprócz roli wydawcy wziął na siebie również obowiązki kompozytora, autora tekstów i producenta; poza tym zagrał na wszystkich instrumentach (gitara, klawisze, perkusja) oraz – co oczywiste – zaśpiewał. Hammill zalicza się do tych twórców, którzy mają co najmniej tylu samo zaprzysięgłych wrogów (krytykujących zwłaszcza jego manierę wokalną), co bezgranicznie oddanych fanów (w ciemno kupujących – w przenośni i dosłownie – każdy jego, choćby najdziwniejszy, projekt). „Consequences” jednych i drugich utwierdzi w przekonaniu, że mają rację. Muzyka frontmana Van der Graaf Generator nie zmienia się bowiem już od lat; jest co najwyżej mniej lub bardziej minimalistyczna – w zależności od tego, ilu artystów Peter zaprosi aktualnie do współpracy. Na najnowszym krążku – nagranym w zasadzie, nie licząc chórków, w pojedynkę, a więc zaliczającym się do drugiej grupy – na plan pierwszy wysunięty jest głos Hammilla; podkłady instrumentalne są zaś tak skonstruowane, aby tworzyć doń klimatyczne tło. Nie uświadczymy tutaj zapierających dech w piersiach solówek, dłuższe partie gitary – jak chociażby ta w „Scissors” – są wyjątkiem od reguły. W konsekwencji – nomen omen – wyszła Peterowi płyta bardzo oszczędna w brzmienia, na poły akustyczna (z często wyeksponowanym fortepianem), a co za tym idzie – bardzo nastrojowa. W zdecydowanej większości kompozycji w typowy dla siebie sposób Hammill rezygnuje z tradycyjnej piosenkowej struktury – zwrotka, refren, zwrotka – snując na tle gitary i instrumentów klawiszowych swoje egzystencjalno-filozoficzne opowieści (na przykład w „Eat My Words, Bite My Tongue”, „That Wasn’t What I Said”, „All the Tiredness”), innym natomiast stara się nadać bardziej klasyczną i co za tym idzie, strawniejszą dla przypadkowego słuchacza formę (jak chociażby „Constantly Overheard”, wspomniane już „Scissors” czy kończące album, bliskie stylistyce akustycznego Marca Almonda, „A Run of Luck”). „Consequences” to jeden z tych albumów, w które trzeba się uważnie wsłuchać. Bo dopiero po którymś z rzędu z nim spotkaniu da się w pełni dostrzec przyświecający jego twórcy zamysł i odkryć smaczki poukrywane między na pierwszy rzut oka trudno przyswajalnymi brzmieniami (vide „Perfect Pose”).
Sebastian Chosiński
Squackett „A Life Within a Day” (2012) [70%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Squackett to, wbrew pozorom, nie jest duet, ale kwartet, ponieważ obok dwóch liderów grupy – znanego przede wszystkim z szeregów Yes Chrisa Squire’a (wokal i bas) oraz kojarzonego głównie z Genesis i wydawanymi od połowy lat 70. ubiegłego wieku płytami solowymi Steve’a Hacketta (wokal i gitara) – w nagraniu krążka udział wzięli jeszcze klawiszowiec Roger King i perkusista Jeremy Stacey. Inna sprawa, że ich wpływ na ostateczny kształt płyty zatytułowanej „A Life Within a Day” był raczej niewielki. Na pytanie, czego można się spodziewać po materiale sygnowanym nazwą Squackett, odpowiada w pewnym sensie „lektura” dwóch ostatnich wydawnictw solowych Hacketta – „Out of the Tunnel’s Mouth” (2009) oraz „Beyond the Shrouded Horizon” (2011) – na których można usłyszeć zarówno Kinga (we wszystkich nagraniach) oraz Squire’a (gościnnie w kilku kawałkach). Najbardziej zasadniczą różnicą jest tym razem to, że były muzyk Yes został również współtwórcą wszystkich kompozycji; w niektórych nagraniach można go także usłyszeć śpiewającego (żeński głos w chórkach należy natomiast do Amandy Lehmann). Otwierający album utwór tytułowy jest chyba najbardziej Hackettowski w stylu – charakteryzują go powłóczyste dźwięki gitary oraz mroczny klimat (rodem z wyśmienitego „Darktown”), który udanie podkreślają jeszcze klawiszowe pasaże w tle. W „Tall Ships” usłyszeć można z kolei leciutkie wpływy jazzu i funku, a w „Divided Self” country – bardziej jednak w formie smaczków mających urozmaicić te typowo progresywne kawałki. Najbardziej urokliwym – w znaczeniu: romantycznym – fragmentem płyty jest balladowy „Aliens”, po którym następuje radosny w klimacie „Sea of Smiles” (z kolejną rasową solówką Hacketta). Najkrótszy na krążku „The Summer Backwards” prowadzi do wyciszenia, a przez to mocno kontrastuje z rozpoczynającym się od mocnego uderzenia psychodelicznym – vide kosmiczne brzmienia klawiszy i przesterowana gitara – „Storm Chaser”. „Can’t Stop the Rain” spodobać się może natomiast wielbicielom smooth jazzu. Czy zatem jego miejsce jest na płycie takiej jak ta – można mieć wątpliwości. Na szczęście nastrój zdecydowanie poprawia zamykająca album kompozycja „Perfect Love Song”. Wbrew tytułowi nie jest to żaden wyciskacz łez, ale czterominutowa porcja bardzo przyzwoitego melodyjnego prog-rocka. „A Life Within a Day” na pewno spodoba się obecnym pięćdziesięcio-, a może i sześćdziesięciolatkom wychowanym na Yes, Genesis, nawet Emerson, Lake & Palmer, ale czy pozostaną przy niej na dłużej młodzi adepci progresu – ot, zagwozdka.
Sebastian Chosiński
Van der Graaf Generator „ALT” (2012) [70%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Od końca lat 60. i przez niemal całą następną dekadę ubiegłego wieku Van der Graaf Generator byli legendą brytyjskiego rocka progresywnego. Po nagraniu ośmiu albumów studyjnych zespół rozpadł się – wtedy można było uważać, że definitywnie – w 1978 roku, dzięki czemu jego wokalista Peter Hammill mógł na dobre skupić się na, trwającej zresztą po dziś dzień, karierze solowej. Grupa reaktywowała się jednak po dwudziestu sześciu latach i, o dziwo, od tamtej pory bardzo regularnie wydaje kolejne krążki. Po dwupłytowym „Present” (2005) ukazały się jeszcze: „Trisector” (2008), „A Grounding in Numbers” (2011) oraz najświeższa i najbardziej zaskakująca ze wszystkich „ALT”. Nagrano ją w składzie trzyosobowym; obok Hammilla (gitara, klawisze) w studiu pojawili się również dwaj inni muzycy z klasycznego składu Van der Graaf Generator: Hugh Banton (gitara basowa i organy) oraz Guy Evans (perkusja). Zestawienie przekonywałoby raczej, że niczego nowego spodziewać się nie należy, a tymczasem… grupa nie dość, że wypuściła na rynek album w stu procentach instrumentalny, to na dodatek bliski estetyce awangardowego jazz-rocka spod znaku sceny Canterbury (którą przed laty tworzyły takie kapele jak Soft Machine, Gong, Matching Mole czy Hatfield and the North). Spośród czternastu kompozycji zaledwie połowa trwa dłużej niż cztery minuty, żadna zaś nie została obdarzona tym charakterystycznym brzmieniem, do jakiego Hammill i koledzy przyzwyczaili nas na wcześniejszych albumach (choć gwoli ścisłości należy przyznać, że pewne zmiany stylu dało się już dostrzec na płycie ubiegłorocznej). Otwierający kompakt utwór „Earlybird”, wypełniony głównie ćwierkaniem ptaszków, przywodzi na myśl dokonania nurtu New Age; na szczęście później, kiedy muzycy dają upust swemu zamiłowaniu do eksperymentatorstwa, robi się znacznie ciekawiej. Takie na przykład „Colossus” i „Splendid” świetnie by się sprawdziły na Warszawskiej Jesieni; kawałkami „Repeat After Me” i „Elsewhere” mogliby się zachwycać słuchacze Jazz Jamboree; z kolei „Here’s One I Made Earlier” i zamykający całość ponad dziesięciominutowy „Dronus” powinny spodobać się wielbicielom muzyki drone. Na najnowszym krążku zespół postanowił złamać chyba wszystkie schematy, jakim do tej pory hołdował i choć dla zaprzysięgłych fanów Van der Graaf Generator może to oznaczać potężny wstrząs, warto zaryzykować i zawrzeć znajomość z „ALT”!
Sebastian Chosiński
koniec
7 lipca 2012

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Ta „samba” nie jest dla wszystkich
Sebastian Chosiński

21 III 2019

Początek lipca ubiegłego roku był bardzo pracowitym okresem dla norweskiego perkusisty Paala Nilssen-Love’a. Dzień po dniu wystąpił z dwoma swoimi projektami na festiwalu w duńskim Roskilde. Drugiego dnia zaprezentował program zatytułowany „New Brazilian Funk”. I chociaż funku nie słychać tam za wiele, prawdą pozostaje, że trzech muzyków kwintetu pochodziło z kraju kawy i samby.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Żywy stąd nie wyjdzie nikt!
Sebastian Chosiński

19 III 2019

W ubiegłym roku free jazz pojawił się na legendarnym duńskim festiwalu rockowym w Roskilde. Dwa dni pod rząd występował na nim z dwoma różnymi projektami norweski perkusista Paal Nilssen-Love. Pierwszego dnia zaprezentował „japoński noise”, drugiego – „brazylijski funk”. Pół roku później oba występy doczekały się edycji płytowych. Dzisiaj – chronologicznie – pochylamy się nad albumem „New Japanese Noise”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Kosmita na aktywnej emeryturze
Sebastian Chosiński

14 III 2019

Krytycy muzyczni często zachwycają się kondycją muzyków The Rolling Stones bądź Paula McCartneya, którzy po ukończeniu siedemdziesiątki wciąż są aktywnymi artystami – wydają nowe płyty, nawet koncertują. Zapominają przy tym o kimś takim, jak Nik Turner. A tymczasem to właśnie były wokalista i saksofonista Hawkwind jest najstarszy z nich wszystkich. I właśnie opublikował kolejny niezły album spacerockowy – „The Final Frontier”.

więcej »

Polecamy

Tango z Morskiego Oka (w Warszawie)

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Tango z Morskiego Oka (w Warszawie)
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Cała ta miłość
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Stylowe, jak Chevrolet El Camino z 1968
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dajesz Rudolf, dajesz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zapach muzyki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Życie o świcie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Rockabilly dżungli
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wieś gra i śpiewa
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ani w PZU, ani w PKP...
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Stan
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Z tego cyklu

Grudzień 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

… projektu R.U.T.A.
— Sebastian Chosiński

Październik 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Maj 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna

Kwiecień 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

Marzec 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Marzec 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Luty 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012 (2)
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012
— Mateusz Kowalski, Paweł Lasiuk, Michał Perzyna, Bartosz Polak

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.