Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 marca 2019
w Esensji w Esensjopedii

Änglagård
‹Viljans Öga›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułViljans Öga
Wykonawca / KompozytorÄnglagård
Data wydaniaczerwiec 2012
NośnikCD
Czas trwania57:30
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Jonas Engdegård, Johan Brand, Anna Holmgren, Thomas Johnson, Mattias Olsson, Tove Törnberg, Daniel Borgegård Älgå, Ulf Åkerstedt
Utwory
CD1
1) Ur Vilande15:47
2) Sorgmantel12:06
3) Snardom16:14
4) Langtans Klocka13:22
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Piękniej już być (chyba) nie może. Ale smutniej…

Esensja.pl
Esensja.pl
W pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku byli jedną z największych sensacji w prog-rockowym światku. Niestety, po nagraniu zaledwie dwóch albumów postanowili zakończyć działalność. Na krótko powrócili przed dekadą, po czym znowu zniknęli w mroku dziejów. Aż do ubiegłego roku, kiedy to weszli do studia, aby nagrać zupełnie nowy materiał. Płyta ukazała się pod koniec czerwca i nosi tytuł „Viljans Öga”. Uwaga, Änglagård powrócił!

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Piękniej już być (chyba) nie może. Ale smutniej…

W pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku byli jedną z największych sensacji w prog-rockowym światku. Niestety, po nagraniu zaledwie dwóch albumów postanowili zakończyć działalność. Na krótko powrócili przed dekadą, po czym znowu zniknęli w mroku dziejów. Aż do ubiegłego roku, kiedy to weszli do studia, aby nagrać zupełnie nowy materiał. Płyta ukazała się pod koniec czerwca i nosi tytuł „Viljans Öga”. Uwaga, Änglagård powrócił!

Änglagård
‹Viljans Öga›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułViljans Öga
Wykonawca / KompozytorÄnglagård
Data wydaniaczerwiec 2012
NośnikCD
Czas trwania57:30
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Jonas Engdegård, Johan Brand, Anna Holmgren, Thomas Johnson, Mattias Olsson, Tove Törnberg, Daniel Borgegård Älgå, Ulf Åkerstedt
Utwory
CD1
1) Ur Vilande15:47
2) Sorgmantel12:06
3) Snardom16:14
4) Langtans Klocka13:22
Wyszukaj / Kup
Nie ma chyba szanującego się fana muzyki progresywnej, który nie zna debiutanckiego krążka zespołu Änglagård. Przed dwudziestu laty „Hybris” narobiło sporego zamieszania, choć trudno byłoby znaleźć ich utwory na ówczesnych listach przebojów. Nie dlatego, że były kiepskie, ani że za mało przebojowe – po prostu trwały po kilkanaście minut (najkrótszy liczył sobie osiem), co z miejsca wykluczało ich promocję w radiu i telewizji. Jak się jednak okazało – i nie był to jedyny tego typu przypadek – można było zyskać status kapeli kultowej, praktycznie nie istniejąc w mediach. Zespół powstał latem 1991 roku z inicjatywy dwóch muzyków – dwudziestotrzyletniego gitarzysty i wokalisty Torda Lindmana oraz o rok młodszego basisty Johana Högberga, którym zamarzyło się grać muzykę rodem z lat 70. XX wieku, w klimacie Yes, Genesis, King Crimson. Szybko dołączyli do nich kolejni muzycy: zaledwie siedemnastoletni klawiszowiec Thomas Johnson (dzisiaj fizyk specjalizujący się w teorii fuzji plazmy), jego rówieśnik – drugi gitarzysta Jonas Engdegård, flecistka Anna Holmgren (rocznik 1969) oraz, najmłodszy z nich wszystkich, bo liczący sobie zaledwie szesnaście wiosen, perkusista Mattias Olsson. W tym składzie Änglagård wszedł do studia, aby nagrać materiał na pierwszy album. Na „Hybris” (1992) znalazły się cztery rozbudowane kompozycje, które z jednej strony nawiązywały do klasyki sprzed dwóch dekad, ale z drugiej – odważnie wprowadzały elementy bardzo mrocznego w nastroju skandynawskiego folku. Płyta spotkała się ze znakomitym przyjęciem, a popularność Szwedów szybko przekroczyła granice ojczystego kraju. Pozycję grupy ugruntował drugi album – noszący symboliczny tytuł „Epilog”. Muzyka pozostała praktycznie niezmieniona, choć poszerzeniu uległo instrumentarium, albowiem do studia nagraniowego zaproszono kwartet (choć złożony tylko z trzech artystów) smyczkowy. Krążek ukazał się na początku września 1994 roku, a już dwa miesiące później Änglagård dał swój ostatni koncert – na kalifornijskim ProgFeście. Dwa lata później materiał ten został udostępniony fanom na pośmiertnym wydawnictwie „Buried Alive”.
Tytuł koncertówki, mimo że ponury, dawał nadzieję – bo skoro pogrzebano ich żywcem, to jednak istnieje jakaś, choćby minimalna, szansa, że kiedyś wyjdą spod tych zwałów ziemi, jaką ich przysypano. Po rozpadzie grupy Lindman zaangażował się w biznes filmowy, Högberg natomiast studiował muzykę w Uppsali, pracował też jako sprzedawca w sklepie płytowym, a dzisiaj jest nauczycielem. Pozostali muzycy szukali zaś szczęścia w innych formacjach: Olsson między innymi w Pär Lindh Project, Pineforest Crunch, Nanook of the North, Gösta Berlings Saga, a nawet u boku… Krzysztofa Antkowiaka (tak, tak, tego od „Zakazanego owocu”), Johnson – w post-rockowym Reminder (razem z Olssonem zresztą), a Holmgren – w Thieves’ Kitchen. W 2002 roku podjęto pierwszą próbę reanimacji zespołu – bez Lindmana, który nie chciał rezygnować ze swego aktualnego zajęcia. Änglagård zagrał wówczas kilka koncertów, pojawił się na renomowanym North East Art Rock Festival (czyli w skrócie NEARfest) w pensylwańskim Betlejem (Bethlehem), po czym drogi członków kapeli ponownie się rozeszły. Kiedy więc w ubiegłym roku gruchnęła wieść, że grupa zbiera się po raz kolejny (i znów bez swego założyciela), można było mieć obawy, czy coś pozytywnego z tego wyjdzie. Różnica była jednak zasadnicza – tym razem zespół, zamiast odcinać kupony od dawnej sławy podczas festiwali, w pierwszej kolejności zamknął się w studiu, aby stworzyć zupełnie nowy materiał. Na samym początku musiał też rozstrzygnąć niezwykle istotny problem. Nieobecność Lindmana powodowała bowiem, że nie mieli wokalisty. Szukać więc nowego? Odpowiedź brzmiała: nie! Z tego też powodu trzeci studyjny krążek Änglagård, wydany po osiemnastu latach przerwy, zawiera muzykę w stu procentach instrumentalną. Dla fanów rozkochanych w „Hybris” i „Epilogu” może to być spore zaskoczenie. Miłe – niemiłe? Raczej neutralne. Bo przecież najważniejsza jest muzyka, a ta wciąż pozostaje na najwyższym poziomie. A nowe kompozycje są tak bogate w brzmienia i melodie, zmiany tempa i klimatu, że brak wokalu naprawdę absolutnie w niczym nie przeszkadza.
Änglagård na „Viljans Öga” zostało okrojone do kwintetu: Engdegård, Holmgren, Johnson, Olsson oraz… Johan Brand. Ten ostatni nie jest jednak wcale nową twarzą w zespole – to Högberg, który tylko (jak swego czasu Nicklas Berg z innej legendarnej szwedzkiej kapeli prog-rockowej Anekdoten) zmienił nazwisko. W studiu grupa skorzystała jeszcze z usług trzech innych muzyków: wiolonczelistki Tove Törnberg, klarnecisty i saksofonisty Daniela Borgegårda Älgå oraz grającego na przeróżnych dęciakach Ulfa Åkerstedta. Gościom przypadła jednak rola głównie ozdobników, ponieważ najnowszy album Szwedów to, co by nie mówić, przede wszystkim potężna porcja rocka. Owszem, o bardzo progresywnej i folkowej proweniencji, ale jednak rocka. Cztery utwory – a każdy trwa ponad dziesięć minut – układają się we wspaniały concept-album, zabierający nas w niezwykły baśniowy świat, w którym doświadczymy i niewyobrażalnego piękna, i przerażającego strachu. Pobrzmiewają w tej muzyce dalekie echa „Snow Goose” Camela, ale również rozbudowanych kompozycji Van der Graaf Generator, Yes i King Crimson z pierwszych lat ich działalności; nie brakuje także wpływów klasyków szwedzkiego rocka progresywnego z lat 70. – Samla Mammas Mannas, Älgarnas Trädgård, Träd, Gräs och Stenar, Trettioåriga Kriget czy, już w znacznie mniejszym stopniu, Arbete och Fritid. Z tej wyliczanki nie należy jednak wyciągać zdecydowanie nazbyt pochopnego wniosku, że w twórczości Änglagård nie ma niczego oryginalnego; wręcz przeciwnie – Szwedzi potrafią bowiem czerpać pełnymi garściami z dokonań przeszłych pokoleń, ale nie trzymają się ich niewolniczo. Inspirować się czymś nie oznacza przecież tego samego, co odtwórczo naśladować. Muzyka, która znalazła się na „Viljans Öga”, utrzymana jest, co prawda, w duchu lat 70., ale brzmi niezwykle świeżo i nowocześnie, nie brakuje w niej „wycieczek” w rejony jazz- i post-rocka, a nawet muzyki klasycznej. A utwory, choć długie, znudzić się nie mogą – nie ma w nich bowiem fragmentów, które można by uznać za „wypełniacze”, każdy dźwięk ma swoje miejsce i każdy jest niezbędny.
Otwierający album kawałek „Ur Vilande” wprowadza słuchacza idealnie w klimat całego „Viljans Öga”. Przypomina niepozorną ścieżkę prowadzącą w głąb lasu, która niepokojąco nęci pięknymi „okolicznościami przyrody”. Zaczyna się od partii fletu, do którego niebawem dołącza gitara akustyczna, instrumenty dęte oraz wiolonczela – wszystkie instrumenty brzmią jednak bardzo subtelnie. Dopiero gdy zagłębiamy się w leśny przestwór, dane nam jest doświadczyć całej złożoności natury muzyki Änglagård. Nie brakuje momentów dynamiczniejszych, kiedy to wokół niemal hardrockowej sekcji rytmicznej oplatają się znacznie delikatniejsze, „rozjaśniające” nastrój dźwięki fletu czy mellotronu; ale trafić można także na mroczne syntezatorowe pasaże, nieomal rodem z horrorów o artystycznych zapędach (vide Goblin i filmy Daria Argento). W „Sorgmantel” na plan pierwszy wybijają się zwłaszcza dwa instrumenty – flet (generalnie odnosi się wrażenie, że pani Holmgren była najbardziej zapracowanym muzykiem w studiu) oraz gitara (Engdegård gra tu zarazem klasyczne progresywne solówki, których nie powstydziliby się Steve Hackett czy Andy Latimer, jak i nieco szarpane, nerwowe w stylu Johna McLaughlina). „Snårdom” to nie tylko najdłuższy utwór na płycie, ale również najbardziej zróżnicowany. Zaczyna się od mocnego, jazz-rockowego uderzenia sekcji rytmicznej, które trwa nieprzerwanie przez prawie osiem minut (a co się w tym czasie dzieje!), by później dojść do niemal całkowitego wyciszenia (kiedy słychać praktycznie tylko flet i pobrzmiewającą w tle wiolonczelę), z którego bardzo powoli rodzi się nowa jakość. Stopniowo też zostaje obleczony we właściwe dźwięki motyw, który we fragmentach przewijał się od samego początku kompozycji – słyszymy go w ostatnich minutach w wykonaniu Engdegårda. Jest w nim tyle pięknego smutku i nostalgii, że bardzo długo nie można się odeń uwolnić (zresztą po co?). „Längtans Klocka” rozkręca się przez kilka minut, ale gdy już zespół osiąga właściwy ton, serwuje słuchaczom porcję najbardziej klasycznego progresu, jaki można sobie wymarzyć. Ten numer – podobnie zresztą jak i poprzednie – to praktycznie (mini)suita, która bogactwem motywów mogłaby zawstydzić niejedną ze współczesnych kapel mieniących się mianem „progresywnych”. Należy też zwrócić uwagę na jego zakończenie, w którym wstawka (czy też wariacja) dixielandowa brzmi jak dosłowny cytat ze wspomnianego już powyżej Arbete och Fritid. Cóż, legenda powróciła w wielkim stylu. Bójcie się, młodzi!
koniec
12 lipca 2012
Skład:
  • Jonas Engdegård – gitary
  • Johan Brand – gitara basowa
  • Anna Holmgren – flet, saksofon
  • Thomas Johnson – fortepian, mellotron, syntezatory
  • Mattias Olsson – perkusja, instrumenty perkusyjne
Gościnnie:
  • Tove Törnberg – wiolonczela
  • Daniel Borgegård Älgå – klarnet, klarnet basowy, saksofon barytonowy
  • Ulf Åkerstedt – tuba basowa, trąbka basowa, trąbka kontrabasowa

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Ta „samba” nie jest dla wszystkich
Sebastian Chosiński

21 III 2019

Początek lipca ubiegłego roku był bardzo pracowitym okresem dla norweskiego perkusisty Paala Nilssen-Love’a. Dzień po dniu wystąpił z dwoma swoimi projektami na festiwalu w duńskim Roskilde. Drugiego dnia zaprezentował program zatytułowany „New Brazilian Funk”. I chociaż funku nie słychać tam za wiele, prawdą pozostaje, że trzech muzyków kwintetu pochodziło z kraju kawy i samby.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Żywy stąd nie wyjdzie nikt!
Sebastian Chosiński

19 III 2019

W ubiegłym roku free jazz pojawił się na legendarnym duńskim festiwalu rockowym w Roskilde. Dwa dni pod rząd występował na nim z dwoma różnymi projektami norweski perkusista Paal Nilssen-Love. Pierwszego dnia zaprezentował „japoński noise”, drugiego – „brazylijski funk”. Pół roku później oba występy doczekały się edycji płytowych. Dzisiaj – chronologicznie – pochylamy się nad albumem „New Japanese Noise”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Kosmita na aktywnej emeryturze
Sebastian Chosiński

14 III 2019

Krytycy muzyczni często zachwycają się kondycją muzyków The Rolling Stones bądź Paula McCartneya, którzy po ukończeniu siedemdziesiątki wciąż są aktywnymi artystami – wydają nowe płyty, nawet koncertują. Zapominają przy tym o kimś takim, jak Nik Turner. A tymczasem to właśnie były wokalista i saksofonista Hawkwind jest najstarszy z nich wszystkich. I właśnie opublikował kolejny niezły album spacerockowy – „The Final Frontier”.

więcej »

Polecamy

Tango z Morskiego Oka (w Warszawie)

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Tango z Morskiego Oka (w Warszawie)
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Cała ta miłość
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Stylowe, jak Chevrolet El Camino z 1968
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dajesz Rudolf, dajesz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zapach muzyki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Życie o świcie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Rockabilly dżungli
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wieś gra i śpiewa
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ani w PZU, ani w PKP...
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Stan
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.