Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Izrael
‹Biada, biada, biada›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBiada, biada, biada
Wykonawca / KompozytorIzrael
Data wydania1985
NośnikCD
Czas trwania46:43
Gatunekreggae, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Robert Brylewski, Paweł „Kelner” Rozwadowski, Jarosław „Gruszka” Ptasiński, Tomasz Lipiński, Piotr Malak, Tadeusz Kuczyński, Milo Kurtis, Jerzy Jarmołowicz, Katarzyna Grzechnik, Vivian Quarcoo
Utwory
CD1
1) Idą ludzie Babilonu3:46
2) Kapłani szatana3:01
3) Poli bez kontroli3:07
4) Wojna w Babilonie2:27
5) War Dub3:13
6) Płonie Babilon1:26
7) Biada narodom3:59
8) Nie rób tego złego2:54
9) Rastaman nie kłamie2:55
10) Strach w Babilonie1:35
11) Powstańcie wojownicy3:04
12) Dla każdego tak samo1:44
13) Nasza kultura3:35
14) Idą ludzie Babilonu [wersja dubowa]3:28
15) Kapłani szatana [wersja dubowa]3:10
16) Poli bez kontroli [wersja dubowa]3:21
Wyszukaj / Kup

Underground from Poland: „Chcieliśmy wylać z siebie gniew na władzę…”
[Izrael „Biada, biada, biada” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
Byli pierwszą polską formacją reggae – i choćby z tego powodu znajdą miejsce w każdej encyklopedii muzycznej podsumowującej dzieje rodzimego rocka. Ich koncerty w latach 80. zamieniały się w prawdziwe misteria – religijne, ale i polityczne, gdyż zespół w bardzo wyrazisty sposób wyrażał swoją niezgodę na system komunistyczny. Mimo to debiutancki album Izraela „Biada, biada, biada” – mimo że jest już dzisiaj pozycją kultową – nie zachwyca.

Sebastian Chosiński

Underground from Poland: „Chcieliśmy wylać z siebie gniew na władzę…”
[Izrael „Biada, biada, biada” - recenzja]

Byli pierwszą polską formacją reggae – i choćby z tego powodu znajdą miejsce w każdej encyklopedii muzycznej podsumowującej dzieje rodzimego rocka. Ich koncerty w latach 80. zamieniały się w prawdziwe misteria – religijne, ale i polityczne, gdyż zespół w bardzo wyrazisty sposób wyrażał swoją niezgodę na system komunistyczny. Mimo to debiutancki album Izraela „Biada, biada, biada” – mimo że jest już dzisiaj pozycją kultową – nie zachwyca.

Izrael
‹Biada, biada, biada›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBiada, biada, biada
Wykonawca / KompozytorIzrael
Data wydania1985
NośnikCD
Czas trwania46:43
Gatunekreggae, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Robert Brylewski, Paweł „Kelner” Rozwadowski, Jarosław „Gruszka” Ptasiński, Tomasz Lipiński, Piotr Malak, Tadeusz Kuczyński, Milo Kurtis, Jerzy Jarmołowicz, Katarzyna Grzechnik, Vivian Quarcoo
Utwory
CD1
1) Idą ludzie Babilonu3:46
2) Kapłani szatana3:01
3) Poli bez kontroli3:07
4) Wojna w Babilonie2:27
5) War Dub3:13
6) Płonie Babilon1:26
7) Biada narodom3:59
8) Nie rób tego złego2:54
9) Rastaman nie kłamie2:55
10) Strach w Babilonie1:35
11) Powstańcie wojownicy3:04
12) Dla każdego tak samo1:44
13) Nasza kultura3:35
14) Idą ludzie Babilonu [wersja dubowa]3:28
15) Kapłani szatana [wersja dubowa]3:10
16) Poli bez kontroli [wersja dubowa]3:21
Wyszukaj / Kup
Przyglądając się twórczej drodze Roberta Brylewskiego, mimo różnorodności muzyki, jaką grał na przełomie lat 70. i 80. XX wieku, bo ten właśnie okres szczególnie nas interesuje, można dostrzec pewną konsekwencję. Jej skutkiem było powołanie do życia wiosną 1983 roku pierwszej z prawdziwego zdarzenia polskiej grupy reggae, czyli Izraela. Bo przecież utwory utrzymane w rytmach jamajskich można znaleźć już na płytach wcześniej nagrywanych i współtworzonych przez „Afę”. Wystarczy przywołać „Ambition” i „Get Up, Stand Up” z repertuaru Boba Marleya na „Ambicji” (1981) Deadlocka, te same kawałki plus „Święty szczyt” (będący przeróbką „I’m on the Top” gdańskiej formacji) na wspominkowym „78-81” (1994) Kryzysu, „To co czujesz, to co wiesz” i „Wracamy do raju” na „Live” (1982) oraz nieśmiertelną „Ganję” na „Czarnej Brygadzie” (1982) Brygady Kryzys. Kiedy powoli rozpadała się Brydada Kryzys, Brylewski nawiązał bardzo bliskie kontakty z Pawłem Rozwadowskim „Kelnerem” – niegdyś z Fornitu, który w późniejszym czasie przeistoczył się w Deuter. I właśnie jako przyjaciel i pomocnik tej formacji wziął udział jesienią 1982 roku w legendarnej trasie koncertowej trzech kapel punkowych – Dezertera (jeszcze z Piotrem Hajnem „Skandalem” na wokalu), TZN Xenny oraz właśnie Deutera – po Małopolsce, która odbyła się pod hasłem „Rock Galicja”. Być może wtedy zapadła decyzja o powołaniu do życia nowej kapeli – Anarchii. Oprócz „Afy” i „Kelnera” współtworzyli ją jeszcze perkusista Jarosław Ptasiński „Gruszka” (z Brygady Kryzys) oraz Milo Kurtis (a właściwie Dimitrios Kourtis), urodzony w Zgorzelcu w 1951 roku syn greckich uchodźców politycznych, postać w undergroundowym światku muzycznym bardzo znana, albowiem było mu już dane grać i z Wojciechem Waglewskim (w Ya-Sou i Osjanie), i z Markiem Jackowskim (w najstarszym wcieleniu Maanamu, jeszcze sprzed nastania „Kory” Jackowskiej).
Co ciekawe, choć Anarchia nie doczekała się żadnych profesjonalnych nagrań, a jej istnienie ograniczyło się w zasadzie do zaledwie dwóch miesięcy (grudzień 1982 i styczeń 1983), stała się nawet bohaterką filmu dokumentalnego „I Could Live in Africa” („Mógłbym żyć w Afryce”). Nakręcił go przebywający w tamtym czasie nad Wisłą holenderski reżyser Jacques de Koning, zafascynowany grupką młodych polskich muzyków, którzy na swój własny sposób starają się uwolnić od dominacji systemu komunistycznego. Dzisiaj niekiedy błędnie uznaje się, że obraz Holendra portretuje grupę Izrael, trzeba jednak pamiętać o tym, że nowa nazwa pojawiła się dopiero w marcu 1983 roku, a więc już po zakończeniu zdjęć, w chwili, gdy do ekipy dołączył stary kompan Brylewskiego, jeszcze z czasów Kryzysu, saksofonista Tomasz Świtalski „Men”. Skąd wzięła się nazwa? „Afa” tak to wyjaśnia w „Kryzysie w Babilonie”: „W Biblii zainteresował mnie fragment mówiący, że trzynastego dnia dwunastego miesiąca miał zostać wytępiony naród izraelski. Spodobała mi się nazwa Izrael. Fajnie brzmiała, była prowokująca”. Jak się okazuje, dla wielu osób nawet nazbyt prowokująca. Demony Marca 1968 roku wciąż jeszcze bowiem nie usnęły. „Usłyszałem od kogoś: Izrael? Nie możecie się tak nazywać!” – to ciąg dalszy wspomnień Roberta. – „Dlaczego? – Bo was zniszczą! – Kto? – I tu już brakowało odpowiedzi. Inna sytuacja: z kolegą, którego znałem od paru lat. Wziął mnie na bok i szeptem pyta: Robert, czy ty jesteś Żydem? Nie byłem w staniu mu odpowiedzieć, nie wiedziałem, czy mam w rodzinie kogoś pochodzenia semickiego”. Nazwa nie spodobała się także pracownikom Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli cenzorom; zespół musiał się więc nieźle gimnastykować, aby jednej z strony skutecznie obchodzić zakazy urzędników z ulicy Mysiej, z drugiej natomiast – dawać jasny przekaz fanom: jesteśmy, działamy, nie odpuścimy. Stąd na plakatach zapowiadających koncerty kapeli pojawiała się na przykład wersja 12RA3L albo – jak na debiutanckim longplayu – Issiael (z tak pisanym drugim „S” i „I”, że zlewały się w jedno i tworzyły odwrócone „R”).
Pierwszym menedżerem zespołu został Krzysztof Kownacki, wcześniej reprezentujący między innymi interesy Maanamu; z tamtych czasów znał go Milo Kurtis i to właśnie Grek przekonał go, aby zajął się także sprawami Izraela. Decyzja okazała się nadzwyczaj trafiona. Kownacki ostro wziął się do pracy, co zaowocowało nie tylko drukiem profesjonalnych plakatów i koncertami, ale przede wszystkim sesją nagraniową, którą – to chyba rekord w warunkach peerelowskich – grupa odbyła zaledwie dwa miesiące po ukonstytuowaniu się, czyli w maju 1983 roku. Po piętnastu miesiącach Brylewski ponownie przekroczył próg studia Tonpressu na warszawskim Wawrzyszewie, w którym nagrywana była przecież „Czarna Brygada”. W ciągu tego roku z okładem wiele się jednak zmieniło, z dawnych muzyków Brygady Kryzys u boku „Afy” na stałe nie pozostał nikt (Świtalski wykruszył się chwilę wcześniej, a Lipiński, obecny na debiutanckim albumie Izraela, pojawiał się tylko od czasu do czasu, by dograć swoje partie). Ale najważniejsza zmiana zaszła za konsoletą – nie było już „Kuby” Nowakowskiego, jego miejsce zajął natomiast Włodzimierz Kowalczyk (wcześniej pracujący jako inżynier dźwięku między innymi z grupą Vox, Wojciechem Gąsowskim, Alex Bandem, Budką Suflera, Maanamem, Izabelą Trojanowską). „Fajny koleś, tylko że raczej typ rzemieślnika niż artysty. Robił wszystko, ale jak mu się powiedziało, co ma robić. A my, niedoświadczeni (…)” – podsumował po latach realizatora nagrań Brylewski. I dalej: „(…) chcieliśmy bardzo dużo basu, no i bas był przepompowany, po prostu materiał źle brzmiał. Po jakimś czasie poprosiliśmy o drugi remiks i powstała druga wersja płyty. Też nie byłem zachwycony”. Zapewne dlatego po latach „Afa” pozwolił sobie zaingerować w brzmienie tych nagrań, a na wersji kompaktowej opublikowanej przed dwunastu laty przez W Moich Oczach zmieniona została nawet – i to dość radykalnie – kolejność utworów. Omawiając „Biada, biada, biada”, oprzemy się właśnie na tej edycji, niekoniecznie kanonicznej, ale chyba najbliższej oczekiwaniom głównego lidera kapeli.
Oryginalny winyl Pronitu (opublikowany, nie wiedzieć czemu, pod szyldem Musicoramy), otwierała piosenka „Płonie Babilon”, w wydaniu o piętnaście lat późniejszym przesunięta na pozycję szóstą; na początku umieszczono natomiast – i bez dwóch zdań była to decyzja słuszna – „Idą ludzie Babilonu”. I należy pochwalić wydawcę nie dlatego, że to największy przebój z tego krążka, który zaistniał nawet na Liście Przebojów Programu Trzeciego, lecz przede wszystkim z tego powodu, że ma on mocniejsze wejście – potężny marszowy rytm wygrywany na bębnach przez Jarosława Ptasińskiego. Co prawda, już po trzydziestu sekundach ustępuje on pola subtelnemu, rozkołysanemu reggae, ale liczy się przecież pierwszy efekt. Ten kawałek świetnie zresztą definiuje ówczesny styl Izraela – trochę naiwny i infantylny, jakże daleki od tego, co grywali Bob Marley z The Wailers, Burning Spear czy Misty in Roots; z drugiej jednak strony zespół starał się na tyle, na ile mógł i potrafił, uciec od cukierkowatego popowego reggae kojarzonego na przykład z bardzo popularnym wtedy brytyjskim UB40. Nie zawsze to się udawało, chociaż trzeba przyznać, że w kilku kawałkach Brylewski i spółka zabrzmieli już w sposób bardzo godny. Przede wszystkim w rootsowym, instrumentalnym „War Dub” oraz w kończącej każdą podstawową wersję „Biada, biada, biada” – i winylową (1985), i kasetową (1996), i kompaktową (2000) – „Naszej kulturze”, do której jeszcze wrócimy. Brylewski wyjaśniał po latach, że utwory te zagrane są trochę za szybko; Izrael chciał grać roots reggae, ale robił to w rytmie rocksteady, a niekiedy nawet ska. W pewnym sensie zapewniało to muzyce oryginalność (nawet z perspektywy czasu), ale jednocześnie powodowało, że ortodoksyjni fani rytmów jamajskich mogli poczuć się lekko skonsternowani. Niektóre numery z powodu swojej skoczności brzmiały jak piosenki… dla dzieci, co zresztą mocno kontrastowało z ich poważnym, niekiedy wręcz mrocznym i ponurym przesłaniem (jak na przykład „Kapłani szatana”, „Wojna w Babilonie”, „Płonie Babilon”, „Nie rób tego złego”, „Rastaman nie kłamie”). Znacznie lepiej grupa wypadała, kiedy zwalniała tempo i grała nieco ciężej, co poświadczają chociażby „Poli bez kontroli”, „Biada narodom” i początek „Powstańcie wojownicy”. Mocną stroną tych nagrań jest częste wykorzystywanie melodyki (czyli harmonijki klawiszowej) oraz dęciaków (trąbka, saksofon) – to głównie one robią klimat, choć nie zawsze brzmią tak, jak w klasycznych kapelach roots reggae.
1 2 »

Komentarze

29 VII 2012   10:27:33

Ta płyta nawet na ówczesny czas była wyjątkowo cienka , zresztą jak całe polskie reggae. Mnie osobiście wręcz irytowała ta cała twórczość kręcąca się wokół Babilonu. Taka ciekawostka z lat 80-tych .

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Poobiednie lenistwo
Sebastian Chosiński

19 X 2021

Po „Continuation” i „Suicie słonecznej” nadeszła pora na „Afternoon” – trzeci album z archiwaliami Koman Bandu. Tym razem do słuchaczy trafiły nagrania z 1981 roku, stylistycznie dalekie od tego, co zespół grał w latach 70. Dla wielbicieli fusion płyta może być lekkim rozczarowaniem, ale ci, którzy gustują w instrumentalnym funku i soulu będą na pewno ukontentowani.

więcej »

Śpij, kochanie, po słonecznej stronie ulicy
Sebastian Chosiński

14 X 2021

Materiał opublikowany na „Saxesful Vol. II” przez trzy lata spoczywał w archiwum. Trębacz Piotr Schmidt zdecydował się upublicznić go latem tego roku, dedykując przy okazji swemu zmarłemu miesiąc wcześniej ojcu – postaci ważnej nie tylko, co oczywiste, dla samego artysty, ale całego polskiego jazzu. Podobnie jak w przypadku „Saxesful”, tu również słyszymy wspomagających Kwartet Schmidta wybitnych polskich saksofonistów.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Tradycja jest warownym murem
Sebastian Chosiński

12 X 2021

Three Seasons, Siena Riot, Witchcraft – to zespoły, których nazwy nie są obce żadnemu wielbicielowi skandynawskiego hard rocka i metalu. To teraz wyobraźcie sobie, że z każdej z tych formacji wybieramy jednego muzyka i tworzymy z nich supertrio. Jak mogłoby się nazywać? Nie będzie Wooden Fields. A tytuł płyty? Żeby za dużo nie kombinować – taki sam!

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.