Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Esensja słucha: Lipiec 2012 (3)
[ - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
W lipcu nie zwalniamy tempa i prezentujemy kolejne minirecenzje muzyczne. Tym razem rzetelnego przesłuchania i opisania doczekały się płyty następujących artystów: Aarona Novika, Hot Chip, Sagi, T.R.A.M., The Flower Kings oraz Zulu Winter. Co o nich sądzicie?

Sebastian Chosiński, Michał Perzyna

Esensja słucha: Lipiec 2012 (3)
[ - recenzja]

W lipcu nie zwalniamy tempa i prezentujemy kolejne minirecenzje muzyczne. Tym razem rzetelnego przesłuchania i opisania doczekały się płyty następujących artystów: Aarona Novika, Hot Chip, Sagi, T.R.A.M., The Flower Kings oraz Zulu Winter. Co o nich sądzicie?
Aaron Novik „Secrets of Secrets” (2012) [80%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Aaron Novik jest Amerykaninem żydowskiego pochodzenia. Od dwunastego roku życia mieszka w Bay Area, gdzie na dobre zaczęła się jego kariera artystyczna – co ciekawe, nie tylko muzyczna. Aaron jest bowiem także ilustratorem i rysownikiem komiksów, na koncie ma między innymi trzystustronicową powieść graficzną „The Dragon Awakens”, która notabene doczekała się również płyty z ilustrującą ją muzyką. Jako kompozytor próbował sił w różnych projektach – od popu, poprzez utwory chóralne, psychodeliczny jazz, folk cygański, aż po heavy metal. Pod własnym nazwiskiem od ośmiu lat wydaje przede wszystkim albumy o zdecydowanie jazzowej – choć z dużą domieszką awangardowych dźwięków – orientacji, jak chociażby „Gubbish” (2004), dedykowany pradziadkowi „The Samuel Suite” (2008) czy „Floating World Vol. 1” (2011). „Secrets of Secrets” to siódmy krążek artysty, ale dopiero pierwszy wydany pod szyldem należącej do Johna Zorna wytwórni Tzadik Records. Że Zorn zainteresował się dokonaniami Novika, dziwić nie powinno, skoro młody Amerykanin zdecydował się pójść w ulubionym przez nowojorskiego multiinstrumentalistę, kompozytora i producenta kierunku, czyli spenetrować okolice bardzo szeroko pojętej muzyki klezmerskiej. W nagraniu płyty wzięło udział czternastu muzyków, wśród nich takie tuzy awangardowego jazzu jak Carla Kihlstedt (skrzypce elektryczne), Ben Goldberg (klarnet) oraz Fred Frith (gitara); sam lider zagrał na klarnecie elektrycznym i instrumentach perkusyjnych, odpowiedzialny był też za programowanie komputerów. „Secrets of Secrets” to zaledwie pięć kompozycji, ale w sumie trwają one prawie siedemdziesiąt minut. Co ważne, choć album jest bardzo długi, o znużeniu nim nie może być mowy. Novik zadbał bowiem o to, aby kompozycje utrzymane były, mimo koncepcyjnej spójności, w różnych stylach. Usłyszymy więc klasycznie klezmerskie partie klarnetów, ale nie zabraknie też wściekle rockowych solówek gitary, post-rockowego transu (wyczarowywanego przez panią Kihlstedt) i prawdziwie progresywnego rozmachu, a nawet fragmentów jednoznacznie kojarzących się z muzyką klasyczną. Nie sposób któryś z utworów szczególnie wyróżnić; każdy z „sekretów” – począwszy od otwierającego album „Secrets of Creation” aż po wieńczący go „Secrets of Formation” – mieni się feerią zachwycających muzycznych barw. Słowem: kolejna perełka w katalogu Tzadik Records!
Sebastian Chosiński
Hot Chip „In Our Heads” (2012) [70%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Jest w tym krążku coś, co solidnie przykuwa uwagę, a jednocześnie w pewien sposób lekko drażni. Nie pozwala to odczuć pełnej (czy skrajnie euforycznej) muzycznej satysfakcji, ale też nie oznacza, że „In Our Heads” powinno zalegać na sklepowych półkach. Co to, to nie. W końcu Alexis Taylor oraz Joe Goddard (i spółka) po raz kolejny zapewniają słuchaczom całkiem energiczny, taneczny pop osadzony głęboko w estetyce sięgającej korzeniami lat 80. i 90. A że muzycy zmieścili na płycie prawie godzinny materiał, to jest się przy czym nieźle rozerwać. Piąty studyjny album Brytyjczyków to w istocie pokaźny zestaw optymistycznych, ciepłych i żywych brzmień, zbudowanych oczywiście w oparciu o syntezatory, mocny bas oraz wszędobylskie, całkiem przyjemne męskie wokale. Całości nie brakuje zwłaszcza melodyjności, ale też łatwo wskazać momenty, w których w większym stopniu uwydatnione zostały choćby gitary („Don’t Deny Your Heart”, „Always Been Your Love”) albo wypunktować utwory znacznie stonowane, nawet nieco balladowe („Look At Where We Are” lub „Now There Is Nothing”). Najwięcej jest jednak kołyszących wycieczek w stronę oldschoolowego house’u i synth popu. Chwilami można odnieść wręcz wrażenie, że wszystko jest trochę przeładowane elektroniką, by już po minucie bezwiednie kołysać się razem z kolejnymi utworami – „Motion Sickness”, „These Chains”, „Night And Day” czy (dla mnie najlepszym na płycie) płynącym i pulsującym, ciepło zaśpiewanym „Let Me Be Him”. Widać, co znamienne także w kontekście drugiego projektu Goddarda (The 2 Bears), że artyści związani z Hot Chip rzeczywiście znają się na kreowaniu łatwej w odbiorze, bujającej i elektronicznej, czystej rozrywki.
Michał Perzyna
Saga „20/20” (2012) [60%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Na trzydziestopięciolecie swoich urodzin Kanadyjczycy z Sagi przygotowali nowy – już dwudziesty w karierze – album studyjny. Co ciekawe, ponownie możemy usłyszeć na nim oryginalnego wokalistę formacji z Ontario, Michaela Sadlera, który rozstał się z kolegami przed pięcioma laty, po zakończeniu trasy koncertowej promującej płytę „10,000 Days”. Kilka miesięcy później, po przesłuchaniu ponad dwudziestu kandydatów, nowym członkiem grupy został Rob Moratti (wcześniej w Final Frontier). Z nim w składzie powstał album „The Human Condition” (2009), który jednak nie zachwycił starych fanów. Kto wie, czy z tego właśnie powodu Sadler nie zdecydował się – na początku 2011 roku – na powrót na łono zespołu. Najnowsza produkcja, zatytułowana „20/20”, do oblicza Sagi nie wnosi w zasadzie nic nowego. Od kapel z takim stażem i takim dorobkiem trudno zresztą oczekiwać spektakularnych zaskoczeń. Problem jednak w tym, że w przeciwieństwie do młodszej zaledwie o kilka lat supergrupy Asia, która zdaje się przeżywać właśnie drugą młodość, Kanadyjczycy nagrali materiał nie dość, że w stu procentach przewidywalny, to przede wszystkim nijaki. Spośród dziesięciu kompozycji niewiele zapada w pamięć po pierwszym przesłuchaniu, a i po kolejnych sytuacja niespecjalnie się poprawia. Owszem, może się spodobać zaserwowane na dzień dobry „Six Feet Under”, kilka dobrych fragmentów jest w „Anywhere You Wanna Go” (zwłaszcza klawisze Jima Gilmoura i skandowany wokal Sadlera), wrzyna się w uszy najbardziej dynamiczny w całym zestawie, niemal metalowy „One of These Days” (w którym wreszcie można usłyszeć porządną solówkę gitarową Iana Crichtona) i pokrewny mu „Show and Tell”, w dobry nastrój wprawia też zakończenie „Till the Well Runs Dry”. Ale to już wszystko – pozostałych pięć utworów mogłoby nigdy nie powstać i nikt by z tego powodu nie płakał. Są miałkie i nijakie, albo nazbyt popowe („Ellery”, „Ball and Chain”, „Lost for Words” „Another Day Out of Sight”), albo zwyczajnie za bardzo podobne do tego, co panowie nagrali już wcześniej („Spin it Again”).
Sebastian Chosiński
T.R.A.M. „Lingua Franca” (2012) [80%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że rok 2012 zostanie z perspektywy czasu uznany za bardzo dobry dla awangardowego jazzu skrzyżowanego z metalem. O czym przekonują dobitnie albumy Spectrum Road, Trioscapes oraz Johna Zorna. A to i tak nie wszystko, do wspomnianych powyżej produkcji należy bowiem dorzucić jeszcze krążek grupy T.R.A.M. Amerykański kwartet, którego nazwa pochodzi od inicjałów nazwisk jego twórców, tworzą: basista, saksofonista, flecista i klarnecista Adrian Terrazas-González, gitarzyści Javier Reyes i Tosin Abasi oraz perkusista Eric Moore. Wszyscy mają już na koncie niemało osiągnięć: pierwszy z nich przez kilka lat był członkiem The Mars Volta, dwaj „wioślarze” wciąż stanowią fundament Animals as Leaders, natomiast ostatni z muzyków jest obecnym pałkerem Suicidal Tendencies. Spory rozrzut stylistyczny, prawda? Od psychodelii i progresu, poprzez metal, aż po hardcore i crossover. Można się więc zastanawiać, jakim cudem czterem panom udało się znaleźć wspólne poletko do muzycznej uprawy? Odpowiedzi na to pytanie udziela tytuł płyty. „Lingua Franca” oznacza język mieszany, który powstaje na bazie kilku różnych języków, umożliwiając porozumiewanie się osobom, które używając przypisanej sobie mowy, nie potrafiłyby się dogadać. Dla członków T.R.A.M. stał się nim jazz, ale nie w klasycznym wydaniu – to jazz w dużej mierze improwizowany, ze sporymi naleciałościami rocka (w większym) i progresywnego metalu (w mniejszym stopniu). Debiutancki krążek – oby w przyszłości było ich więcej! – zawiera zaledwie niespełna trzydzieści minut muzyki. To niewiele, lecz wystarczająco, aby nacieszyć się tą niezwykłą mieszanką i zaostrzyć sobie apetyt nie więcej. Sześć instrumentalnych kawałków – tylko w części pojawiają się żeńskie wokalizy bądź chórki na dalszym planie – to przykład bardzo nowoczesnego fusion, w którym równie istotną rolę co gitary odgrywają dęciaki („Seven Ways Till Sunday”), w którym nie brakuje też jednak ani wykopu („Endeavor”), ani fragmentów o charakterze niemal balladowym („HAAS Kicker”, „Inverted Ballad”). Dwa pozostałe numery – „Consider Yourself Judged” i „Hollywood Swinging” – to z kolei przykład nowoczesnego jazzu, który na pewno przypadnie do gustu wszystkim wielbicielom Krzysztofa Komedy i Tomasza Stańki (by pozostać tylko przy rodzimych przykładach).
Sebastian Chosiński
The Flower Kings „Banks of Eden” (2012) [60%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Pięć lat! Tak długiej przerwy Szwedzi z The Flower Kings nigdy wcześniej sobie jeszcze nie zrobili. Być może jednak pojawił się u nich syndrom wypalenia – bo przecież, począwszy od połowy lat 90. ubiegłego wieku, kiedy to ukazał się pierwszy album formacji, publikowali często i dużo (wiele z ich wydawnictw to materiały dwupłytowe). Inna sprawa, że po drodze Roine Stolt angażował się także w inne projekty (Transatlantic, Agents of Mercy oraz 3rd World Electric). W efekcie następca „The Sum of No Evil” pojawił się dopiero w czerwcu 2012 roku. Podstawowa wersja „Banks of Eden” zawiera jeden krążek, do limitowanej dołączono drugi (z czterema dodatkowymi utworami oraz dwudziestominutowym wywiadem przeprowadzonym podczas pracy w studiu). W składzie zaszła jedna, lecz istotna zmiana – za bębnami Węgra Zoltana Csörsza zastąpił Niemiec Felix Lehrmann, dotychczas znany głównie jako muzyk sesyjny, ale mający też na koncie krążek solowy opublikowany w ubiegłym roku pod szyldem Felix Lehrmann’s Rimjob. Płytę otwiera dwudziestopięciominutowa suita „Numbers”, z której jednak niewiele fragmentów pozostaje w pamięci na dłużej; choć trzeba przyznać, że została ona okraszona bardzo rasową rockową solówką na gitarze. Lepiej tym razem The Flower Kings prezentuje się w bardziej zwięzłych formach (pod którym to pojęciem należy rozumieć kawałki nie krótsze niż sześć-siedem minut). „For the Love of Gold” w warstwie instrumentalnej brzmi, jakby powstało w latach 70. – i w tym tkwi jego największy urok. Podobnie zresztą rzecz się ma z „Pandemonium”, „For Those About to Drown” oraz „Rising the Imperial” – tyle że w ich przypadku cały efekt niweczą kiepskie, pozbawione przestrzeni, głębi i emocji wokale, za które odpowiadają Stolt i Hasse Fröberg. Bo to chyba nie przypadek, że we wszystkich kawałkach najciekawsze są właśnie fragmenty instrumentalne – a to dzięki zgrabnym solówkom gitarowym, to znów z powodu „ciepłego”, analogowego brzmienia klawiszy. Piosenki zawarte na dodatkowym krążku mogą stanowić wartość już chyba tylko dla najbardziej zagorzałych wielbicieli szwedzkiej formacji. Dość powiedzieć, że wypadają one jeszcze słabiej niż i tak nie najwyższych lotów materiał, który trafił na podstawową płytę.
Sebastian Chosiński
Zulu Winter „Language” (2012) [70%]
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Pięciu londyńczyków z Zulu Winter nagrywa razem od zaledwie roku. Na indierockowej scenie, którą właśnie usiłują podbić pierwszym studyjnym krążkiem zatytułowanym „Language”, powinni zatem uchodzić za nowicjuszy. Oczywiście skład grupy nie został złożony z przypadkowych ludzi, którzy nigdy wcześniej nie trzymali w rękach instrumentów. Will Daunt, Iain Lock, Dom Millard, Henry Walton oraz Guy Henderson wprawiają się w graniu od dawna, co na szczęście słychać także na ich premierowym materiale. W sumie jedenaście kompozycji składa się w całkiem zgrabny album oparty zwłaszcza na rytmicznej perkusji, raczej spokojnych gitarach, wyraźnym basie, majaczących klawiszach i przyzwoitym wokalu Willa Daunta. Co prawda pierwszy, zeszłoroczny singiel „Never Leave” nie rzuca na kolana, lecz kolejne („We Should Be Swimming”, „Silver Tongue”) wypadają już znacznie lepiej. Mimo wszystko trudno na „Language” doszukiwać się muzycznych odkryć czy wielkich przełomów, to raczej solidnie wyprodukowana, przemyślana porcja znanego wszystkim, wyważonego i melancholijnego indie rocka scalonego z przystępną elektroniką. Pewnie, że obecnie tego typu formacji jest bez liku, ale w zestawieniu z większością z nich Zulu Winter i tak prezentują się naprawdę nieźle. Na dodatek na krążku trafiają się utwory (m.in. „Silver Tongue”, „Moments Drift”), które wskazują, że Brytyjczycy będą (następnymi wydawnictwami) zmierzać prawdopodobnie w kierunku czołówki tego nurtu, niż popadną w nijakość i bezmyślne powielanie bezpiecznych, a przez to nudnych schematów.
Michał Perzyna
koniec
21 lipca 2012

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Moc i eMOCje
Sebastian Chosiński

20 I 2022

Nie zawsze takie marzenia spełniają się. Historia norweskiego kwintetu Bear Brother udowadnia jednak, że warto marzyć. Na swój pierwszy ważny koncert zaprosili do współpracy szwedzkiego puzonistę Matsa Äleklinta, który nie tylko, że im nie odmówił, to na dodatek obiecał dalszą współpracę. Czego efektem stał się doskonały freejazzowy album „Played Freely with Power and Emotion”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Piekielna czeluść świata
Sebastian Chosiński

18 I 2022

Tytuł najnowszej płyty madryckiego kwartetu postrockowego Toundra – „Klątwa” („Hex”) – może budzić niepokój. Podobnie zresztą jak „szyld” najdłuższej kompozycji na albumie – suity „Nienawiść” („El odio”). Widać więc od razu, że to nie jest muzyka dla każdego, a jedynie dla najwytrwalszych wielbicieli gatunku. Którzy na dodatek nie boją się zajrzeć w piekielną czeluść naszego świata.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Nostalgiczna „przechadzka” po świecie
Sebastian Chosiński

13 I 2022

W dzisiejszym świecie, będącym „globalną wioską” – choć w czasach pandemii jakby jednak trochę mniej – nie ma tak wielkiego znaczenia fakt, gdzie się mieszka. Norweski kontrabasista Ingebrigt Håker Flaten na miejsce postoju wybrał Stany Zjednoczone, a jednak często pojawia się w Europie, by pracować nad kolejnymi płytami. Jedną z nich jest solowy album „(Exit) Knarr”…

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Z tego cyklu

Grudzień 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

… projektu R.U.T.A.
— Sebastian Chosiński

Październik 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Maj 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna

Kwiecień 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

Marzec 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Marzec 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Luty 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012 (2)
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012
— Mateusz Kowalski, Paweł Lasiuk, Michał Perzyna, Bartosz Polak

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.