Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Esensja słucha: Maj 2013
[ - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Pierwszy majowy weekend i pierwsza w tym miesiącu odsłona naszego cyklu. Jej główni bohaterowie to: Eric Clapton, Ghost, Muse, New Keepers of the Water Towers, Night Beds oraz Smuta. Znajdzie się więc coś zarówno dla fanów zwiewnego folku, jaki i ciężkiego metalu, a do tego wśród naszych minirecenzji nie brakuje również niezłych ocen…

Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna

Esensja słucha: Maj 2013
[ - recenzja]

Pierwszy majowy weekend i pierwsza w tym miesiącu odsłona naszego cyklu. Jej główni bohaterowie to: Eric Clapton, Ghost, Muse, New Keepers of the Water Towers, Night Beds oraz Smuta. Znajdzie się więc coś zarówno dla fanów zwiewnego folku, jaki i ciężkiego metalu, a do tego wśród naszych minirecenzji nie brakuje również niezłych ocen…
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Eric Clapton „Old Sock” (2013) [40%]
Jakość nowej płyty Erica Claptona, „Old Sock”, jest niestety adekwatna do wrażenia estetycznego, jakie stwarzają jej okładka i tytuł. Dwanaście zaprezentowanych przez wirtuoza gitary utworów stanowi mieszankę coverów i materiału premierowego, reprezentowanego przez ledwie dwie piosenki: „Gotta Get Over” i „Every Little Thing”. W zagraniu ulubionych przez Anglika standardów bluesa, folka i americany wspomagają go m.in. Paul McCartney, Jim Keltner, Chaka Khan czy JJ Cale, których nazwiska na papierze wyglądają znakomicie. Niestety nie brzmi to wszystko tak, jak powinno – goście są właściwie niesłyszalni, czasem dopiero, spoglądając na listę utworów, można sobie uświadomić, że dany artysta się tu udzielał. Całość nie zawiera w sobie ani krzty rewolucji czy eksperymentu, zagrana jest jakby od niechcenia. Z pewnością Clapton otrzymałby błogosławieństwo i parę grzecznościowych pochwał od Otisa Reddinga, Binga Crosby’ego, Elli Fitzgerald, Leada Belly’ego czy Peggy Lee, ale to również nie zmieniłoby ogólnego obrazu „Old Sock”. Wsparty chórkiem kobiecym, a raz nawet dziecięcym (w „Every Little Thing”), Anglik śpiewa swoje ulubione piosenki poprawnie i melodyjnie, z paroma mocniejszymi momentami. W autorskim „Gotta Get Over” momentami pobrzmiewa nawet jak Joe Cocker! „Still Got the Blues” jest sporym rozczarowaniem, nie ma bluesowego uczucia i dramaturgii, a solówka gitarowa brzmi nieśmiało i została upchnięta za wysoko grające organy/klawisze i smyczki. Niezłe wrażenie sprawia drugi z utworów premierowych – „Every Little Thing” to lekki kawałek zaśpiewany w refrenie z korespondującymi wokalami Claptona i chórku kobiecego, zaskakujący na koniec zaangażowaniem wspomnianego chórku dziecięcego. O ile Cockera na ostatniej płycie można posądzić o stopniowe usypianie słuchacza, by na koniec wstrząsnąć mocnym „Weight of the World”, o tyle Clapton wycisza się coraz bardziej, serwując na koniec klawiszową balladę „Our Love Is Here to Stay”. „Old Sock” przepływa niezauważenie w tle i ani przez moment nie czuć na nim oczekiwanego dotknięcia geniuszu. Spośród coverów na wzmiankę zasługują na pewno „Angel” i „All of Me” zaśpiewane w duecie z Paulem McCartneyem, jednak również w sposób przywodzący skojarzenia z Cockerem. Oby Eric Clapton zbierał tym albumem siły na coś mocniejszego, bo od wypełnionego całkowicie własnym utworami „Back Home” mija już osiem lat.
Łukasz Izbiński
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Ghost „Infestissumam” (2013) [70%]
Przyznam, że bez głębszego wniknięcia w temat nie jestem stwierdzić, czy panowie z duetu Ghost (w Stanach Zjednoczonych znani jako Ghost B.C.) naprawdę są zaprzysięgłymi satanistami, czy jedynie świetnie się w satanizm bawią. Jest jeszcze trzecia opcja – że łączą przyjemne z pożytecznym, to znaczy oddają cześć Szatanowi, a jednocześnie robią sobie z tego na użytek zespołu żarty i nieźle na tym zarabiają. Bo jak traktować z całkowitą powagą dorosłych facetów, którzy na potrzeby działalności artystycznej przyjęli pseudonimy Papa Emeritus II i Nameless Ghouls?! Pierwszy jest wokalistą, drugi natomiast – multiinstrumentalistą, który w studiu nagraniowym rejestruje zazwyczaj wszystkie ścieżki gitary, basu, klawiszy i perkusji. Początki kapeli z Linköping sięgają 2008 roku; dwa lata później – w październiku 2010 roku – ukazała się ich debiutancka płyta „Opus Eponymous”, która doczekała się nawet nominacji do Grammis Award (czyli szwedzkiego odpowiednika nagród Grammy) w kategorii „Best Hard Rock”. A potem zaczęły się trasy koncertowe – po Europie, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, podczas których Ghost pojawiał się na scenie obok takich tuzów ciężkiego grania jak Paradise Lost, Trivium, In Flames, Mastodon i Opeth. Swoją drogą ciekawe, jak widownia (i media) w Polsce zareagowałaby na zakapturzonego gitarzystę w czarnym habicie i stylizowanego na papieża wokalistę z maską przypominającą czaszkę na twarzy, na głowie zaś z mitrą ozdobioną odwróconym krzyżem?
W kwietniu 2013 roku do sklepów muzycznych trafił drugi album Szwedów – „Infestissumam”. W wersji podstawowej zawiera dziesięć utworów, w limitowanych – dwa lub trzy więcej (w tym covery „I’m a Marionette” Abby bądź „Waiting for the Night” Depeche Mode). Zawarta na krążku muzyka wymyka się prostym klasyfikacjom. Niektóre kawałki bliskie są stylistyce doom metalu (vide lżejsze oblicze Candlemass) i space rocka (z okolic Hawkwind), inne ocierają się o dokonania Kinga Diamonda i Mercyful Fate (co słychać przede wszystkim w warstwie wokalnej), jeszcze inne – te najbardziej przebojowe (których notabene jest większość) – spokojnie można by wrzucić do szufladki z napisem „rock” i zadbać o to, aby znalazły się w niej obok albumów fińskiego HIM (oczywiście lekko mrużąc przy tym oko). Praktycznie każdy numer Ghost B.C. ozdobiony jest wpadającą w ucho melodią, do tego dochodzą urokliwe solówki gitarowe i pasaże na klawiszach; nie można też zapominać o „łagodzącym obyczaje” głosie Papieża Emeryta. Gdy weźmie się pod uwagę wszystkie te elementy, aż trudno uwierzyć, że „Infestissumam” powstało na chwałę… Szatana. O czym przekonują zresztą już same tytuły niektórych kompozycji, jak na przykład „Per aspera ad inferi”, „Body and Blood”, „Depth of Satan’s Eyes” czy „Monstrance Clock”. Największe szanse na dłuższe pozostanie w pamięci słuchaczy mają stylizowane na kołysankę „Secular Haze”, balladowe „Ghuleh” połączone w jedno z dynamicznym „Zombie Queen”, nasycony (w początkowej fazie) klawiszami „Year Zero” oraz wspomniane już powyżej spacerockowe „Per aspera ad inferi” i okraszone kościelnymi organami i chórem „Monstrance Clock” (w którym zespół w ironiczny sposób odwołuje się do „Come Together” The Beatles).
Sebastian Chosiński
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Muse „The 2nd Law” (2012) [60%]
Czy Matthew Bellamy i spółka są w stanie na nowo określić kierunek muzyczny swojego zespołu? Można było mieć taką nadzieję po pierwszych zapowiedziach i fragmentach opublikowanych w Internecie przed premierą „The 2nd Law”. Muzykom Muse przypadł do gustu wirusowo rozprzestrzeniający się trend okołodubstepowy, stąd obecność wpływów tego nurtu muzyki elektronicznej (i jego pochodnych) na ostatnim albumie. Nie oni pierwsi zachwycili się dubstepem (i brostepem, którego jest znacznie więcej w mainstreamowych mediach) – Korn wydał całą płytę, będącą wynikiem współpracy z producentami specjalizującymi się w takich brzmieniach, a rzesze innych artystów wciąż sięgają po patenty, które już stają się zwyczajnie przewidywalne i z pewnością wielu słuchaczy ma ich serdecznie dosyć. Angielska formacja na szczęście nie pokusiła się o podobny krok co Korn (choć „The Path of Totality” nie jest wcale złym albumem). Zawartość ostatniej płyty Muse to w dużej mierze muzyka, jakiej można się było spodziewać. Mnóstwo inspiracji zespołem Queen, elementów rocka symfonicznego i progresywnego, znów wiele charakterystycznych dla Bellamy’ego wysokich partii wokalnych i kilka zostających w głowie na dłużej melodii. W większości to po prostu… poprawna płyta. Nieraz przewidywalna do bólu i tylko w kilku momentach przekonująca, nawet niekoniecznie „nowymi” rozwiązaniami. Do tych rzadkich fragmentów należą przede wszystkim wybrane na single „Supremacy” i „Survival” z partami orkiestrowymi (najbardziej przypominające poprzednie dokonania grupy), balladowe „Madness” z dubstepową linią basu i jeszcze bardziej nasycone elektroniką „Follow Me”. Do tego zestawu wypada również dołączyć bardzo energetyczny, zadziornie funkujący „Panic Station”. Z drugiej połowy płyty, poza (z początku wydającymi się brzmieć dość świeżo) brostepowymi eksperymentami, wieje nudą. Jak właściwie nigdy u Muse. I niestety głównie z tego powodu „The 2nd Law” rozczarowuje. Lepiej byłoby, gdyby panowie wydali tylko EP-kę z kilkoma najlepszymi kompozycjami z materiału wykorzystanego na tym albumie, dając upust nowym fascynacjom.
Dawid Josz
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
New Keepers of the Water Towers „Cosmic Child” (2013) [70%]
Historia tej sztokholmskiej kapeli zaczęła się w 2006 roku, kiedy to dwóch byłych członków thrashmetalowego Vexation – gitarzyści (i jednocześnie wokaliści) Victor Berg i Rasmus Booberg – zdecydowali się grać inną muzykę i w tym celu założyli nowy zespół. Tak powstała grupa New Keepers, której skład uzupełnili basista Albin Rönnblad Ericsson oraz perkusista Tor Sjödén (wcześniej w pierwszym wcieleniu Dr. Living Dead!). Zespół wydał dwa minialbumy – „Chronicles of the Massive Boar” (2007) oraz „The Chronicles of Iceman” (2008) – po czym w 2009 roku… nie, nie rozpadł się, ale przemianował na New Keepers of the Water Towers. Pierwszym wydawnictwem sygnowanym nową nazwą była składanka „Chronicles” (2009), na której znalazł się materiał z dwóch wydanych przedtem płytek. „The Calydonian Hunt” – pełnometrażowy krążek nowego wcielenia, w którym zabrakło już Ericssona (jego obowiązki przejął tymczasowo Booberg) – ukazał się w kwietniu 2011 roku i zebrał pozytywne recenzje. Wkrótce kapela ruszyła w trasę koncertową, podczas której wspomagał ją nowy basista Björn Andersson (znany z występów w hard rockowym M.O.B.). Sprawdził się na tyle, że został na stałe.
Jako kwartet New Keepers of the Water Towers nagrali swoją drugą płytę – „Cosmic Child”, której światowa premiera miała miejsce w marcu 2013 roku. Na albumie znalazło się sześć kompozycji trwających łącznie prawie czterdzieści siedem minut. Co dziwić nie powinno, albowiem kapele z okolic doom metalu mają skłonności do rozbudowanych, patetycznych kompozycji. I tak też jest w przypadku Szwedów. Otwierający płytę ponad sześciominutowy „The Great Leveller” nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do tego, z jaką muzyką będziemy mieć do czynienia. To znaczony majestatycznymi riffami gitary i potężną, rozpędzoną jak walec sekcją rytmiczną oraz niskim, demonicznym głosem metal, którego korzenie tkwią głęboko w dokonaniach Black Sabbath oraz – z późniejszych czasów – Candlemass i Cathedral. New Keepers of the Water Towers starają się jednak wychodzić poza schemat, o czym przekonuje chociażby drugi kawałek na krążku – „Visions of Death”, który otwiera stonerrockowa gitara. Dalej robi się jeszcze ciekawiej: z jednej strony grupa stara się brzmieć odpowiednio majestatycznie (za co odpowiada basista i bębniarz), z drugiej robi jednak sporo, aby nadać swojej muzyce odpowiednie tempo i lekkość (w czym wielka zasługa gitarzystów).
W „Pyre for the Red Sage” mamy do czynienia z kilkoma rozwijanymi w osobnych częściach motywami muzycznymi, co de facto czyni tę dwunastominutową kompozycję minisuitą. Chwilę wypoczynku oferuje króciutkie – oczywiście jak na dokonania Szwedów – „Cosmosis”, które, nasycone kosmiczno-psychodelicznymi dźwiękami, zabiera nas w podróż do krańców Wszechświata. Wróciwszy z pozaziemskich wojaży, zostajemy uraczeni najdłuższym na całym albumie „Lapse”. Numer rozwija się bardzo wolno i leniwie, wprawiając w prawdziwy trans, z którego zostajemy przebudzeni w ostatnich minutach, gdy jeden z gitarzystów raczy nas soczystą solówką. Krążek zamyka niespełna trzyminutowa, instrumentalna miniatura tytułowa, w której ponownie pojawiają się odniesienia do muzyki rockowej z południa Stanów Zjednoczonych. Kto zechce, w akustycznej partii gitary usłyszy nawet nawiązania do Neila Younga. Co oczywiście odczytać należy jako pochwałę, a nie przyganę. Słowem: „Cosmic Child” nie jest wprawdzie arcydziełem doom metalu, ale na pewno nie zawiedzie tych, którzy zaliczają się do grona zaprzysięgłych fanów gatunku.
Sebastian Chosiński
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Night Beds „Country Sleep” (2013) [90%]
Ta płyta powinna stanowić początek wielkiej kariery – jak na studyjny debiut projektu zaledwie 23-letniego Winstona Yellena, brzmi wręcz doskonale. Urzeka przede wszystkim wrażliwym i silnym męskim wokalem – zaprezentowanym w pełni już w otwierającym wydawnictwo, wykonanym a cappella „Faithfull Heights”. Co ciekawe, nie jest to głos przesadnie charakterystyczny, lecz wystarczająco przeszywający, a jednocześnie nieusypiający – przykuwa do krążka na naprawdę długie chwile. Na dodatek kiedy na playliście robi się nieco żywiej i pogodniej, co ma miejsce już w kolejnym utworze, zatytułowanym „Ramona”, odpowiednio uzupełnia go z drugiego planu wokal kobiecy. Co najmniej interesująco wypada też niespecjalnie złożona warstwa muzyczna. Na „Country Sleep” prym wiodą oczywiście melancholijne gitary oraz miarowa perkusja (dopełnione fortepianem, smyczkami i licznymi pomrukiwaniami), a do tego duża część kompozycji odznacza się łagodną melodyjnością. Naturalnie nie brakuje również rzewnych ballad (m.in. wysoko śpiewany i z dominującymi skrzypcami „Even If We Try” albo zagrany wyłącznie na akustycznej gitarze „Tenn”), które dość równomiernie przeplatane są nieznacznie żywszymi numerami. Najlepiej prezentują się utwory marzycielskie, ale z nutką radości (czasem ledwie dostrzegalną, ponieważ piosenki skupione są na niełatwych przeżyciach młodego chłopaka). Dlatego właśnie po prostu pięknymi trzeba nazwać rytmiczne i przynajmniej minimalnie rozświetlające twarz słuchacza „Lost Springs” oraz „22”. Najważniejsze jednak, że na „Country Sleep” nie ma słabszych momentów, wypełniaczy czy zaburzeń senno-kołyszącego nastroju. I choć całość trwa niewiele ponad pół godziny, to daje wystarczająco smutno-radosnej i naznaczonej amerykańskim kurzem przyjemności, by uznać ją za kompletną i po prostu udaną. Debiut Night Beds bezwzględnie powinni sprawdzić wszyscy fani Bona Ivera, Fleet Foxes czy Bena Howarda, bo jakością (i operowaniem muzyczną wrażliwością) indiefolkowy projekt Yellena na pewno od nich nie odstaje.
Michał Perzyna
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Smuta „На север” (2013) [70%]
Warto temu miastu przyjrzeć się bliżej – Rybińsk (nad Wołgą) w obwodzie jarosławskim w europejskiej części Rosji. To stamtąd pochodzą chwalone już w „Esensja słucha” zespoły folk-metalowe Krynica (Крыница) i Opricz (Опричь). Tam działa również – od prawie dziewięciu lat – związana z tym samym środowiskiem artystycznym formacja Smuta (Смута), która zdążyła opublikować już cztery „pełnometrażowe” albumy: „Смута крови” (2007), „Хмельная песнь войны” (2008) oraz „Мор” (2010); najnowsze wydawnictwo – zatytułowane „На север” – ukazało się w sprzedaży w końcu stycznia bieżącego roku. Na przestrzeni lat skład kapeli zmieniał się parokrotnie; dzisiaj tworzy ją sześciu muzyków: wokalistka, flecistka i perkusjonalistka Maria Smolia, wokalista (odpowiedzialny przede wszystkim za growling) Jewgienij Worobjow, gitarzysta Artiom Jeremiejew, basista Aleksandr Wichriow, grająca na instrumentach klawiszowych Aliona Smirnowa oraz bębniarz Jewgienij Moskowski. Na żadnej z poprzednich płyt nie starali się bić rekordów długości i tak jest również tym razem; najnowszy album trwa zaledwie trzydzieści sześć minut, co – biorąc pod uwagę, że wypełnia go dziesięć kompozycji (w tym jedna bonusowa) – uznać można za wyjątkowo konsekwentny przejaw trzymania w ryzach swojej muzycznej wyobraźni.
Na innych płaszczyznach również nie doczekaliśmy się znaczących zmian. Smuta wciąż bowiem pozostaje wierna muzyce rockowej, której cechą charakterystyczną jest nadzwyczaj umiejętne łączenie elementów folkloru słowiańskiego (obecnego także w tekstach sławiących potęgę przyrody północnej Rusi) z dźwiękami z okolic death metalu. Ten kontrast zostaje dodatkowo podkreślony skrajnie odmiennymi sposobami śpiewania Smolii i Worobjowa, którzy tym samym idealnie się uzupełniają (najlepiej słychać to w takich kompozycjach, jak „К северной стране”, „Край”, „День быка” czy „Сивер”). Maria dba o przyjemne dla ucha, patetyczne melodie, Jewgienij z kolei swym niskim głosem wprowadza nastrój grozy i niepewności. W warstwie instrumentalnej przez większość czasu jest ostro i bezlitośnie, ale nawet przez tę potężną ścianę dźwięku, jaką tworzą gitary i sekcja rytmiczna, przebija charakterystyczna wschodniosłowiańska melodyka. Sprawia ona, że pomimo proweniencji deathmetalowej utwory Smuty wydają się zaskakująco zwiewne (vide przebojowe „Мороз” i „Заговор-обряд”). Duża w tym zasługa partii fletu i klawiszy, które – dzięki znakomitej produkcji i selektywności dźwięku – nie giną gdzieś w tle, ale idealnie dopełniają całości obrazu.
Właściwą część płyty zamyka instrumentalna, akustyczna miniatura „Прощай”, po której następują jeszcze bonusowe „Последние отблески…”. W nich Smuta na ponad cztery minuty przeistacza się w rosyjskie wcielenie Blackmore’s Night. Nic w tym oczywiście złego; po takiej dawce czadu, jaki wydobywał się z głośników przez poprzednie pół godziny, na pewno na chwilę przed rozstaniem przyda się odrobina romantycznego ukojenia. A tak na marginesie: przy okazji Smolia udowadnia, że – gdyby zaszła taka konieczność – spokojnie mogłaby zastąpić Candice Night u boku Ritchiego Blackmore’a.
Sebastian Chosiński
koniec
4 maja 2013

Komentarze

04 V 2013   12:17:49

A skąd pomysł, że Ghost to duet?

04 V 2013   18:13:34

Wyjaśnienie zagadki kryje się zapewne tutaj: http://www.metal-archives.com/bands/Ghost/3540309157.
Pytanie tylko, co to wyjaśnia? :)

04 V 2013   23:41:56

Jak widać na zdjęciu w podanym linku, jest jeden wokalista i pięciu instrumentalistów, każdy o tej samej ksywce - Nameless Ghoul. No ale rzeczywiście, może to wprowadzić w błąd :)

05 V 2013   10:24:00

W każdym razie poczucia humoru panom nie brakuje. ;)

14 V 2013   09:18:15

pi gdzie jestes

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Twardziele z Zagłębia Ruhry
Sebastian Chosiński

11 XI 2021

Postindustrialne krajobrazy różnie wpływają na mieszkańców regionów uprzemysłowionych – jednych przyprawiają o myśli depresyjne, innym dają kopa do aktywnej działalności. W przypadku muzyków zespołu Plaindrifter, który narodził się w niemieckim Gelsenkirchen, mamy do czynienia z tym drugim. Czego najjaskrawszym dowodem pełnowymiarowy debiut tria – album „Echo Therapy”.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Z tego cyklu

Grudzień 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

… projektu R.U.T.A.
— Sebastian Chosiński

Październik 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Kwiecień 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

Marzec 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Marzec 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Luty 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012 (2)
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012
— Mateusz Kowalski, Paweł Lasiuk, Michał Perzyna, Bartosz Polak

Listopad 2012 (2)
— Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Tegoż twórcy

Smutek nad Rusią
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Nadciąga piekielna wojna
— Sebastian Chosiński

Sympatyczne słuchadło
— Jakub Dzióbek

Pośród lasów i bezdroży pogańskiej Rusi
— Sebastian Chosiński

Pot i Kreff: …a ja będę mógł sobie spokojnie pojamować w klubie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff: Prywatne śledztwo
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.