Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 8 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

PainKiller
‹The Prophecy: Live in Europe›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Prophecy: Live in Europe
Wykonawca / KompozytorPainKiller
Data wydania19 listopada 2013
Wydawca Tzadik
NośnikCD
Czas trwania69:56
Gatunekjazz, koncert, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
John Zorn, Bill Laswell, Tatsuya Yoshida
Utwory
CD1
1) Prelude2:12
2) The Prophecy64:54
3) Postlude2:50
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Pewny ból głowy
[PainKiller „The Prophecy: Live in Europe” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
To mało prawdopodobne, aby od muzyki PainKillera przestała boleć głowa. Z dużym prawdopodobieństwem możemy mieć do czynienia ze zjawiskiem przeciwnym. Ale to nie znaczy, że po najnowszą publikację kolejnego (z wielu) projektu Johna Zorna nie warto sięgać. Tym bardziej że na albumie „The Prophecy” oprócz lidera słyszymy jeszcze muzyków tej miary co Bill Laswell i Tatsuya Yoshida.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Pewny ból głowy
[PainKiller „The Prophecy: Live in Europe” - recenzja]

To mało prawdopodobne, aby od muzyki PainKillera przestała boleć głowa. Z dużym prawdopodobieństwem możemy mieć do czynienia ze zjawiskiem przeciwnym. Ale to nie znaczy, że po najnowszą publikację kolejnego (z wielu) projektu Johna Zorna nie warto sięgać. Tym bardziej że na albumie „The Prophecy” oprócz lidera słyszymy jeszcze muzyków tej miary co Bill Laswell i Tatsuya Yoshida.

PainKiller
‹The Prophecy: Live in Europe›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Prophecy: Live in Europe
Wykonawca / KompozytorPainKiller
Data wydania19 listopada 2013
Wydawca Tzadik
NośnikCD
Czas trwania69:56
Gatunekjazz, koncert, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
John Zorn, Bill Laswell, Tatsuya Yoshida
Utwory
CD1
1) Prelude2:12
2) The Prophecy64:54
3) Postlude2:50
Wyszukaj / Kup
Amerykański multiinstrumentalista John Zorn, choć powszechnie kojarzony jest z muzyką jazzową i klezmerską, nie unika jednak także wycieczek w rejony awangardy rockowej, którą stara się – zresztą bardzo umiejętnie i kreatywnie – łączyć z free jazzem. Dwa najbardziej „odjechane” projekty właściciela wytwórni Tzadik Records to Naked City i PainKiller, w których nie wahał się sięgnąć po elementy charakterystyczne dla death metalu i grindcore’u. Pierwsza formacja działała w latach 1988-1993 i pozostawiła po sobie siedem pełnowymiarowych krążków (po latach doszły jeszcze, zawierające materiał archiwalny, albumy koncertowe); druga rozpoczęła swój żywot w 1991 roku i przetrwała cztery lata, by później parokrotnie, przy różnych okazjach, odradzać się i dawać koncerty. Naked City cechowało się nieco bogatszym brzmieniem, poszerzonym zarówno o gitarę, jak i instrumenty klawiszowe; z kolei PainKiller stawiał na surowość, stąd utrzymywanie przez cały czas istnienia zespołu – z naprawdę małymi wyjątkami – składu trzyosobowego.
Poza Johnem Zornem (w tym zestawieniu grającym jedynie na saksofonie altowym) pierwotny skład kapeli uzupełnili gitarzysta basowy Bill Laswell oraz perkusista Mick Harris – artyści z zupełnie odmiennych światów muzycznych. Laswell, urodzony w amerykańskim Salem (w stanie Illinois) w 1955 roku, od zawsze grał awangardowe odmiany jazzu i rocka, dając się poznać między innymi jako współtwórca sukcesów takich grup, jak Massacre, Material i Praxis. Młodszy od niego o lat dwanaście Harris przyszedł na świat w angielskim Birmingham; na początku lat 80. ubiegłego wieku zafascynowały go najbardziej ekstremalne gatunki metalu i punka. I taką też muzykę grał jako bębniarz Napalm Death i Extreme Noise Terror. Swoją drogą, jakież musiało być jego zdziwienie, kiedy w 1991 roku, gdy rozniosło się, że definitywnie opuścił szeregi pierwszej z kapel, skontaktował się z nim Zorn i zaproponował mu udział w swoim nowym projekcie – zespole mającym połączyć nieokiełznanie free jazzu z potężną energią ekstremalnego metalu!
W ciągu następnych czterech lat trio Zorn – Laswell – Harris opublikowało dwa minialbumy („Guts of a Virgin”, 1991; „Buried Secrets”, 1992), płytę koncertową („Rituals: Live in Japan”, 1993) oraz „pełnometrażowy” album studyjny („Execution Ground”, 1994). Szczególną estymą grupa cieszyła się w Japonii, gdzie często koncertowała, po czym występy te wydawała na kompaktach. „Rituals” było pokłosiem koncertu w Tokio (we wrześniu 1991, a więc z początków kariery); do japońskiego wydania „Execution Ground” dodano natomiast – w formie bonusu – płytę „Live in Osaka” (zawierającą materiał z listopada 1994 roku). W czasie tej samej trasy PainKiller odwiedził również Nagoyę, a zapis tej imprezy John Zorn oddał w ręce fanów osiem lat później, publikując – pod szyldem Tzadik Records – krążek zatytułowany „Talisman”. Zespół oficjalnie już wtedy nie istniał, choć od czasu do czasu pojawiał się jeszcze na żywo. Jak chociażby latem 2003 roku podczas serii występów różnych formacji kierowanych przez amerykańskiego saksofonistę, które odbywały się w nowojorskim klubie „Tonic” z okazji pięćdziesiątej rocznicy jego urodzin.
W latach 2004-2005 ukazały się one na dwunastu albumach noszących wspólny tytuł „50th Birthday Celebration”; PainKillerowi dane było wypełnić płytkę z adnotacją „Volume 12”. Co ciekawe, na scenie Zornowi i Laswellowi nie towarzyszył już wtedy Harris, którego okazjonalnie zastąpił czarnoskóry bębniarz jazzowy Hamid Drake (przez lata etatowy współpracownik Freda Andersona, Williama Parkera i Petera Brötzmanna), a głosu gościnnie użyczył… Mike Patton. Tradycją było bowiem, że podczas występów na żywo muzyków PainKillera wspomagali inni artyści, jak chociażby pochodzący z Kraju Kwitnącej Wiśni Haino Keiji (z psychodelicznej formacji Fushitsusha) czy Yamatsuka Eye (udzielający się w Boredoms i Hamatarashi). Nie powinno więc dziwić, że kiedy w 2004 roku Zorn i Laswell postanowili na krótko odkurzyć stary szyld i wybrać się w trasę po Europie, poprosili o zajęcie miejsca za bębnami właśnie Japończyka. Sięgnęli po perkusistę z najwyższej półki (nie tylko z uwagi na jego wzrost) – Tatsuyę Yoshidę, którego wielbiciele rocka znali z takich projektów, jak Ruins, Kōenji Hyakkei, Korekyojinn czy Zeni Geva (po latach doszło jeszcze Zletovsko).
W czasie wspomnianej powyżej trasy panowie Zorn, Laswell i Yoshida dotarli między innymi do Niemiec i Polski. I kiedy wreszcie po ośmiu latach szef Tzadik Records zdecydował się upamiętnić ją płytą, sięgnął właśnie po materiał zarejestrowany w Berlinie i Warszawie. Album „The Prophecy” zawiera w zasadzie jedną, choć podzieloną na trzy części, niemal siedemdziesięciominutową kompozycję tytułową (która tym samym nie ma zbyt wiele wspólnego z ochrzczonym tak samo numerem obecnym na albumie „Rituals”). Otwierające ją preludium („Prelude”) i zamykające postludium („Postlude”) to w zasadzie klamra spinająca całość; dwa króciutkie – niespełna trzyminutowe – kawałki, mające z jednej strony wprowadzić słuchaczy w odpowiedni klimat, z drugiej natomiast – dać czas na pogodzenie się z myślą, że ów spirytystyczno-hipnotyczny seans, jakim bezsprzecznie musiały jawić się ówczesne koncerty PainKillera, dobiegł właśnie końca. Naturalne jest również, że tak długi utwór musi dzielić się na różniące się tempem, dynamiką, wreszcie nastrojem bądź muzycznymi nawiązaniami, fragmenty. Nie sposób przecież przez ponad godzinę ani na moment nie spuścić z tonu czy – co dotyczy głównie Zorna – nie dać odpocząć płucom.
„Prelude” to potężne uderzenie prosto między oczy (a może raczej uszy?). To kakofonia dźwięków wydobywanych z trzech instrumentów – saksofonu, basu i perkusji – które składają się na archetypiczną wręcz definicję free jazzu. To także forma powitania zespołu z publicznością i jednocześnie zapowiedź tego, co słuchaczom obecnym na koncercie będzie serwowane przez najbliższą godzinę. Właściwa część „The Prophecy” zaczyna się jeszcze w miarę standardowo, by nie rzec post-bopowo (z nawiązaniami do Milesa Davisa, Freddiego Hubbarda czy Wayne’a Shortera), ale z każdą kolejną minutą trio rozkręca się coraz bardziej, czego efektem jest fakt, że poszczególni muzycy, starając się mimo wszystko nie tracić łączności z pozostałymi, rozpoczynają swoją własną podróż muzyczną. Najbliżej siebie podążają, co oczywiste, Laswell i Yoshida, najbardziej odpływa – co też zresztą żadnym zaskoczeniem być nie może – Zorn. Nowojorski saksofonista ujawnia przy okazji całą paletę swoich zainteresowań i możliwości. Od freejazzowych pasaży w stylu Ornette’a Colemana czy wczesnego Tomasza Stańki płynnie przechodzi w rejony klasyczne, znaczone dźwiękami spod znaku Johna Coltrane’a, by od czasu do czasu zahaczyć jeszcze o muzykę klezmerską, której sam hołduje w prowadzonym przez siebie projekcie Masada i kilku jego pochodnych.
Oprócz Johna Zorna często na plan pierwszy wybija się Tatsuya Yoshida – perkusista, który w zagranej z prawdziwie rockowym pazurem muzyce fusion czuje się jak ryba w wodzie. Wsłuchując się w grane przez niego partie (niekoniecznie solowe), ani przez chwilę nie możemy mieć wątpliwości, że to niekwestionowany wirtuoz bębnów, dla którego nie istnieją żadne granice stylistyczne – dlatego z równym powodzeniem może towarzyszyć na scenie Zornowi, jak i artystom spod znaku rocka progresywnego (gdyby w najbliższym czasie Dream Theater ponownie poszukiwało pałkera, spokojnie mogliby sięgnąć po Yoshidę, choć wcale nie jest takie pewne, czy Japończyk zgodziłby się grać muzykę tak bardzo… przewidywalną). Swoje chwile chwały przeżywa jednak także Bill Laswell, który dzięki licznym przetwornikom dźwięku nadaje swojemu basowi bardzo różne brzmienia; bywa i tak, że traktuje go jako gitarę solową. „The Prophecy” trudno zresztą uznać za zwartą kompozycję, to raczej amalgamat wielu funkcjonujących oddzielnie elementów, które dzięki różnym zabiegom zostały połączone w jedno. Stąd sąsiadujące ze sobą fragmenty freejazzowe i jazzrockowe, awangardowe i niemal hardrockowe; stąd – co prawda, dość rzadkie – chwile zadumy oraz – znacznie częstsze – momenty dosłownie wbijające w fotel. Jak chociażby zwieńczenie „Postlude”, po zakończeniu którego dodanie nawet jednej nutki byłoby profanacją.
koniec
28 listopada 2013
Skład:
John Zorn – saksofon altowy
Bill Laswell – gitara basowa
Tatsuya Yoshida – perkusja

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: W mroku zrodzone…
Sebastian Chosiński

7 XII 2021

Biografia młodego duńskiego gitarzysty jazzowego Teisa Semeya jest równie fascynująca jak jego twórczość. Uporawszy się dzięki muzyce ze swoimi demonami, wyszedł na prostą i rozpoczął profesjonalną karierę, która za kilka lat powinna wynieść go na szczyty. Wydany w ubiegłym miesiącu trzeci solowy album artysty – „Mean Mean Machine” – jest kolejnym dowodem na jego nieprzeciętny talent kompozytorski i wykonawczą wirtuozerię.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.