Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 maja 2018
w Esensji w Esensjopedii

We Lost the Sea
‹Departure Songs›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDeparture Songs
Wykonawca / KompozytorWe Lost the Sea
Data wydania23 lipca 2015
NośnikCD
Czas trwania67:16
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Mark Owen, Matt Harvey, Brendon Warner, Mathew Kelly, Kieran Elliott, Nathaniel D’Ugo, Mercy College Choir, Tim Mahony, Ellen Kirkwood
Utwory
CD1
1) A Gallant Gentleman06:04
2) Bogatyri11:40
3) The Last Dive of David Shaw16:56
4) Challenger, Part 1: Flight23:46
5) Challenger, Part 2: A Swan Song08:47
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Bohaterowie dramatycznych historii

Esensja.pl
Esensja.pl
Całkiem możliwe, że za kilka miesięcy płyta ta zostanie okrzyknięta jednym z najsmutniejszych albumów wydanych w 2015 roku. Jeśli oczywiście zdoła przebić się do szerszej publiki. Co wcale nie jest takie pewne z dwóch powodów: grupa We Lost the Sea pochodzi z dalekiej Australii, a kolejne wydawnictwa publikuje własnym sumptem, co sprawia, że ich dystrybucja nie należy do najlepszych. A szkoda, bo „Departure Songs” należy do wyróżniających się produkcji postrockowych.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Bohaterowie dramatycznych historii

Całkiem możliwe, że za kilka miesięcy płyta ta zostanie okrzyknięta jednym z najsmutniejszych albumów wydanych w 2015 roku. Jeśli oczywiście zdoła przebić się do szerszej publiki. Co wcale nie jest takie pewne z dwóch powodów: grupa We Lost the Sea pochodzi z dalekiej Australii, a kolejne wydawnictwa publikuje własnym sumptem, co sprawia, że ich dystrybucja nie należy do najlepszych. A szkoda, bo „Departure Songs” należy do wyróżniających się produkcji postrockowych.

We Lost the Sea
‹Departure Songs›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDeparture Songs
Wykonawca / KompozytorWe Lost the Sea
Data wydania23 lipca 2015
NośnikCD
Czas trwania67:16
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Mark Owen, Matt Harvey, Brendon Warner, Mathew Kelly, Kieran Elliott, Nathaniel D’Ugo, Mercy College Choir, Tim Mahony, Ellen Kirkwood
Utwory
CD1
1) A Gallant Gentleman06:04
2) Bogatyri11:40
3) The Last Dive of David Shaw16:56
4) Challenger, Part 1: Flight23:46
5) Challenger, Part 2: A Swan Song08:47
Wyszukaj / Kup
Nie słyszeliście do tej pory o We Lost the Sea? Mimo że wydali właśnie trzeci album w swojej dyskografii? To tak naprawdę żaden wstyd. I wcale nie dlatego, że zespół zalicza się do światowych średniaków (bo tak akurat nie jest). Po prostu: Australijczycy grają muzykę niszową (post-rock z elementami ambientu, sludge’u oraz heavy metalu) i na dodatek sami wydają swoje płyty. To ostatnie może dziwić, wszak wstydu nikomu – a przede wszystkim sobie – nie przynoszą swoją muzyką. Widocznie jednak szczególnie zależy im na zachowaniu pełnej niezależności i z tego powodu nie pchają się do podpisywania kontraktów z firmami płytowymi. Formacja powstała w Sydney w 2007 roku, a założyli ją młodzi muzycy zafascynowani dokonaniami takich grup, jak Isis, Mogwai czy Sigur Rós. Pierwszy album – zatytułowany „Crimea” (czyli „Krym”) – wydali trzy lata później; jego producentem, odpowiedzialnym za dźwięk i brzmienie był Magnus Lindberg, na co dzień gitarzysta szwedzkiego zespołu postmetalowego Cult of Luna, który na zaproszenie Australijczyków „pofatygował” się na sesję nagraniową z rodzinnej miejscowości Umeå do Melbourne. Dalsze prace, czyli mix i mastering, odbyły się już w Europie.
W 2012 roku światło dzienne ujrzała druga płyta artystów z Antypodów – „The Quietest Place on Earth”. Muzycy ponownie sfinansowali jej nagranie i wydanie, choć tym razem dystrybucję powierzyli australijskiej firmie Bird’s Robe Records, dzięki czemu krążek mógł dotrzeć do znacznie szerszego grona słuchaczy. I rzeczywiście: o zespole zaczęło być głośno w środowisku postrockowym, miejscowi dziennikarze wróżyli mu sporą karierę. Niestety, rok później los We Lost the Sea zawisł na włosku, samobójstwo popełnił bowiem jeden z założycieli formacji – dwudziestoczteroletni wokalista Chris Torpy. Jego koledzy długo nie potrafili otrząsnąć się z traumy; na jakiś czas zawiesili nawet działalność, by w końcu reaktywować grupę. Doszli do wniosku, że w ten sposób najlepiej uczczą pamięć o zmarłym przyjacielu. Nie ma się więc co dziwić, że to właśnie jemu – swemu „bratu”, jak go nazywają we wkładce – dedykowali swoje najnowsze wydawnictwo. Album „Departure Songs” ukazał się w końcu lipca tego roku. Muzycy ponownie sfinansowali jego publikację, a dystrybucję po raz kolejny powierzyli kolegom z Bird’s Robe Records. I tak dotarł on aż do Europy.
„Departure Songs” zespół nagrał w składzie sześcioosobowym: trzej gitarzyści Mark Owen, Brendon Warner i Matt Harvey (który był jednocześnie pomysłodawcą okładki i grafik zamieszczonych we wkładce), klawiszowiec Mathew Kelly, basista Kieran Elliott oraz perkusista Nathaniel D’Ugo. Poza tym do studia zaproszono gości: wiolonczelistę Tima Mahony’ego, grającą na trąbce Ellen Kirkwood oraz kilkunastoosobowy żeński szkolny chór – Mercy College Choir. Jak widać, w czasie sesji nagraniowej sporo się działo. Najważniejsze jednak, że przełożyło się to na jakość płyty, która – jak to często bywa w przypadku produkcji postrockowych – jest koncept-albumem. Wszystkie kompozycje (notabene podpisane przez cały zespół) inspirowane są dramatycznymi wydarzeniami z dalszej i bliższej przeszłości; ich bohaterami są konkretni ludzie, którzy ponieśli śmierć, bądź to poświęcając się dla innych, bądź starając się dokonać wiekopomnych czynów. Oczywiście wszystko to dzieje się w sferze symbolicznej, albowiem – z jednym wyjątkiem – wszystkie utwory są instrumentalne; w tym, który nie jest, Australijczycy wykorzystali recytację wiersza poety, który zginął podczas drugiej wojny światowej. Ale o tym będzie okazja wspomnieć później.
Trwający ponad godzinę album otwiera numer zatytułowany „A Gallant Gentleman”, którym muzycy z Sydney upamiętniają postać pechowego badacza Antarktydy, Brytyjczyka Roberta Falcona Scotta. W 1910 roku ekipa pod jego dowództwem ruszyła na wyprawę, której celem było osiągnięcie bieguna południowego; w tym samym czasie trudu tego podjął się również Norweg Roald Amundsen – i to on okazał się zwycięzcą w tym wyścigu. Scott wraz ze swymi współpracownikami zamarzli w czasie drogi powrotnej pod koniec marca 1912 roku. W jaki sposób historia ta przekłada się na warstwę muzyczną dzieła? Utwór otwierają delikatne dźwięki gitar; wprowadzają one słuchaczy w nostalgiczny nastrój, w pewnym sensie nawet usypiają. Przychodzi jednak moment, kiedy następuje mocniejsze uderzenie – do partii gitarowych, kojarzących się z post-metalem, dołącza perkusja, w tle zaś pozostali „wioślarze” tremolami budują klasyczną postrockową ścianę dźwięku. Klimatu całości przydaje jeszcze subtelnie brzmiący chór, który panowie z We Lost the Sea najpierw wykorzystują do budowania nastroju, a następnie do stopniowego wyciszania emocji. Uczestniczy w tym także siedzący za fortepianem Mathew Kelly, kojący zmysły po wcześniejszej feerii gitar.
Nie mniej dramatyczna opowieść kryje się za drugim w kolejności utworem „Bogatyri”. Nawiązuje on do tragedii w elektrowni jądrowej w Czarnobylu, która miała miejsce w końcu kwietnia 1986 roku. Kilka dni po wybuchu stwierdzono, że lada chwila może dojść do kolejnej eksplozji, spowodowanej zbieraniem się na najniższym poziomie zniszczonej elektrowni skażonej substancjami promieniotwórczymi wody, którą wcześniej ekipy strażackie starały się ugasić płonący reaktor. Aby do tego nie doszło, należało otworzyć zawory awaryjne, przez które skażona woda zostałaby odprowadzona na zewnątrz. Tej samobójczej misji podjęli się dwaj inżynierowie (Walerij Biezpałow i Aleksiej Ananienko) oraz jeden robotnik (Boris Baranow). Jakiś czas później wszyscy zmarli z powodu choroby popromiennej. Oni są tytułowymi „bohaterami”. Konstrukcja utworu jest bardzo podobna do tego, co Australijczycy zaproponowali w „A Gallant Gentleman”. Po delikatnym, kilkuminutowym, niemal hipnotycznym wstępie następuje stopniowa zmiana klimatu; zespół nabiera rozmachu, nie tracąc przy tym nic z nostalgii. Bezbrzeżny smutek wyziera niemal z każdej nuty; nawet wtedy, gdy muzycy podkręcają tempo, a gitarzyści starają się przypomnieć słuchaczom, że gdy zaczynali karierę, dużo bliższy od post-rocka był im heavy metal.
Bohatera kompozycji „The Last Dive of David Shaw” wymienionego mamy w tytule. To australijski płetwonurek David Shaw, jeden z nielicznych ludzi na świecie, którzy odważyli się zejść poniżej 240 metrów pod poziomem wody (z zamkniętym obiegiem powietrza). Wyczynu tego dokonał u wybrzeży Republiki Południowej Afryki w końcu października 2004 roku. Nieco ponad dwa miesiące później niemal w tym samym miejscu poniósł śmierć, próbując dotrzeć do ciała innego płetwonurka ekstremalnego, Deona Dreyera, który utonął tam dziesięć lat wcześniej. Poświęcony Shawowi utwór zaczyna się od ambientowych dźwięków imitujących szum fal, w które niepostrzeżenie wkradają się gitary, a z czasem również pozostałe instrumenty. Zespół nieśpiesznie snuje swoją opowieść, stawiając przede wszystkim na budowę odpowiedniego klimatu. Co zresztą udaje się znakomicie. Zwłaszcza gdy We Lost the Sea rozpoczynają psychodeliczne kołysanie. Fragment ten wieńczą wyciszeniem, po którym wprowadzają słuchaczy już w inną, dużo bardziej energetyczną część utworu, udowadniając przy tym, że stylistyka postmetalowa może być bardzo twórczym rozwinięciem koncepcji charakterystycznych dla post-rocka (czego wcześniej dowodzili również chociażby Sólstafir czy Falloch).
Składający się z dwóch oddzielnych części „Challenger” (obie trwają w sumie ponad pół godziny) poświęcony jest tragedii amerykańskiego wahadłowca, do której doszło w styczniu 1986 roku. Kilka sekund po starcie statek rozpadł się w wyniku eksplozji; zginęli wszyscy członkowie załogi (było ich siedmioro). Pierwsza odsłona tej historii („Flight”) tym różni się od wszystkich pozostałych utworów na płycie, że słychać w niej głos recytujący wiersz Johna Gillespiego Magee, Jr. „Wysoki lot”. Kim był jego autor? Pilotem, który w czasie drugiej wojny światowej służył w brytyjskim i kanadyjskim lotnictwie wojskowym. Zginął, mając zaledwie dziewiętnaście lat, w grudniu 1941 roku nad Anglią, gdy jego samolot zderzył się w chmurach z inną jednostką. Parę miesięcy wcześniej napisał „Wysoki lot”, który wysłał w liście do swoich rodziców. Po śmierci Johna wiersz zdobył sporą sławę, stając się – i tak jest po dziś dzień – mottem RAF-u. Recytacja tekstu ma miejsce na tle ambientowych syntezatorów, które idealnie kontrastują z niskim, zachrypniętym głosem deklamatora. Dalej następuje fragment pełen agresywnych zagrywek gitarowych, tempo zostaje zaś podkręcone dzięki wykorzystaniu perkusjonaliów.
Australijczycy starają się zresztą, zgodnie z regułą gatunku, co jakiś czas zmieniać poetykę – płynnie przechodzą od momentów dynamicznych do melancholijnych i na odwrót. Tak dzieje się również w drugiej odsłonie „Challengera” („A Swan Song”), w której stopniowo zmierzają do ostatecznego wyciszenia, spajając całość klamrą w postaci recytacji „High Flight”. Sześćdziesiąt siedem minut muzyki to naprawdę sporo. Trzeba być mocno przekonanym o wartości tego, co się tworzy, aby zaprosić słuchaczy do tak długiej podróży, nie bojąc się o to, że zanudzi się ich na śmierć. Trzeba przyznać, że panowie z We Lost the Sea mają ku temu podstawy. Wojaż (w czasie i przestrzeni) w ich towarzystwie oferuje niezwykłe przeżycia estetyczne, choć już na starcie należy nastawić się na to, że nie będzie to wakacyjna wycieczka z ładnymi landszafcikami w tle. Ale w końcu za to Australijczycy są cenieni.
koniec
3 września 2015
Skład:
Mark Owen – gitara elektryczna
Matt Harvey – gitara elektryczna
Brendon Warner – gitara elektryczna
Mathew Kelly – fortepian, instrumenty klawiszowe
Kieran Elliott – gitara basowa
Nathaniel D’Ugo – perkusja, instrumenty perkusyjne
gościnnie:
Mercy College Choir – chórek (1)
Tim Mahony – wiolonczela (3-5)
Ellen Kirkwood – trąbka (4)

Komentarze

14 XI 2017   18:05:17

Płyta wybitna, przenosi w inny świat.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Stara forma, nowa treść
Sebastian Chosiński

22 V 2018

Mats Gustafsson ani na moment nie zwalnia tempa. W tym roku zaserwował już swoim wielbicielom między innymi nową płytę tria Fire!, a kilka miesięcy później światło dzienne ujrzał premierowy materiał innej jego formacji – The Thing. I chociaż na albumie „Again” nie usłyszymy niczego, czego szwedzko-norweski skład nie prezentował już wcześniej, to i tak nie powinno zabraknąć chętnych, by po raz kolejny wybrać się w muzyczną podróż z sympatycznymi Skandynawami…

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Jeszcze więcej radości
Sebastian Chosiński

15 V 2018

Large Unit to najambitniejszy, orkiestrowy projekt, jaki sygnuje swoim nazwiskiem perkusista Paal Nilssen-Love. Wydawałoby się, że nic ambitniejszego Norweg wymyśleć już nie będzie w stanie. Tymczasem w ubiegłym roku postanowił powiększyć skład swego freejazzowego big bandu, przekształcając go tym samym w… Extra Large Unit. Nowe wcielenie formacji zadebiutowało właśnie albumem „More Fun, Please”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: …a w uszach wciąż jeszcze słychać krzyk!
Sebastian Chosiński

10 V 2018

Mogłoby się wydawać, że szwedzki saksofonista Mats Gustafsson nie jest nas już w stanie niczym zaskoczyć. Zaskakiwał przecież już tyle razy. Ale właśnie – nam się to tylko wydaje. Opublikowany w kwietniu tego roku minialbum „Sustain” niejednego wielbiciela skandynawskiego jazzmana wprawi w osłupienie. Jest on bowiem efektem jego artystycznej kolaboracji z francuskim triem (a może kwartetem?)… death- i blackmetalowym Chaos Echœs!

więcej »

Polecamy

Szwajcaria dla świata

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Szwajcaria dla świata
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Kapela ze wsi Szczecin
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Miałem 10 lat…
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Podglądanie kochanków
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pośpiewajmy razem w podróży
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Leży w zsypie pijany cieć Mieciek
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Bieszczadzcy metale
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

W oczekiwaniu na nową płytę Toola
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dzień dobry, digliśmobry
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Jej kredo to harfa
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.