Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 stycznia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Bohaterowie dramatycznych historii

Esensja.pl
Esensja.pl
Całkiem możliwe, że za kilka miesięcy płyta ta zostanie okrzyknięta jednym z najsmutniejszych albumów wydanych w 2015 roku. Jeśli oczywiście zdoła przebić się do szerszej publiki. Co wcale nie jest takie pewne z dwóch powodów: grupa We Lost the Sea pochodzi z dalekiej Australii, a kolejne wydawnictwa publikuje własnym sumptem, co sprawia, że ich dystrybucja nie należy do najlepszych. A szkoda, bo „Departure Songs” należy do wyróżniających się produkcji postrockowych.

We Lost the Sea
‹Departure Songs›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDeparture Songs
Wykonawca / KompozytorWe Lost the Sea
Data wydania23 lipca 2015
NośnikCD
Czas trwania67:16
Gatunekrock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieMark Owen, Matt Harvey, Brendon Warner, Mathew Kelly, Kieran Elliott, Nathaniel D’Ugo, Mercy College Choir, Tim Mahony, Ellen Kirkwood
Utwory
CD1
1) A Gallant Gentleman06:04
2) Bogatyri11:40
3) The Last Dive of David Shaw16:56
4) Challenger, Part 1: Flight23:46
5) Challenger, Part 2: A Swan Song08:47
Nie słyszeliście do tej pory o We Lost the Sea? Mimo że wydali właśnie trzeci album w swojej dyskografii? To tak naprawdę żaden wstyd. I wcale nie dlatego, że zespół zalicza się do światowych średniaków (bo tak akurat nie jest). Po prostu: Australijczycy grają muzykę niszową (post-rock z elementami ambientu, sludge’u oraz heavy metalu) i na dodatek sami wydają swoje płyty. To ostatnie może dziwić, wszak wstydu nikomu – a przede wszystkim sobie – nie przynoszą swoją muzyką. Widocznie jednak szczególnie zależy im na zachowaniu pełnej niezależności i z tego powodu nie pchają się do podpisywania kontraktów z firmami płytowymi. Formacja powstała w Sydney w 2007 roku, a założyli ją młodzi muzycy zafascynowani dokonaniami takich grup, jak Isis, Mogwai czy Sigur Rós. Pierwszy album – zatytułowany „Crimea” (czyli „Krym”) – wydali trzy lata później; jego producentem, odpowiedzialnym za dźwięk i brzmienie był Magnus Lindberg, na co dzień gitarzysta szwedzkiego zespołu postmetalowego Cult of Luna, który na zaproszenie Australijczyków „pofatygował” się na sesję nagraniową z rodzinnej miejscowości Umeå do Melbourne. Dalsze prace, czyli mix i mastering, odbyły się już w Europie.
W 2012 roku światło dzienne ujrzała druga płyta artystów z Antypodów – „The Quietest Place on Earth”. Muzycy ponownie sfinansowali jej nagranie i wydanie, choć tym razem dystrybucję powierzyli australijskiej firmie Bird’s Robe Records, dzięki czemu krążek mógł dotrzeć do znacznie szerszego grona słuchaczy. I rzeczywiście: o zespole zaczęło być głośno w środowisku postrockowym, miejscowi dziennikarze wróżyli mu sporą karierę. Niestety, rok później los We Lost the Sea zawisł na włosku, samobójstwo popełnił bowiem jeden z założycieli formacji – dwudziestoczteroletni wokalista Chris Torpy. Jego koledzy długo nie potrafili otrząsnąć się z traumy; na jakiś czas zawiesili nawet działalność, by w końcu reaktywować grupę. Doszli do wniosku, że w ten sposób najlepiej uczczą pamięć o zmarłym przyjacielu. Nie ma się więc co dziwić, że to właśnie jemu – swemu „bratu”, jak go nazywają we wkładce – dedykowali swoje najnowsze wydawnictwo. Album „Departure Songs” ukazał się w końcu lipca tego roku. Muzycy ponownie sfinansowali jego publikację, a dystrybucję po raz kolejny powierzyli kolegom z Bird’s Robe Records. I tak dotarł on aż do Europy.
„Departure Songs” zespół nagrał w składzie sześcioosobowym: trzej gitarzyści Mark Owen, Brendon Warner i Matt Harvey (który był jednocześnie pomysłodawcą okładki i grafik zamieszczonych we wkładce), klawiszowiec Mathew Kelly, basista Kieran Elliott oraz perkusista Nathaniel D’Ugo. Poza tym do studia zaproszono gości: wiolonczelistę Tima Mahony’ego, grającą na trąbce Ellen Kirkwood oraz kilkunastoosobowy żeński szkolny chór – Mercy College Choir. Jak widać, w czasie sesji nagraniowej sporo się działo. Najważniejsze jednak, że przełożyło się to na jakość płyty, która – jak to często bywa w przypadku produkcji postrockowych – jest koncept-albumem. Wszystkie kompozycje (notabene podpisane przez cały zespół) inspirowane są dramatycznymi wydarzeniami z dalszej i bliższej przeszłości; ich bohaterami są konkretni ludzie, którzy ponieśli śmierć, bądź to poświęcając się dla innych, bądź starając się dokonać wiekopomnych czynów. Oczywiście wszystko to dzieje się w sferze symbolicznej, albowiem – z jednym wyjątkiem – wszystkie utwory są instrumentalne; w tym, który nie jest, Australijczycy wykorzystali recytację wiersza poety, który zginął podczas drugiej wojny światowej. Ale o tym będzie okazja wspomnieć później.
Trwający ponad godzinę album otwiera numer zatytułowany „A Gallant Gentleman”, którym muzycy z Sydney upamiętniają postać pechowego badacza Antarktydy, Brytyjczyka Roberta Falcona Scotta. W 1910 roku ekipa pod jego dowództwem ruszyła na wyprawę, której celem było osiągnięcie bieguna południowego; w tym samym czasie trudu tego podjął się również Norweg Roald Amundsen – i to on okazał się zwycięzcą w tym wyścigu. Scott wraz ze swymi współpracownikami zamarzli w czasie drogi powrotnej pod koniec marca 1912 roku. W jaki sposób historia ta przekłada się na warstwę muzyczną dzieła? Utwór otwierają delikatne dźwięki gitar; wprowadzają one słuchaczy w nostalgiczny nastrój, w pewnym sensie nawet usypiają. Przychodzi jednak moment, kiedy następuje mocniejsze uderzenie – do partii gitarowych, kojarzących się z post-metalem, dołącza perkusja, w tle zaś pozostali „wioślarze” tremolami budują klasyczną postrockową ścianę dźwięku. Klimatu całości przydaje jeszcze subtelnie brzmiący chór, który panowie z We Lost the Sea najpierw wykorzystują do budowania nastroju, a następnie do stopniowego wyciszania emocji. Uczestniczy w tym także siedzący za fortepianem Mathew Kelly, kojący zmysły po wcześniejszej feerii gitar.
Nie mniej dramatyczna opowieść kryje się za drugim w kolejności utworem „Bogatyri”. Nawiązuje on do tragedii w elektrowni jądrowej w Czarnobylu, która miała miejsce w końcu kwietnia 1986 roku. Kilka dni po wybuchu stwierdzono, że lada chwila może dojść do kolejnej eksplozji, spowodowanej zbieraniem się na najniższym poziomie zniszczonej elektrowni skażonej substancjami promieniotwórczymi wody, którą wcześniej ekipy strażackie starały się ugasić płonący reaktor. Aby do tego nie doszło, należało otworzyć zawory awaryjne, przez które skażona woda zostałaby odprowadzona na zewnątrz. Tej samobójczej misji podjęli się dwaj inżynierowie (Walerij Biezpałow i Aleksiej Ananienko) oraz jeden robotnik (Boris Baranow). Jakiś czas później wszyscy zmarli z powodu choroby popromiennej. Oni są tytułowymi „bohaterami”. Konstrukcja utworu jest bardzo podobna do tego, co Australijczycy zaproponowali w „A Gallant Gentleman”. Po delikatnym, kilkuminutowym, niemal hipnotycznym wstępie następuje stopniowa zmiana klimatu; zespół nabiera rozmachu, nie tracąc przy tym nic z nostalgii. Bezbrzeżny smutek wyziera niemal z każdej nuty; nawet wtedy, gdy muzycy podkręcają tempo, a gitarzyści starają się przypomnieć słuchaczom, że gdy zaczynali karierę, dużo bliższy od post-rocka był im heavy metal.
Bohatera kompozycji „The Last Dive of David Shaw” wymienionego mamy w tytule. To australijski płetwonurek David Shaw, jeden z nielicznych ludzi na świecie, którzy odważyli się zejść poniżej 240 metrów pod poziomem wody (z zamkniętym obiegiem powietrza). Wyczynu tego dokonał u wybrzeży Republiki Południowej Afryki w końcu października 2004 roku. Nieco ponad dwa miesiące później niemal w tym samym miejscu poniósł śmierć, próbując dotrzeć do ciała innego płetwonurka ekstremalnego, Deona Dreyera, który utonął tam dziesięć lat wcześniej. Poświęcony Shawowi utwór zaczyna się od ambientowych dźwięków imitujących szum fal, w które niepostrzeżenie wkradają się gitary, a z czasem również pozostałe instrumenty. Zespół nieśpiesznie snuje swoją opowieść, stawiając przede wszystkim na budowę odpowiedniego klimatu. Co zresztą udaje się znakomicie. Zwłaszcza gdy We Lost the Sea rozpoczynają psychodeliczne kołysanie. Fragment ten wieńczą wyciszeniem, po którym wprowadzają słuchaczy już w inną, dużo bardziej energetyczną część utworu, udowadniając przy tym, że stylistyka postmetalowa może być bardzo twórczym rozwinięciem koncepcji charakterystycznych dla post-rocka (czego wcześniej dowodzili również chociażby Sólstafir czy Falloch).
Składający się z dwóch oddzielnych części „Challenger” (obie trwają w sumie ponad pół godziny) poświęcony jest tragedii amerykańskiego wahadłowca, do której doszło w styczniu 1986 roku. Kilka sekund po starcie statek rozpadł się w wyniku eksplozji; zginęli wszyscy członkowie załogi (było ich siedmioro). Pierwsza odsłona tej historii („Flight”) tym różni się od wszystkich pozostałych utworów na płycie, że słychać w niej głos recytujący wiersz Johna Gillespiego Magee, Jr. „Wysoki lot”. Kim był jego autor? Pilotem, który w czasie drugiej wojny światowej służył w brytyjskim i kanadyjskim lotnictwie wojskowym. Zginął, mając zaledwie dziewiętnaście lat, w grudniu 1941 roku nad Anglią, gdy jego samolot zderzył się w chmurach z inną jednostką. Parę miesięcy wcześniej napisał „Wysoki lot”, który wysłał w liście do swoich rodziców. Po śmierci Johna wiersz zdobył sporą sławę, stając się – i tak jest po dziś dzień – mottem RAF-u. Recytacja tekstu ma miejsce na tle ambientowych syntezatorów, które idealnie kontrastują z niskim, zachrypniętym głosem deklamatora. Dalej następuje fragment pełen agresywnych zagrywek gitarowych, tempo zostaje zaś podkręcone dzięki wykorzystaniu perkusjonaliów.
Australijczycy starają się zresztą, zgodnie z regułą gatunku, co jakiś czas zmieniać poetykę – płynnie przechodzą od momentów dynamicznych do melancholijnych i na odwrót. Tak dzieje się również w drugiej odsłonie „Challengera” („A Swan Song”), w której stopniowo zmierzają do ostatecznego wyciszenia, spajając całość klamrą w postaci recytacji „High Flight”. Sześćdziesiąt siedem minut muzyki to naprawdę sporo. Trzeba być mocno przekonanym o wartości tego, co się tworzy, aby zaprosić słuchaczy do tak długiej podróży, nie bojąc się o to, że zanudzi się ich na śmierć. Trzeba przyznać, że panowie z We Lost the Sea mają ku temu podstawy. Wojaż (w czasie i przestrzeni) w ich towarzystwie oferuje niezwykłe przeżycia estetyczne, choć już na starcie należy nastawić się na to, że nie będzie to wakacyjna wycieczka z ładnymi landszafcikami w tle. Ale w końcu za to Australijczycy są cenieni.
koniec
3 września 2015
Skład:
Mark Owen – gitara elektryczna
Matt Harvey – gitara elektryczna
Brendon Warner – gitara elektryczna
Mathew Kelly – fortepian, instrumenty klawiszowe
Kieran Elliott – gitara basowa
Nathaniel D’Ugo – perkusja, instrumenty perkusyjne
gościnnie:
Mercy College Choir – chórek (1)
Tim Mahony – wiolonczela (3-5)
Ellen Kirkwood – trąbka (4)
dodajdo

Komentarze

14 XI 2017   18:05:17

Płyta wybitna, przenosi w inny świat.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Autostopem przez Układ Słoneczny
Sebastian Chosiński

23 I 2018

Charles Gayle nie przepada za rozbudowanymi zespołami. Od początku swojej kariery najlepiej realizuje się w triu, za plecami mając jedynie sekcję rytmiczną. W poszukiwaniu nowych form wyrazu często zmienia jednak jej skład osobowy. Na albumie „Solar System” towarzyszą mu Polak Ksawery Wójciński i Niemiec (sic!) Max Andrzejewski.

więcej »

Wulkaniczny wehikuł czasu
Sebastian Chosiński

4 I 2018

To kolejna – po „Zośce” – wyprawa poznańskiego jazzmana Macieja Fortuny do świata polskiego folkloru ocalonego przed laty przez Oskara Kolberga. Wyprawa tym bardziej niezwykła, że zaprowadziła kwartet Słowiański aż na Islandię. Znaczący jest również tytuł albumu – „Concert Inside the Volcano” – w którym nie ma nawet słowa przesady. Ten materiał rzeczywiście został zarejestrowany we wnętrzu… wulkanu.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Awangardowa potańcówka
Sebastian Chosiński

2 I 2018

Norweska supergrupa (free)jazzowa Cortex przebudziła się po raz piąty. Po raz trzeci też wydała album pod skrzydłami cenionej w środowisku wytwórni Clean Feed z Lizbony. Tytuł wydawnictwa uznać można za najlepszą – i w zasadzie wyczerpującą – recenzję: „Avant-Garde Party Music”. By jednak czytelnicy nie posądzili nas o pójście na łatwiznę, o najnowszej płycie Skandynawów napiszemy trochę więcej.

więcej »

Polecamy

Nauczyli się latać

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Nauczyli się latać
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Polacy na metalowo
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Śniegu płoń!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Z tego cyklu

Autostopem przez Układ Słoneczny
— Sebastian Chosiński

Awangardowa potańcówka
— Sebastian Chosiński

Tak samo, ale zupełnie inaczej
— Sebastian Chosiński

Erupcja wulkanu
— Sebastian Chosiński

Niezobowiązujące związki artystyczne
— Sebastian Chosiński

Lider idealny. I dzieło wielkiego formatu
— Sebastian Chosiński

Na wojennym szlaku
— Sebastian Chosiński

Starcie tytanów
— Sebastian Chosiński

Powściągliwość mniej mile widziana
— Sebastian Chosiński

Welocyped międzykontynentalny
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

East Side Story: Dwie – wcale nie zgryźliwe – tetryczki
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Zemsta na caudillo Franco
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Współczesny western górniczy
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Bardzo starzy oboje i ich wnuczka
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: W poszukiwaniu własnego języka
— Sebastian Chosiński

Remanent filmowy 2017
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Grzegorz Fortuna, Adam Kordaś, Marcin Osuch, Jarosław Robak, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Wulkaniczny wehikuł czasu
— Sebastian Chosiński

Kto z Ligą wojuje…
— Sebastian Chosiński

Napalona doktor Quinn
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Na bezdrożach, z nożem w ręku
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.