Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Elephant9, Reine Fiske
‹Silver Mountain›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSilver Mountain
Wykonawca / KompozytorElephant9, Reine Fiske
Data wydania21 sierpnia 2015
NośnikCD
Czas trwania76:01
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Reine Fiske, Ståle Storløkken, Nikolai Hængle Eilertsen, Torstein Lofthus
Utwory
CD1
1) Occidentali14:26
2) You Are the Sunshine of My Life10:05
3) Abhartach09:22
4) Kungsten20:05
5) The Above Ground Sound22:03
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Śmielej! Świat jest stworzony dla odważnych
[Elephant9, Reine Fiske „Silver Mountain” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Wydany przed trzema laty album „Atlantis”, wspólna produkcja norweskiego tria Elephant9 i szwedzkiego gitarzysty Reinego Fiske, zachwyciła słuchaczy i krytyków. Nic więc dziwnego, że skandynawscy muzycy postanowili kontynuować przygodę. Trzeba było tylko poczekać cierpliwie, aż znajdzie się kolejny dogodny dla obu stron termin. Gdy już go ustalono i zamknięto się w studiu, „wysmażono” nowe dzieło – „Silver Mountain”. Może nie tak dobre, jak poprzednie, ale wciąż znakomite.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Śmielej! Świat jest stworzony dla odważnych
[Elephant9, Reine Fiske „Silver Mountain” - recenzja]

Wydany przed trzema laty album „Atlantis”, wspólna produkcja norweskiego tria Elephant9 i szwedzkiego gitarzysty Reinego Fiske, zachwyciła słuchaczy i krytyków. Nic więc dziwnego, że skandynawscy muzycy postanowili kontynuować przygodę. Trzeba było tylko poczekać cierpliwie, aż znajdzie się kolejny dogodny dla obu stron termin. Gdy już go ustalono i zamknięto się w studiu, „wysmażono” nowe dzieło – „Silver Mountain”. Może nie tak dobre, jak poprzednie, ale wciąż znakomite.

Elephant9, Reine Fiske
‹Silver Mountain›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSilver Mountain
Wykonawca / KompozytorElephant9, Reine Fiske
Data wydania21 sierpnia 2015
NośnikCD
Czas trwania76:01
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Reine Fiske, Ståle Storløkken, Nikolai Hængle Eilertsen, Torstein Lofthus
Utwory
CD1
1) Occidentali14:26
2) You Are the Sunshine of My Life10:05
3) Abhartach09:22
4) Kungsten20:05
5) The Above Ground Sound22:03
Wyszukaj / Kup
Kiedy przed dziewięcioma laty w Oslo powstało trio Storløkken / Eilertsen / Lofthus, można je było już wtedy określić mianem supergrupy. A skoro tak, to na jakie miano formacja zasługuje dzisiaj, mając na koncie – włączając w to najnowszą produkcję – pięć doskonałych płyt długogrających? I przy okazji więcej niż udaną współpracę z legendarnym w środowisku wielbicieli rocka progresywnego szwedzkim gitarzystą Reinem Fiske (znanym z występów w takich grupach, jak Landberk, Morte Macabre, Svenska Kaputt, Paatos, The Amazing i Dungen)… Pamiętajmy jednak, że i pozostali muzycy nie wypadli sroce spod ogona. Nicolai Hængsle Eilertsen wciąż udziela się w formacji BigBang i oscylującym wokół rocka i free jazzu Møster!. Torstein Lofthus z kolei dopiero nie tak dawno – po piętnastu latach nieprzerwanej współpracy – rozstał się z kolegami z Shining. Nie mniej zabieganym artystą jest Ståle Storløkken, który choć rozstał się już z big-bandem Trondheim Jazz Orchestra i zespołem Kjetila Møstera, to wciąż nadzoruje działalność Supersilent i chętnie przyjmuje zaproszenia od przyjaciół z Motorpsycho (można go usłyszeć chociażby na wydanej w tym roku koncertowej płycie „En konsert for folk flest”.
Grupa Elephant9 – bo taką właśnie nazwę przyjęło ostatecznie trio Storløkken / Eilertsen / Lofthus – od początku kariery związana jest kontraktem z mającą siedzibę w stolicy Norwegii, a specjalizującą się w jazzie, jazz-rocku i awangardzie, wytwórnią Rune Grammofon. Dla niej formacja Storløkkena nagrała wszystkie albumy: począwszy od – zarejestrowanych w studiu na tak zwaną „setkę” – „Dodovoodoo” (2008) i „Walk the Nile” (2010), poprzez koncertowy „Live at the BBC” (2011), aż po – powstałe już przy udziale Reinego Fiske – „Atlantis” (2012) i najnowszy „Silver Mountain”, który do sprzedaży trafił w drugiej połowie sierpnia tego roku. Wydano go w dwóch formatach: na kompakcie i dwupłytowym winylu – zawartość obu jest dokładnie taka sama. W porównaniu z poprzednim krążkiem numerów jest mniej (pięć zamiast siedmiu), ale za to czas trwania płyty uległ wydłużeniu o ponad piętnaście minut. Wniosek z tego musi być oczywisty: większość utworów to rozbudowane kompozycje, które – gdyby tylko bardziej osadzone były w tradycji progresywnej – mogłyby zostać ochrzczone suitami. Ale nie będą, bo podejście do materii muzycznej jest w przypadku Elephant9 zupełnie inne.
Na dobry początek Norwegowie i Szwed zaserwowali słuchaczom ponad czternastominutowy utwór „Occidentali”, w którym już od pierwszych sekund dają o sobie znać podstawowe cechy całego albumu – transowa sekcja rytmiczna i psychodeliczne brzmienie syntezatorów. Choć dodajmy od razu: nie tylko na nich Storløkken buduje klimat albumu; może nie tak często, lecz równie chętnie sięga bowiem po organy Hammonda, a dla pikanterii od czasu do czasu dodaje także szczyptę tonów fortepianu (głównie elektrycznego) i mellotronu. Nie stroni też od generowanych elektronicznie noise’owych zgrzytów, które z jednej strony wprowadzają duży niepokój, z drugiej – wykorzystywane są jako element przydający muzyce Elephant9 rockowego czadu. Wszystkie te składniki obecne są już w „Occidentali”, a potem – co prawda w różnych proporcjach – pojawiają się w kolejnych kompozycjach. Ta wszechobecność klawiszowca nie oznacza jednak, że pozostali muzycy zepchnięci są na drugi plan. Przeciwnie: to przecież Eilertsen i Lofthus ciągną zespół do przodu, przy każdej możliwej okazji podkręcając tempo i tym samym podnosząc temperaturę nagrań. Fiske natomiast odpowiedzialny jest głównie za budowanie nostalgicznego nastroju; temu służy chociażby obecna w utworze otwierającym krążek powłóczysta (a więc czysto progresywna) partia gitary (na tle mellotronu).
W „You Are the Sunshine of My Life” dają o sobie znać awangardowe zapędy Storløkkena, który pragnie udowodnić – przynajmniej w pierwszych minutach – że nie są mu obce dokonania ani Johna Cage’a, ani Karlheinza Stockhausena. Z czasem wykluwa się z tego „kwasowa” partia Hammondów, której przedawkowanie mogłoby grozić podobnymi skutkami, jak zażycie LSD. Na szczęście Ståle pozwala pozostałym muzykom na podanie skutecznej odtrutki, przede wszystkim w postaci stonowanych dźwięków gitary. Prowadzący do finału dialog obu instrumentów można bez wahania uznać za jeden z najlepszych fragmentów płyty. Nie mniej intrygujący jest utwór numer trzy, czyli „Abhartach”, który – to chyba nie będzie zbyt trudne do wyobrażenia po jego wysłuchaniu – mógłby towarzyszyć każdej potępionej duszy w tunelu prowadzącym do czyśćca. Depresyjnie brzmiące syntezatory i niezwykle gęsta faktura w połączeniu ze skomplikowanymi jazzrockowymi rytmami tyleż mogą zafascynować, co doprowadzić do szaleństwa. Wybawieniem ponownie okazuje się partia gitary, tym razem przybierająca postać wirtuozerskiej solówki Fiskego. Zakończenie ponownie jednak przyprawia o ból głowy; artyści pozwalają sobie bowiem na obłędne wręcz improwizacje – tym różniące się od klasyków współczesnego free jazzu, że zaaranżowane na rockowo.
Dwudziestominutowy „Kungsten” zaczyna się od nerwowego, rozedrganego rytmu, za którym skrywają się i gitara, i syntezator. Dopiero po upływie jednej trzeciej kompozycji rozlegają się kojące zmysły nuty gitary akustycznej, która staje się tym samym pomostem prowadzącym do drugiej, znacznie subtelniejszej części utworu, opartej na sennym, nastrojowym dialogu Storløkkena i Fiskego. Dalej obaj panowie pozwalają sobie na specyficzną zamianę ról: Ståle wykorzystuje gitarowe brzmienie syntezatorów, z kolei Reine przepuszcza swoją gitarę przez efekt, który nadaje jej wyjątkowo syntetyczny posmak. W końcówce wszystkich natomiast godzi Torstein Lofthus, który narzuca takie tempo, że pozostałym muzykom, jeśli tylko chcą nadążyć za bębniarzem, muszą szybko wywietrzeć z głowy dziwne, choć dla słuchacza intrygujące, pomysły. Album wieńczy najdłuższy na płycie – tak, tak, jeszcze dłuższy od „Kungsten” – „The Above Ground Sound”. I tu nastrój zmienia się parokrotnie, ba! trafia się nawet kilka dobrych minut zagranych całkowicie unplugged. Po to głównie, by stworzyć kontrast pod wystrzałowy finał, który otwiera – jako sygnał dla pozostałych – pulsujący pochód basu.
W ostatnich minutach zespół zatacza koło i wraca do punktu wyjścia (jakby chcąc podkreślić fakt, że mimo wszystko w przypadku „Silver Mountain” mamy do czynienia z concept-albumem) – podobnie jak w „Occidentali”, pojawia się bowiem energetyczny, psychodeliczno-transowy rytm. Gdy zaś wybrzmiewa ostatnia nuta, aż trudno uwierzyć, że ta niemal osiemdziesięciominutowa podróż dobiegła końca. Jest też jednak pewne pocieszenie: kto pragnie więcej muzyki Fiskego, zawsze może sięgnąć po najnowsze wydawnictwo Dungen („Allas Sak”), na wielbicieli Storløkkena czeka natomiast koncertowe Motorpsycho („En konsert for folk flest”).
koniec
29 września 2015
Skład:
Reine Fiske – gitara elektryczna, gitara akustyczna, instrumenty perkusyjne
Ståle Storløkken – organy Hammonda, fortepian, fortepian elektryczny, mellotron, syntezatory
Nicolai Hængsle Eilertsen – gitara basowa, gitara akustyczna, instrumenty perkusyjne
Torstein Lofthus – perkusja, instrumenty perkusyjne

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Świętość zgrzytliwa i awangardowa
Sebastian Chosiński

19 V 2022

Pięć lat temu, gdy ukazała się pierwsza płyta Weserbergland, zastanawiałem się, czy będzie to jedynie efemeryczny projekt Ketila Vestruma Einarsena i Mattiasa Olssona, czy też zespół zagości na scenie na dłużej. Trzy lata później światło dzienne ujrzał kolejny album, a przed paroma miesiącami trzeci. Jego tytuł – „Sacrae Symphoniae Nr. 1” – sugeruje, że za jakiś czas możemy spodziewać się następnych.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Częstotliwość ma znaczenie!
Sebastian Chosiński

17 V 2022

Nie ma wątpliwości, że pochodzący z Częstochowy Krzysztof Majchrzak to jeden z najbardziej konsekwentnych polskich artystów. Chociaż zaczynał jako jazzman, jego obecne zainteresowania artystycznej wykraczają daleko poza jazz improwizowany. Aczkolwiek nie odżegnują się od niego. Najnowszy album muzyka – „432 Hz” – może zainteresować zarówno wielbicieli free jazzu, jak i elektroniki.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Niepisane prawo do nagrywania świetnych płyt
Sebastian Chosiński

12 V 2022

Nie licząc wydanej w 2018 roku płyty koncertowej, kwintet Niechęć kazał nam czekać na nowy album studyjny sześć lat. Cieszy zatem bardzo, że czas ten nie został zmarnowany. Najnowsze dzieło kwintetu – „Unsubscribe” – to wydawnictwo jeszcze dojrzalsze i ciekawsze, bo bardziej różnorodne. Aczkolwiek wciąż mamy do czynienia ze swoiście pojętym jazz-rockiem.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Z tego cyklu

Świętość zgrzytliwa i awangardowa
— Sebastian Chosiński

Częstotliwość ma znaczenie!
— Sebastian Chosiński

Niepisane prawo do nagrywania świetnych płyt
— Sebastian Chosiński

Piękna nasza Ziemia cała
— Sebastian Chosiński

Pomarzyć warto
— Sebastian Chosiński

Balsam na skołataną duszę
— Sebastian Chosiński

Rewolucja bez rewolucji
— Sebastian Chosiński

Trzej przyjaciele ze studiów
— Sebastian Chosiński

Immanentnie i nieskończenie
— Sebastian Chosiński

Giganci wciąż nie śpią
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Tajniak też człowiek (choć specyficzny)
— Sebastian Chosiński

Wśród kościołów i pałaców
— Sebastian Chosiński

Klasyka kina radzieckiego: Gdy najbliżsi idą na wojnę…
— Sebastian Chosiński

W zaśnieżonej Patagonii
— Sebastian Chosiński

East Side Story: „Ideologiczny schizofrenik, szczery kłamca”
— Sebastian Chosiński

Tachionowa ropucha über alles
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Rypdal – czarodziej gitary
— Sebastian Chosiński

PRL w kryminale: Troja w Górach Sowich
— Sebastian Chosiński

Ach, ci pisarze!
— Sebastian Chosiński

Dwoma torami do celu
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.