Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 lutego 2018
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Nie podchodź do klatki z muzykami, którzy grają free jazz!

Esensja.pl
Esensja.pl
Saksofonista Ken Vandermark i perkusista Paal Nilssen-Love znają się jak… Hmm, czy w odniesieniu do tak wybitnych artystów – uznawanych za wirtuozów muzyki improwizowanej – wypada używać potocznego określenia „łyse konie”? A jednak tak właśnie jest. Grają ze sobą od kilkunastu już lat, a wydana w październiku płyta „The Lions Have Eaten One of the Guards” jest ich dziewiątym wspólnym dokonaniem.

Ken Vandermark, Paal Nilssen-Love
‹The Lions Have Eaten One of the Guards›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Lions Have Eaten One of the Guards
Wykonawca / KompozytorKen Vandermark, Paal Nilssen-Love
Data wydania2 października 2015
NośnikCD
Czas trwania52:35
Gatunekjazz
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzie
Ken Vandermark, Paal Nilssen-Love
Utwory
CD1
1) Slant27:58
2) Odd Numbers20:48
3) Color on Colour03:47
To duet zaskakujący. Tworzą go bowiem Norweg i Amerykanin, co geograficznie sytuuje ich w dwóch skrajnie odmiennych regionach świata. Ale przecież wywodzą się też z zupełnie innych kultur. W teorii nie mają więc ze sobą wiele wspólnego. Lecz tylko w teorii, ponieważ w praktyce dogadują się doskonale już od kilkunastu lat – na niwie artystycznej. Tam przemawiają dokładnie tym samym językiem, są nierozerwalni jak bracia syjamscy. Regularnie występują w duecie i wydają nowe albumy – studyjne i koncertowe. Przed rokiem pisaliśmy o nagranym w Poznaniu w listopadzie 2011 roku materiale, który trafił na wydawnictwo zatytułowane „Lightning Over Water”; dzisiaj weźmiemy na warsztat kolejną płytę duetu, o wywołującym ciarki na plecach tytule „The Lions Have Eaten One of the Guards”. Ona także zawiera utwory zarejestrowane na żywo, tym razem podczas koncertu w antwerpskiej sali Zuiderpershuis w ramach cyklicznego projektu „Sound in Motion”, którego organizatorami są Christel Kumpen i Koen Vandenhoudt. Odbył się on 20 października 2013 roku, a na upublicznienie musiał czekać niemal dokładnie dwa lata. Płyta ukazała się natomiast nakładem należącej do Kena Vandermarka firmy Audiographic Records.
Jak to w jazzie improwizowanym bywa, album zawiera muzykę, która na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu. I nie chodzi tu nawet o wielbicieli innych gatunków muzycznych. Ba! nawet fani jazzu mogą mieć problem z „ugryzieniem” zawartości „The Lions Have Eaten One of the Guards”. Nie dlatego, że to twórczość zła, nużąca, poniżej standardów – raczej dlatego, że wymaga sporego samozaparcia i zamiłowania do przekraczania wszelkich granic, w zamian nie oferując nic lekkiego, łatwego ani przyjemnego. Free jazz to całkowite zaprzeczenie komercji, a dokonania Kena Vandermarka i Paala Nilssen-Love’a są tego najjaskrawszym przykładem. Na płytę trafiły trzy kompozycje, których czas trwania przekracza pięćdziesiąt dwie minuty (choć można podejrzewać, że występ był dłuższy, a materiał nieco przykrojono, odrzucając mniej atrakcyjne dla słuchaczy fragmenty). Pierwszy utwór, „Slant”, zaczyna się bardzo energetycznie – od ataku saksofonu Kena i bezpardonowej partii perkusyjnej Paala, podczas której stopień skomplikowania rytmu może przyprawić o zawrót głowy nawet zaprawionego w bojach bębniarza. Introdukcja, pełna kontrastów i kakofonii, jest jak najbardziej świadoma – ma sprawić, by słuchacz oniemiał, a chwilę później dał się porwać i podporządkować muzykom.
Pewni już swego panowania nad publiką Vandermark i Nilssen-Love robią kolejny krok – zaczynają ze sobą ściśle współdziałać. Gęsta perkusja w tle stanowi idealny podkład pod partie solowe dęciaków. Dzięki wsparciu Paala, Amerykanin czuje się na tyle pewnie, że sięga nawet po klasyczną jazzową – uwaga! uwaga! – melodię, by następnie na jej bazie zbudować pełną rozmachu improwizację. Norweg w tym czasie nie ustaje w wysiłkach ani na chwilę, jakby czekał na właściwy moment, w którym uda mu się podejść kolegę i zająć jego miejsce na pierwszym planie. Tak się w końcu dzieje – coraz wścieklejsza partia bębnów wypycha w końcu saksofon; wtedy, uspokojony już, Nilssen-Love przechodzi na synkopowany rytm, którym ponownie zaprasza Vandermarka do współpracy. W dalszej części podobnych zagrywek także nie brakuje – muzycy wykazują się doskonałym zrozumieniem siebie nawzajem, ale także poczuciem humoru, gdy jeden stara się kąśliwymi dźwiękami podgryzać drugiego. Nie służy to jednak niezdrowej konkurencji, raczej jest zachętą do kolejnych improwizacji. Ostatnie minuty „Slant” to już prawdziwe freejazzowe szaleństwo, w którym perkusista odpowiada za odpowiednią motorykę, saksofonista z kolei bierze na siebie rolę dostarczyciela noise’owych zgrzytów.
Dwudziestojednominutowy (niespełna) „Odd Numbers” otwiera długa partia dęciaków (saksofonu i klarnetu), w której Vandermark wyprawia się na terytoria zarezerwowane zazwyczaj dla muzycznej awangardy. Zachowuje przy tym zaskakujący spokój, stawiając na odpowiednie budowanie klimatu. Nie spieszy się, a Nilssen-Love nie stara się go nawet poganiać. Dzięki temu możemy dać się ponieść nastrojowi. Z czasem jednak Amerykanin zaczyna podkręcać tempo, jego solówka staje się coraz bardziej dynamiczna, co prostą drogą prowadzi do dźwiękowej erupcji. Po burzy następuje wyciszenie, znaczone utrzymaną w stylu lat 60. XX wieku partią Kena. Nie trwa ona jednak długo, za co tym razem odpowiada jego norweski towarzysz, który postanawia podkręcić tempo. Całość wieńczy króciutkie „Color on Colour” (gdy taki utwór pojawia się w otoczeniu kompozycji trwających po ponad dwadzieścia minut, można go chyba nazwać… miniaturą), którego głównym zadaniem jest wyciszenie rozbudzonych wcześniej emocji. Nie jest zatem przypadkiem, że całą płytę Vandermark i Nilssen-Love postanowili zakończyć niemal romantycznie, wybudzając tym samym słuchaczy z hipnotycznego letargu, w jaki wprowadzali ich w ciągu poprzednich pięćdziesięciu minut.
Czy warto sięgać po płyty z jazzem improwizowanym? Uznajcie to pytanie za retoryczne. Jeśli kto lubi czuć się naprawdę „free” – „The Lions Have Eaten One of the Guards” jest dla niego. Zabierze go bowiem w niezwykłą podróż bez konieczności sięgania po jakiekolwiek używki. A jeśli jeszcze będzie Wam mało, zawsze możecie „odpalić” ubiegłoroczne „Lightning Over Water” – tam też się działo!
koniec
24 listopada 2015
Skład:
Ken Vandermark – saksofon tenorowy, saksofon barytonowy, klarnet kontrabasowy
Paal Nilssen-Love – perkusja, instrumenty perkusyjne
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Ziemia – planeta wybitnych muzyków
Sebastian Chosiński

20 II 2018

W ostatnich latach fani przyzwyczaili się już do tego, że kiedy pada hasło „Elephant9”, odzew musi brzmieć: „Reine Fiske”! Nie tym razem jednak. Na najnowszej, wydanej w połowie lutego płycie norweskiego tria szwedzkiego gitarzysty nie uświadczymy. Ale czy to oznacza, że „Greatest Show on Earth” jest produkcją słabszą od „Atlantis” czy „Silver Mountain”? W żadnym wypadku. Tym bardziej że rolę gitary przejęły nie mniej klimatyczne i zadziorne instrumenty klawiszowe.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Fragmentaryczność na dwa (kontra)basy
Sebastian Chosiński

15 II 2018

Norweski kontrabasista (free)jazzowy Jon Rune Strøm to przypadek artysty, który ma na koncie znacznie więcej wydanych płyt niż lat na karku. I nic dziwnego, bo od ponad dekady jest dosłownie rozrywany przez skandynawskich kolegów po fachu. Pewnie dlatego tak późno wpadł na pomysł, aby stworzyć własną formację. Aż w końcu w ubiegłym roku przełamał się i powołał do życia Quintet, który przed miesiącem zadebiutował albumem „Fragments”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Tam i z powrotem, czyli najpierw na Bali, potem do Sztokholmu
Sebastian Chosiński

13 II 2018

Czworo artystów z trzech krajów europejskich, aby nagrać swą kolejną płytę, wybrało się na indonezyjską wyspę Bali. Podróż okazała się – przynajmniej artystycznie – nadzwyczaj udana. „The Bali Tapes”, pod którym to wydawnictwem podpisali się Szwedzi Jonas Kullhammar i Torbjörn Zetterberg, Norweg Espen Aalberg oraz Portugalka Susana Santos Silva, to jeden z najciekawszych albumów z wydawanej od sześciu lat serii „Basement Sessions”.

więcej »

Polecamy

Sikory złote pod mankietem odmierzają sekund bieg

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Sikory złote pod mankietem odmierzają sekund bieg
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

99 czerwonych balonów
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Anna z dalekiej północy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Drugi najpiękniejszy cover Stinga
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Nauczyli się latać
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Polacy na metalowo
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Śniegu płoń!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.