Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 14 kwietnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

The Cure

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Cure
Wykonawca / KompozytorThe Cure
Data wydaniamaj 2005
Wydawca Universal
NośnikCD
Czas trwania55:24
Gatunekrock
EAN602498628850
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Lost4:10
2) Labyrinth5:16
3) Before Three4:42
4) The End Of The World3:46
5) Anniversary4:25
6) Us or Them4:11
7) alt.end4:33
8) (I Don’t Know What’s Going) On3:00
9) Taking Off3:22
10) Never4:07
11) The Promise10:23
12) Going Nowhere3:29
Wyszukaj / Kup

50 minut Curacji
[The Cure „The Cure” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Są wykonawcy, których muzyka rozwesela, potrafi człowieka rozchmurzyć, krótko mówiąc – jest lekka i przyjemna. Są też artyści, którzy wkładają duszę w to co robią i potrafią przez swoje dzieła zmusić odbiorcę do przemyśleń i wprowadzić ich w stan pewnego rodzaju psychozy, z której ciężko jest się wyrwać. Najnowsza studyjna płyta The Cure, która została zatytułowana niezbyt oryginalnie, bo po prostu „The Cure”, umacnia pozycję Brytyjczyków w tej drugiej grupie, w szeregu zespołów tworzących sztukę, mimo rozrywkowego charakteru ich muzyki.

Marek Staszewski

50 minut Curacji
[The Cure „The Cure” - recenzja]

Są wykonawcy, których muzyka rozwesela, potrafi człowieka rozchmurzyć, krótko mówiąc – jest lekka i przyjemna. Są też artyści, którzy wkładają duszę w to co robią i potrafią przez swoje dzieła zmusić odbiorcę do przemyśleń i wprowadzić ich w stan pewnego rodzaju psychozy, z której ciężko jest się wyrwać. Najnowsza studyjna płyta The Cure, która została zatytułowana niezbyt oryginalnie, bo po prostu „The Cure”, umacnia pozycję Brytyjczyków w tej drugiej grupie, w szeregu zespołów tworzących sztukę, mimo rozrywkowego charakteru ich muzyki.

The Cure

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Cure
Wykonawca / KompozytorThe Cure
Data wydaniamaj 2005
Wydawca Universal
NośnikCD
Czas trwania55:24
Gatunekrock
EAN602498628850
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Lost4:10
2) Labyrinth5:16
3) Before Three4:42
4) The End Of The World3:46
5) Anniversary4:25
6) Us or Them4:11
7) alt.end4:33
8) (I Don’t Know What’s Going) On3:00
9) Taking Off3:22
10) Never4:07
11) The Promise10:23
12) Going Nowhere3:29
Wyszukaj / Kup
Choć część twórczości wokalisty, Roberta Smitha jest nasycona pozytywną energią, to prawdziwy kunszt muzyczny lidera The Cure wypływa z utworów, w których zawarł swoje zagubienie, przygnębienie i niepewność egzystencjalną, nadając im tajemniczość i niewidzialną siłę, która pozwala na wczucie się w muzykę. Już od pierwszego utworu „Lost”, Smith daje do zrozumienia, że nie jest to jakaś popowa papka, której na rynku muzycznym jest coraz więcej.
„Lost” może być znakiem rozpoznawczym twórczości The Cure, bo mamy tu i wspomnianą już przeze mnie tematykę egzystencjalną („I can’t find myself / I got lost in someone else”), i genialny śpiew Smitha, coraz głośniejszy, agresywniejszy, bardziej niepokojący. Atmosfera, jakby żywcem wzięta z obrazu Edwarda Muncha pt. „Krzyk”, jest podtrzymana przez jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) kawałków na albumie – „Labirynth”. Tytuł jest wymowny i w pełni oddaje charakter piosenki, w której Smith stawia pytanie o istotę życia i przemijania, na początku proponując tezę, że wszystko jest stałe i niezmienne („Say it’s the same you and it always and forever is”), by na końcu odwrócić kota ogonem i skwitować swe refleksje słowami „Oh it’s not the same / This isn’t how it’s always been / Everything has to have changed”.
Pierwszym singlem z „The Cure” jest „The End Of The World”. Jest to jednocześnie najsłabszy utwór na płycie, ale tak zwykle bywa, że radio i telewizja emituje tylko to, co jest chwytliwe i niezbyt zaawansowane lirycznie, a więc kierowane do mniej wymagającego odbiorcy (powtarzające się „I couldn’t love you more” i najważniejsze wersy: „Maybe we didn’t understand / It’s just the end of the World” to troszkę pobłażliwe potraktowanie tematu), co gwarantuje większą ilość słuchaczy i potencjalnych nabywców płyty. Z pewnością jest to komercyjne posunięcie, ale na tym opiera się show-business, co jednak nie zmienia faktu, że akurat ta piosenka nie jest najbardziej reprezentatywna dla całego albumu.
Podobnym utworem jest równie melodyjny, kolorowy i troszkę przebarwiony (niczym „Friday I’m in Love” z krążka „Wish”) „Taking Off”, który ukazał się jako drugi singiel. Kawałki ciekawsze to „Us Or Them” (z szalenie wykrzyczanymi wersami: „I don’t want you anywhere near me / Get your fucking world out of my head / I don’t want your „us or them"”) oraz “alt.end”, chyba najskuteczniej zapadający w pamięć. Jeśli mielibyśmy „rozkładać na części” wszystkie utwory z „The Cure”, potrzebowalibyśmy tygodni rozgryzania ich znaczenia, bo to, że liryka Roberta Smitha jest naładowana metaforami – wie każdy, kto zetknął się z jakimkolwiek poprzednim albumem zespołu. Najnowsze dzieło Brytyjczyków nie pozostaje pod tym względem w tyle.
Produkcją „The Cure” zajął się spec od metalowych wydawnictw typu Sepultura i crossover’owych, jak Korn czy Limp Bizkit – Ross Robinson, co wbrew pozorom wyszło płycie na dobre, bo usłyszeć można tu momentami szorstkie gitary i głęboki, wyróżniający się na tle innych dźwięków bas. Muzyka stała się wielowymiarowa, czego na poprzednich płytach nie dało się usłyszeć, a także zdecydowanie ostrzejsza. Do kwestii wokalnych, Robert Smith podszedł w sposób bardzo ekspresywny – tak przejmującego wokalu nie było słychać u niego chyba nigdy.
Wydaje się, że tytuł albumu to strzał w dziesiątkę, bo płyta jest jakby podsumowaniem całej twórczości The Cure. Mamy tu zlepek różnorodnych kompozycji, które mogłyby się znaleźć na poprzednich płytach zespołu: od kawałków wesołych niczym „Mint Car” z „Wild Mood Swing”, przez melodyjne rodem z „Japanese Whispers”, aż po trudne w odbiorze, jak na „Disintegration”. „The Cure” nie jest może albumem perfekcyjnym, choć z pewnością jest pretendentem do miana jednego z ważniejszych w 2004 roku. Smith częstuje nas kolejną porcją niepokoju i tajemniczości, choć czasem słychać wyraźnie, że komercyjne, miłe dla ucha melodie również znalazły swoje miejsce na albumie, co jednak nikogo w dzisiejszych czasach nie powinno dziwić. Najważniejsze, że w przeważającej części materiał na „The Cure” jest majstersztykiem muzycznym, świetnie zaśpiewanym, wspaniale wyprodukowanym i nie pozbawionym magii znanej z wcześniejszych dokonań grupy. Dla fanów – pozycja obowiązkowa, dla reszty – świetny dowód na to, że na szczęście muzyka nie kończy się już tylko na hip-hopie.
koniec
31 maja 2005

Komentarze

28 II 2021   00:40:05

Koooozak recenzja, szkoda, że już dla Was nie pisze Marek, shame on you

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Nie gaście tego pożaru!
Sebastian Chosiński

13 IV 2021

Trochę to trwało! Dwa i pół roku bowiem duńska formacja Mythic Sunship kazała czekać fanom na nowy album studyjny. Na szczęście po drodze była jeszcze płyta koncertowa, która nieco osłodziła zwłokę. Dzisiaj możemy już cieszyć się wydawnictwem zatytułowanym „Wildfire”, które jest pierwszym zrealizowanym dla nowej wytwórni – amerykańskiego Tee Pee Records.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Pomnik półwiecza
Sebastian Chosiński

8 IV 2021

Współpraca SBB z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia otworzyła w 2014 roku nowy okres w historii tria. Wiązał się on z powrotem na łono zespołu perkusisty Jerzego Piotrowskiego. Sześć lat później w nowej, pandemicznej rzeczywistości grupa Józefa Skrzeka i orkiestra Miłosza Wośko spotkali się ponownie. A efektem tego stał się album koncertowy (choć zarejestrowany bez udziału publiczności) – „Z miłości jestem – live”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Ocean smutku z nutą optymizmu
Sebastian Chosiński

6 IV 2021

Siódma w ogóle, a czwarta po reaktywacji pełnowymiarowa płyta oktetu Godspeed You! Black Emperor znamionuje wciąż wysoką formę Kanadyjczyków. I chociaż na „G_d′s Pee at States End!” trudno znaleźć coś nowego, czego nie słyszelibyśmy na wcześniejszych albumach zespołu z Montrealu, to jednak jego muzyka sięga głęboko do trzewi i serca. I nie pozwala przejść obok obojętnie.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Tegoż autora

Tam, gdzie kurwy, grzyby i krasnale
— Marek Staszewski

Prosto z Nieba
— Marek Staszewski

Niech żyje Polska!
— Marek Staszewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.