Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Time is a Mountain
‹II›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułII
Wykonawca / KompozytorTime is a Mountain
Data wydania23 października 2015
Wydawca Repeat Until Death
NośnikCD
Czas trwania39:48
Gatunekelektronika, jazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Tomas Hallonsten, Johan Berthling, Andreas Werliin
Utwory
CD1
1) Alicetti05:36
2) Memento Mono05:27
3) Cellowave05:15
4) Outside Verona05:09
5) Autobo07:10
6) Sepian04:46
7) Drumlings06:24
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Zagubieni w czasie „nowi romantycy”
[Time is a Mountain „II” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
W czasie gdy Mats Gustafsson angażował się w dziesiątki pobocznych projektów, dwaj jego kompani z tria Fire! (i zarazem Fire! Orchestra) również zdecydowali się na – nie pierwszy zresztą – skok w bok. Wraz z dobrze sobie znanym muzykiem sesyjnym Tomasem Hallonstenem stworzyli grupę Time is a Mountain, z którą nagrali już dwa pełnowymiarowe albumy. Ten drugi nosi tytuł „II” i jest intrygującą mieszanką jazzu i rocka z… new romantic.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Zagubieni w czasie „nowi romantycy”
[Time is a Mountain „II” - recenzja]

W czasie gdy Mats Gustafsson angażował się w dziesiątki pobocznych projektów, dwaj jego kompani z tria Fire! (i zarazem Fire! Orchestra) również zdecydowali się na – nie pierwszy zresztą – skok w bok. Wraz z dobrze sobie znanym muzykiem sesyjnym Tomasem Hallonstenem stworzyli grupę Time is a Mountain, z którą nagrali już dwa pełnowymiarowe albumy. Ten drugi nosi tytuł „II” i jest intrygującą mieszanką jazzu i rocka z… new romantic.

Time is a Mountain
‹II›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułII
Wykonawca / KompozytorTime is a Mountain
Data wydania23 października 2015
Wydawca Repeat Until Death
NośnikCD
Czas trwania39:48
Gatunekelektronika, jazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Tomas Hallonsten, Johan Berthling, Andreas Werliin
Utwory
CD1
1) Alicetti05:36
2) Memento Mono05:27
3) Cellowave05:15
4) Outside Verona05:09
5) Autobo07:10
6) Sepian04:46
7) Drumlings06:24
Wyszukaj / Kup
Zespoły Fire! oraz jego rozszerzona wersja, czyli Fire! Orchestra, to – obok Nu Ensemble – sztandarowe projekty szwedzkiego saksofonisty Matsa Gustafssona, jednej z największych współczesnych gwiazd nie tylko europejskiego, ale i światowego jazzu improwizowanego. Trzon Fire! od początku istnienia stanowią, prócz Matsa, jego dwaj rodacy: (kontra)basista Johan Berthling (znany także z formacji Goran Kajfeš Subtropic Arkestra, Angles 9 i Arashi) oraz perkusista Andreas Werliin (podpora modern-jazzowego Tonbruket i psychodeliczno-folkowego duetu Wildbirds & Peacedrums). Jak widać, nawet gdy Gustafsson zostawia ich na „lodzie”, panowie Berthling i Werliin raczej się nie nudzą. A kiedy już się na to zanosi, powołują do życia kolejną grupę. Takim sposobem w 2012 roku narodziło się trio Time is a Mountain.
Johan i Andreas zaprosili do współpracy klawiszowca Tomasa Hallonstena, który jest przede wszystkim wziętym w Skandynawii muzykiem sesyjnym (z różnymi artystami nagrał już kilkadziesiąt płyt); miał też okazję współpracować z nimi, między innymi w ramach Tonbruket („Dig It to the End”, 2011) oraz Fire! Orchestra („Exit”, 2013). Debiutancki album tria, zatytułowany po prostu „Time is a Mountain” ujrzał światło dzienne w kwietniu 2013 roku nakładem sztokholmskiej niezależnej firmy Häpna, której współwłaścicielem jest Berthling. Dwa lata później muzycy ponownie weszli do studia (a dokładniej mówiąc: dwóch studiów nagraniowych mieszczących się w stolicy Szwecji – Atlantis i Summa), aby zarejestrować materiał na drugi krążek kompaktowy, który także otrzymał bardzo niewyszukany tytuł – „II” (jego premiera miała miejsce w październiku ubiegłego roku). Co ciekawe, tym razem płytę sygnowała wytwórnia Repeat Until Death, założona przed paru laty przez wokalistkę Mariam Wallentin oraz Andresa Werliina (czyli duet Wildbirds & Peacedrums). Jeśli Hallonsten też ma udziały w jakimś przedsiębiorstwie zajmującym się produkcją płyt, całkiem prawdopodobne, że na trzecim albumie Time is a Mountain znajdzie się jego logo…
Sekcja rytmiczna plus klawisze (w tym przypadku organy i syntezatory) to dość niecodzienne instrumentarium; w takich sytuacjach, gdy w składzie nie ma gitarzysty, znacznie częściej funkcja solisty powierzana jest na przykład saksofoniście. W Time is a Mountain wziął ją na siebie Hallonsten, co z kolei wymagało odpowiednio nietypowych aranżacji, jak i specjalnych zabiegów ze strony samego Tomasa, by nie zanudzić słuchaczy. W efekcie nadzwyczaj często, dobierając brzmienia syntezatorów, decydował się na te, które swą jazgotliwością przypominały gitarę elektryczną. Z drugiej strony grane przez niego partie solowe niejednokrotnie nawiązywały swą melodyjnością do zespołów spod znaku nowej fali i new romantic sprzed ponad trzech dekad (vide Ultravox, Visage, A Flock of Seagulls). Choć oczywiście ani przez moment muzycy nie pozwalają zapomnieć o swoich jazzowo-rockowych korzeniach. Słychać to zwłaszcza w warstwie rytmicznej, ale i organy (Hammonda), na których gra Hallonsten, mogą kojarzyć się z dokonaniami Briana Augera, Johna Smitha, Johna Medeskiego czy Jamiego Safta.
Album otwiera utwór „Alicetti”. I właśnie na początek rozbrzmiewają w nim nastrojowe organy, wzbogacone punktowymi dźwiękami syntezatorów. Bas i perkusja pojawiają się dopiero pod koniec drugiej minuty, niewiele zresztą przy tym zmieniając – podobnie jak Tomas, także Johan i Andreas dbają przede wszystkim o delikatną fakturę kompozycji. Po dołączeniu sekcji rytmicznej Hallonsten skupia się głównie na warstwie melodycznej i przedstawia pierwszy (z licznych na płycie) zapadających w pamięć lejtmotywów. Partia organów z czasem rozkręca się, wpadając w prawdziwie transowe, zasysające uwagę słuchaczy tony. Podobnie dzieje się w „Memento Mono”, z tą różnicą jednak, że ten numer otwiera duet Berthlinga i Werliina. Na tle basu i perkusji Tomas proponuje kolejną urokliwą melodię, z którą mocno kontrastują pojawiające się na drugim planie syntezatorowe zgiełki. Ten odskok w stronę noise’u szynko jednak ustępuje miejsca subtelniejszym i bardziej przestrzennym – niemal psychodelicznym i spacerockowym – zabarwieniom. Wrażenie to potęguje jeszcze brzmienie organów w oczywisty sposób nawiązujące do lat 70. XX wieku.
W „Cellowave” z kolei smooth jazz miesza się z delikatną elektroniką; sekcja rytmiczna snuje się leniwie, przy czym nastrój ten udziela się także klawiszowcowi. Chociaż podkreślić należy, że w drugiej części utworu Hallonsten serwuje chyba najpiękniejszy, pełen nostalgii, motyw na Hammondach. Pod tym względem „Outside Verona” różni się znacząco: raz, że basista i bębniarz kołyszą w rytmie reggae; dwa, że partia syntezatorów przypomina muzykę ilustracyjną rodem z lat 80. Połączenie takie może wydawać się nieco karkołomne, ale trzeba przyznać, że sprawdza się znakomicie. Między innymi dlatego, że panowie z Time is a Mountain wprowadzają w tej kompozycji dużo jaśniejszych, by nie rzec, że wręcz radosnych brzmień. Optymistyczny wydźwięk ma także najdłuższe w całym zestawie, ponad siedmiominutowe „Autobo”, zagrane – przynajmniej na początku – z niezwykłą lekkością. Dopiero w dalszej części pojawiają się momenty bardziej rockowe (vide naśladujące gitarę klawisze, mocniejsza perkusja, wyeksponowany bas).
Rockowo zaczyna się również „Sepian”, choć z czasem na plan pierwszy wybijają się w nim syntezatory Hallonstena, który tym razem daje przede wszystkim upust swej fascynacji rockiem elektronicznym. W efekcie utwór ten przypomina bardziej melodyjne (czytaj: popowe) kompozycje z dyskografii Tangerine Dream bądź Klausa Schulzego. Idealnym zwieńczeniem płyty jest natomiast transowo-ambientowy – przynajmniej na otwarcie – „Drumlings”. Delikatna gitara basowa i relaksacyjne organy pozwalają odpłynąć w inne przestrzenie; z powrotem na ziemię ściąga jednak słuchaczy rozbudowana solówka syntezatorów, które po raz kolejny wcielają się w rolę gitary elektrycznej. Tomas nieźle sobie folguje, jakby przez moment zapomniał, że siedzi przy klawiaturze, a nie trzyma w ręku instrument, który czyniłby go drugim Jimmym Page’em bądź Ritchie Blackmore’em. Jego energetyczne zapędy przez jakiś czas podsycają jeszcze pozostali kompani, którzy dopiero w finale wywierają na Hallonstenie delikatną presję, by przyhamował, bo przecież czas wieńczyć dzieło.
Dla Berthlinga i Werliina udział w nagraniach Time is a Mountain jest zapewne bardzo miłą odskocznią od freejazzowych eksperymentów realizowanych w składach z Matsem Gustafssonem czy Martinem Küchenem. Narzekać nie mogą jednak także słuchacze, którzy dzięki temu mają szansę wzbogacić swoją płytotekę o niezwykle wartościową muzykę z pogranicza jazzu, rocka i elektroniki, która pełnymi garściami czerpie inspiracje z dokonań lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Do tego stopnia, że momentami można odnieść wrażenie, jakby nastąpiło zakrzywienie czasoprzestrzeni i nagle w drugą dekadę XXI wieku wyrzuciło zagubionych w czasie „nowych romantyków”.
koniec
23 czerwca 2016
Skład:
Tomas Hallonsten – organy, syntezatory
Johan Berthling – gitara basowa
Andreas Werliin – perkusja

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Chińska lutnia, afrykańska harfa
Sebastian Chosiński

26 X 2021

Ani nazwa zespołu (Gondhawa), ani tytuł jego debiutanckiej płyty („Käampâla”), ani nawet zawarta na niej muzyka (mocno orientalizująca) – nie wskazują na francuskie pochodzenie formacji. A jednak! Grupa ma swoją siedzibę, jak na do tej pory, w leżącym w Kraju Loary Angers. Choć kto wie, może kiedy zdobędzie popularność, muzycy postanowią przeprowadzić się do Paryża…

więcej »

Poobiednie lenistwo
Sebastian Chosiński

19 X 2021

Po „Continuation” i „Suicie słonecznej” nadeszła pora na „Afternoon” – trzeci album z archiwaliami Koman Bandu. Tym razem do słuchaczy trafiły nagrania z 1981 roku, stylistycznie dalekie od tego, co zespół grał w latach 70. Dla wielbicieli fusion płyta może być lekkim rozczarowaniem, ale ci, którzy gustują w instrumentalnym funku i soulu będą na pewno ukontentowani.

więcej »

Śpij, kochanie, po słonecznej stronie ulicy
Sebastian Chosiński

14 X 2021

Materiał opublikowany na „Saxesful Vol. II” przez trzy lata spoczywał w archiwum. Trębacz Piotr Schmidt zdecydował się upublicznić go latem tego roku, dedykując przy okazji swemu zmarłemu miesiąc wcześniej ojcu – postaci ważnej nie tylko, co oczywiste, dla samego artysty, ale całego polskiego jazzu. Podobnie jak w przypadku „Saxesful”, tu również słyszymy wspomagających Kwartet Schmidta wybitnych polskich saksofonistów.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.