Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 stycznia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Pożegnanie z legendą

Esensja.pl
Esensja.pl
Naklejka na okładce najnowszej płyty zespołu Träd, Gräs och Stenar informuje, że to ostatni album, na którym można usłyszeć członków jego oryginalnego składu. Nie bez powodu, dwaj ostatni, którzy zakładali formację w drugiej połowie lat 60. XX wieku, zmarli bowiem w 2010 i 2012 roku. Stąd też oczywisty wniosek, że wydany przed dwoma miesiącami „Tack för kaffet” wypełniać musi muzyka sprzed co najmniej pięciu lat.

Träd, Gräs och Stenar
‹Tack för kaffet›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułTack för kaffet
Wykonawca / KompozytorTräd, Gräs och Stenar
Data wydania10 maja 2017
Wydawca Gåshud
NośnikCD
Czas trwania70:55
Gatunekrock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieJakob Sjöholm, Reine Fiske, Torbjörn Abelli, Nils Sigvard Krantz, Thomas Gartz
Utwory
CD1
1) E Moll Slow20:10
2) Högtryck over Svealand14:56
3) Halvvägs07:40
4) Sorgemarschen05:59
5) Pengar03:15
6) Kaffe med tårta04:37
7) Farväl14:30
Historia legendarnej szwedzkiej formacji psychodelicznej i progresywnej Träd, Gräs och Stenar (co na język polski można przetłumaczyć jako Drzewa, Trawa i Kamienie) jest długa i skomplikowana. Szukając jej korzeni, trzeba cofnąć się aż do 1967 roku, kiedy to grający w zespole Mecki Mark Men perkusista Thomas Mera Gartz postanowił pożegnać się ze swymi dotychczasowymi kolegami (mimo że mieli oni już na koncie wydaną w tym samym roku debiutancką płytę) i założyć własny zespół. Tak narodziło się Pärson Sound, do którego Gartz skaptował jeszcze pięciu muzyków: gitarzystę i organistę Bo Andersa Perssona, wokalistę i saksofonistę Thomasa Tidholma, wiolonczelistę Arnego Ericssona, skrzypka Urbana Ymana oraz basistę Torbjörna Abellego. Grupa dokonała wielu nagrań radiowych, ale nie doczekała się longplaya; dopiero po ponad trzech dekadach wyszedł dwupłytowy zbiór jej utworów zarejestrowanych w latach 1967-1968 („Pärson Sound”, 2001). Całkiem możliwe, że przyczynę swego niepowodzenia artyści ze Sztokholmu widzieli w mało komercyjnej nazwie; to tłumaczyłoby jej zmianę (po zaledwie kilku miesiącach) – na Internetional Harvest.
Tym razem mieli więcej szczęścia, dane im było bowiem wydać płytę zatytułowaną „Sov Gott Rose-Marie” (1968). Wypełniła ją muzyka, która w tamtym czasie cieszyła się na całym świecie wielką popularnością – z pogranicza psychodelicznego folku i rocka progresywnego. To z jednej strony gwarantowało kontrakt i promocję w radiu, z drugiej jednak – ograniczało możliwości z powodu olbrzymiej konkurencji (zwłaszcza kapel ze Stanów Zjednoczonych). Po raz kolejny też komuś przeszkadzała nazwa – tym razem dlatego, że za długa. Muzycy poszli więc na kompromis i skrócili ją do… Harvester. Rozszerzyli za to skład – o drugiego skrzypka Kjella Westlinga i perkusjonalistkę Ullę Berglund. W tym zestawieniu nagrali materiał, który ukazał się w 1969 roku na albumie „Hemåt”. Mogło się wydawać, że teraz będzie już z górki. Formacja nieco okrzepła, a szyld, pod jakim grali, dało się łatwo zapamiętać. Nic jednak z tego. Po wydaniu płyty doszło bowiem do przetasowań personalnych i – tak, tak! to nie żart – kolejnej zmiany nazwy. Tym razem na dużo mniej komercyjną, a dla osób spoza Skandynawii – trudną nawet do wymówienia.
Tak – w 1969 roku – narodziło się Träd, Gräs och Stenar, w którego składzie pozostało czterech muzyków Harvester: Persson, Ericsson, Abelli i Gartz. Oni też sygnowali debiutancki (choć trzeci z rzędu) longplay zatytułowany po prostu „Träd, Gräs och Stenar” (1970). Jeżeli ktoś liczył, że w roku następnym grupa ze Sztokholmu ponownie zmieni szyld, tym razem się zawiódł. Pod tą nazwą formacja wytrwała przez trzy lata, wydając jeszcze trzy albumy: „Djungelns lag” (1972), „Rock för kropp och själ” (1972) oraz – opublikowany pośmiertnie – „Mors Mors” (1973). W tym czasie doszło też do drobnych przetasowań personalnych: najpierw szeregi Träd, Gräs och Stenar zasilił gitarzysta Jakob Sjöholm, a po jakimś czasie z zespołem pożegnał się Thomas Tidholm. Po rozpadzie grupy drogi jej członków rozeszły się; najbardziej aktywny pozostawał Gartz, który dołączył do innej szwedzkiej legendy, Arbete och Fritid, by następnie rozpocząć karierę solową. Wtedy mogło się wydawać, że historia Drzew, Trawy i Kamieni została zamknięta na dobre. Jak się jednak okazało w połowie lat 90., wcale tak nie było.
Do reaktywacji zespołu – i to w niemal historycznym składzie (Persson, Sjöholm, Abelli i Gartz) – doszło w 1995 roku. Zanim jednak pojawiły się jego kolejne premierowe płyty, fani uraczeni zostali dwiema archiwalnymi koncertówkami: „Gärdet 12.6.1970” (1996) oraz „Live 1972” (2001). Później pojawiały się już albumy z nowym materiałem: „Ajn, Schvajn, Draj” (2002), DVD „Live from Möja to Minneapolis” (2007) oraz „Hemlösa katter” (2009). Na tej ostatniej płycie, zbierającej nagrania z lat 2002-2007, po raz pierwszy można było usłyszeć w składzie Träd, Gräs och Stenar – wprawdzie tylko w jednym utworze, ale zawsze – gitarzystę Reinego Fiske, który niebawem stał się pełnoprawnym członkiem formacji. Niestety, krótko po wydaniu „Hemlösa katter” na zespół spadła tragedia – 11 sierpnia 2010 roku zmarł Torbjörn Abelli (którego zastąpił Nils Sigvard Krantz); kolejna nadeszła niespełna dwa lata później i wiązała się ze śmiercią Thomasa Mery Gartza (29 kwietnia). W tym momencie w składzie nie pozostał już żaden z członków-założycieli zespołu; mimo to – głównie dzięki uporowi Jakoba Sjöholma, który miał teraz najdłuższy staż – istniał on dalej. Ba! nawet koncertował. Czego dowodem zarejestrowany w londyńskim klubie jazzowym Café OTO materiał „9.10.16” (2016).
Jak się jednak niebawem okazało, w archiwach grupy nie brakowało utworów nagranych z nieżyjącymi już Abellim i Gartzem, które nie zostały dotąd upublicznione. Stąd wziął się pomysł na wydanie płyty „Tack för kaffet”, którą wypełniło siedem kompozycji z lat 2006-2012. Ukazała się ona w maju tego roku nakładem należącej do muzyków Träd, Gräs och Stenar wytwórni Gåshud; wersję winylową (dwupłytową) wydała natomiast specjalizująca się w szwedzkiej psychodelii i progresie Subliminal Sounds. W trzech nagraniach („Högtryck over Svealand”, „Sorgemarschen” oraz „Kaffe med tårta”) jako basistę słychać Torbjörna Abellego, co oznacza, że musiały one powstać do lata 2010 roku; w trzech innych („E Moll Slow”, „Pengar”, „Farväl”) na gitarze basowej gra Nils Sigvard (zdrobniale nazywany Sigge) Krantz, co jest podpowiedzią, że musiały one zostać zarejestrowane pomiędzy latem 2010 a wiosną 2012 roku; tajemnicą pozostaje natomiast utwór „Halvvägs”, do którego nie jest przypisany żaden basista. Całkiem możliwe więc, że tę rolę odegrał któryś z gitarzystów – albo Jakob Sjöholm, albo Reine Fiske.
„Tack för kaffet” zawiera nieco ponad siedemdziesiąt minut muzyki. Muzyki – poza jednym wyjątkiem („Pengar”) – stylistycznie bardzo jednorodnej, psychodelicznie hipnotycznej, która jednych może przyprawić o ciarki na plecach, innych natomiast doprowadzić swą monotonią do rozstrojenia nerwowego. Komu zatem można ją polecić? Na pewno wielbicielom pierwszego wcielenia Träd, Gräs och Stenar z przełomu lat 60. i 70. XX wieku. Także słuchaczom niestroniącym od klasycznego minimalizmu Amerykanina Terry’ego Rileya, którego Bo Anders Persson i Thomas Mera Gartz uwielbiali już cztery dekady temu. Zawiedzeni nie poczują się również fani współczesnej psychodelii i post-rocka, szukający w muzyce romantycznych uniesień i dekadenckiego nastroju. Kto zaś powinien wystrzegać się albumu Szwedów jak ognia? Ci wszyscy, którzy nie przepadają za rozbudowanymi formami i bardziej niż kontemplacje cenią sobie krótkie utwory z wpadającymi w ucho melodiami. Ta grupa słuchaczy na „Tack för kaffet” nie znajdzie dla siebie niczego interesującego. Co nie oznacza, że za sprawą albumu nie przeżyje artystycznego nawrócenia.
Na początek albumu umieszczono dwudziestominutową kompozycję „E Moll Slow”. Tytuł w jej przypadku mówi wszystko. To ciągnącą się niemal w nieskończoność – a przynajmniej tak by się marzyło – porcja melancholijno-hipnotycznego rocka, opartego o brzmienie dwóch gitar, które idealnie ze sobą współpracując, tworzą bardzo gęstą fakturę utworu. Nie ma tu żadnych ekstrawagancji ani wyszukanych eksperymentów, jest za to niezwykły nastrój. Podobnie zresztą jak w krótszym o kilka minut „Högtryck over Svealand”. Z tą różnicą, że tutaj zespół gra jednak z większym zacięciem, na co wpływa przede wszystkim motoryczna sekcja rytmiczna. Z czasem rozkręcają się także gitarzyści, ale oni również starają się trzymać zasady: w pierwszej kolejności klimat, dopiero na drugim miejscu emocje. Nawet gdy w ostatniej części utworu rozlega się znacznie dynamiczniejsza od wcześniejszych partia gitary – ostra i „brudna” – można odnieść wrażenie, że mimo wszystko twardo trzymana jest w ryzach. Ale i to wystarczy, by podbić temperaturę i zachęcić pozostałych muzyków do energiczniejszego wmieszania się w proces twórczy. Efekt jest fantastyczny!
Kolejne dwa utwory – „Halvvägs” i „Sorgemarschen” – służą przede wszystkim wyciszeniu. W przypadku pierwszego jest tak przez cały czas, w drugim – mniej więcej do połowy. Później jednak Abelli i Gartz podkręcają tempo, przywołując tym samym ducha hipisowskiej rewolty sprzed niemal półwiecza. Ewenementem jest najkrótszy w całym zestawie bluesowo-psychodeliczny „Pengar”, który brzmi, jakby nagrał go zespół, który nie zdążył jeszcze wyjść z „garażu”. Słychać, że muzycy świetnie się bawią; ta atmosfera udziela się nade wszystko Torbjörnowi i Reinemu, którzy zaczynają się nawet przekrzykiwać do mikrofonu (bo raczej trudno nazwać to śpiewem). W zupełnie inny nastrój wprowadza natomiast „Kaffe med tårta”, w którym znów główne role grają Sjöholm i Fiske. Tyle że teraz zaczynają się wzajemnie podgryzać, w paru miejscach ścigać, by ostatecznie wskoczyć na ten sam tor i popędzić w jednym kierunku. Dokąd? Do monumentalnego i nadzwyczaj wzruszającego finału. Nie przypadkiem kompozycja zamykająca płytę nosi tytuł „Farväl” („Pożegnanie”) – wszak jest hołdem złożonym Abellemu i Gartzowi. Przejmującym i pięknym, boleśnie rozdzierającym, przypominającym o nieuchronności śmierci. Gdy stopniowo wycisza się w głośnikach, tak naprawdę wcale się nie kończy – trwa dalej w sercu i umyśle.
koniec
25 lipca 2017
Skład:
Jakob Sjöholm – gitara elektryczna
Reine Fiske – gitara elektryczna (1,3-7), śpiew (5)
Torbjörn Abelli – gitara basowa (2,4,6), śpiew (5)
Nils Sigvard Krantz – gitara basowa (1,5,7)
Thomas Mera Gartz – perkusja
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Wulkaniczny wehikuł czasu
Sebastian Chosiński

4 I 2018

To kolejna – po „Zośce” – wyprawa poznańskiego jazzmana Macieja Fortuny do świata polskiego folkloru ocalonego przed laty przez Oskara Kolberga. Wyprawa tym bardziej niezwykła, że zaprowadziła kwartet Słowiański aż na Islandię. Znaczący jest również tytuł albumu – „Concert Inside the Volcano” – w którym nie ma nawet słowa przesady. Ten materiał rzeczywiście został zarejestrowany we wnętrzu… wulkanu.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Awangardowa potańcówka
Sebastian Chosiński

2 I 2018

Norweska supergrupa (free)jazzowa Cortex przebudziła się po raz piąty. Po raz trzeci też wydała album pod skrzydłami cenionej w środowisku wytwórni Clean Feed z Lizbony. Tytuł wydawnictwa uznać można za najlepszą – i w zasadzie wyczerpującą – recenzję: „Avant-Garde Party Music”. By jednak czytelnicy nie posądzili nas o pójście na łatwiznę, o najnowszej płycie Skandynawów napiszemy trochę więcej.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Tak samo, ale zupełnie inaczej
Sebastian Chosiński

28 XII 2017

W rok po publikacji omawianego w „Esensji” albumu „Cash and Carry” światło dzienne ujrzało kolejne wydawnictwo Kwartetu Perkusyjnego amerykańskiego saksofonisty Dave’a Rempisa. Podobnie jak w przypadku poprzedniczki, „Cochonnerie” to również płyta idealnie definiująca współczesny free jazz, w którym nie brakuje ani szalonych zespołowych improwizacji, ani chwil kontemplacji.

więcej »

Polecamy

Nauczyli się latać

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Nauczyli się latać
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Polacy na metalowo
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Śniegu płoń!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Z tego cyklu

Awangardowa potańcówka
— Sebastian Chosiński

Tak samo, ale zupełnie inaczej
— Sebastian Chosiński

Erupcja wulkanu
— Sebastian Chosiński

Niezobowiązujące związki artystyczne
— Sebastian Chosiński

Lider idealny. I dzieło wielkiego formatu
— Sebastian Chosiński

Na wojennym szlaku
— Sebastian Chosiński

Starcie tytanów
— Sebastian Chosiński

Powściągliwość mniej mile widziana
— Sebastian Chosiński

Welocyped międzykontynentalny
— Sebastian Chosiński

Świadectwo dojrzałości
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

East Side Story: Dwie – wcale nie zgryźliwe – tetryczki
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Zemsta na caudillo Franco
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Współczesny western górniczy
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Bardzo starzy oboje i ich wnuczka
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: W poszukiwaniu własnego języka
— Sebastian Chosiński

Remanent filmowy 2017
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Grzegorz Fortuna, Adam Kordaś, Marcin Osuch, Jarosław Robak, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Wulkaniczny wehikuł czasu
— Sebastian Chosiński

Kto z Ligą wojuje…
— Sebastian Chosiński

Napalona doktor Quinn
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Na bezdrożach, z nożem w ręku
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.