Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 lipca 2018
w Esensji w Esensjopedii

Eyot
‹Innate›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułInnate
Wykonawca / KompozytorEyot
Data wydania20 lutego 2017
Wydawca Ninety & Nine Records
NośnikCD
Czas trwania38:56
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Dejan Ilijić, Slađan Milenović, Marko Stojiljović, Miloš Vojvodić
Utwory
CD1
1) Veer06:04
2) Helm04:46
3) Mountain05:09
4) Perun05:33
5) Canon of Insolation04:49
6) Ramonda Serbica07:08
7) Innate05:27
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: „Niszowcy” w Wietrznym Mieście

Esensja.pl
Esensja.pl
Ponad dwa lata jazzrockowa formacja Eyot (względnie EYOT) kazała czekać na swój nowy album. Ale to wcale nie oznacza, że Serbowie w tym czasie próżnowali. Nie tylko koncertowali na całym świecie, lecz także nawiązali współpracę z cenionym producentem Steve’em Albinim, której efektem stała się nagrana w Chicago czwarta płyta długogrająca w dyskografii zespołu – „Innate”.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: „Niszowcy” w Wietrznym Mieście

Ponad dwa lata jazzrockowa formacja Eyot (względnie EYOT) kazała czekać na swój nowy album. Ale to wcale nie oznacza, że Serbowie w tym czasie próżnowali. Nie tylko koncertowali na całym świecie, lecz także nawiązali współpracę z cenionym producentem Steve’em Albinim, której efektem stała się nagrana w Chicago czwarta płyta długogrająca w dyskografii zespołu – „Innate”.

Eyot
‹Innate›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułInnate
Wykonawca / KompozytorEyot
Data wydania20 lutego 2017
Wydawca Ninety & Nine Records
NośnikCD
Czas trwania38:56
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Dejan Ilijić, Slađan Milenović, Marko Stojiljović, Miloš Vojvodić
Utwory
CD1
1) Veer06:04
2) Helm04:46
3) Mountain05:09
4) Perun05:33
5) Canon of Insolation04:49
6) Ramonda Serbica07:08
7) Innate05:27
Wyszukaj / Kup
Pochodzący z Niszu kwartet Eyot powstał 2008 roku z inicjatywy pianisty (kompozytora i aranżera) Dejana Ilijicia, który miał już wtedy – mimo młodego wieku – spore doświadczenie estradowe. Karierę artystyczną rozpoczął bowiem jeszcze jako dziecko. Tyle że do tej pory poświęcał się raczej, co oczywiste, muzyce mniej ambitnej. Pod nowym szyldem postanowił natomiast pójść zupełnie nową drogą: łączyć elektryczny jazz z rockiem, dorzucając do tego elementy post-rocka i progresu, a w późniejszym czasie również ambientu i… punku. Oprócz Dejana skład grupy od samego początku tworzą ci sami instrumentaliści: gitarzysta Slađan Milenović, basista Marko Stojiljković oraz bębniarz Miloš Vojvodić. Debiutancki album formacji, zatytułowany „Horizon”, ukazał się w 2010 roku; trzy lata później Eyot wypuścił na rynek krążek „Drifters”, a po kolejnym roku świetnie przyjęty przez krytyków „Similarity”. Dzięki ostatniemu z wymienionych wydawnictw Serbowie zaczęli otrzymywać zaproszenia na najważniejsze festiwale jazzowe w Europie i Stanach Zjednoczonych; dotarli także z koncertami do Polski.
Wizyta za Oceanem zaowocowała znajomością, a ostatecznie również i współpracą z legendarnym inżynierem dźwięku i producentem muzycznym Steve’em Albinim, który w swoim curriculum vitae ma płyty zrealizowane między innymi z takimi wykonawcami, jak PJ Harvey, Jimmy Page i Robert Plant, Nirvana, Manic Street Preachers czy The Jesus Lizard (w sumie można się ich w tej chwili doliczyć już ponad tysiąc). Ale zaraz, zaraz! Gdzie Albini, a gdzie jazz?! Dotąd Amerykanina interesowała głównie muzyka alternatywna i eksperymentalna. W jaki sposób mógł więc okazać się przydatny grupie jazzrockowej? A jednak. Tylko pod warunkiem, że chodzi o grupę pokroju Eyot i lidera takiego, jak Dejan Ilijić, który nie boi się artystycznych poszukiwań i chętnie sięga po brzmienia – na pozór – odległe od tego, czym zajmuje się na co dzień. Jeśli zatem „Innate” ma wszelkie predyspozycje ku temu, by przypaść do gustu wielbicielom rockowej alternatywy – a tak właśnie jest – zasługę tę przypisać należy producentowi rodem z Pasadeny.
Sesja nagraniowa odbyła się jednak nie w słonecznej Kalifornii, ale w położonym na północy kraju wietrznym Chicago, którego surowy klimat prawdopodobnie tak bardzo udzielił się Serbom, że przeniknął także do skomponowanej przez Ilijicia muzyki. Czy jednak można się temu dziwić, skoro pojawili się tam w deszczowym i chłodnym listopadzie (ubiegłego roku)? Praca w studiu trwała zaledwie trzy dni, mastering i postprodukcja też odbyły się w tempie ekspresowym – w efekcie album „Innate” pojawił się w sklepach po obu stronach Atlantyku trzy miesiące po zarejestrowaniu (nakładem wytwórni Ninety & Nine Records). W porównaniu z poprzedniczką jest zaskakująco krótką płytą, trwa bowiem niespełna czterdzieści minut. Tyle że w żaden sposób nie wpływa to na obniżenie jej wartości. Wręcz przeciwnie! Można podejrzewać, że Dejan jak najbardziej świadomie wybrał na krążek te właśnie, a nie inne, kompozycje, a głównym kryterium doboru był – oczywiście poza jakością – odpowiedni nastrój i towarzyszące mu emocje.
Przyjrzyjmy się bliżej zawartości „Innate”. Album otwiera sześciominutowy „Veer” i jest to początek wręcz wymarzony – subtelny i klimatyczny, z wpadającą w ucho romantyczną melodią zagraną przez lidera na fortepianie (akustycznym). Motyw ten przewija się zresztą do końca utworu, ale „po drodze” dzieje się też wiele innych interesujących rzeczy. Nie brak bowiem rockowych wejść sekcji rytmicznej i gitary elektrycznej, ale nad wszystkim i tak góruje instrument Ilijicia. Serb gra tak emocjonalnie, że sztuką jest pozostać obojętnym, nie wzruszyć się, nie poczuć przebiegających po plecach ciarek. Jest w podejściu Dejana do materii muzycznej jakieś – wcale nie tak dalekie – echo dokonań nieżyjącego już polskiego Sławomira Kulpowicza, który również miał niezwykły dar łączenia romantycznych uniesień z pełną emocji ekspresją. Zresztą kto wie, może pianista z Bałkanów zna i ceni dorobek naszego wirtuoza. Trochę optymizmu wnosi nieco żywszy pod względem rytmiki „Helm”, chociaż i w nim nie brakuje momentów skłaniających do kontemplacji, z rzadka przerywanych zadziornymi wstawkami gitary Milenovicia.
Trzeci w kolejności „Mountain” to kolejny moment wielkiego wzlotu. Po rozbudowanym solowym wstępie fortepianowym do głosu dochodzą wreszcie pozostali muzycy; stopniowo na plan pierwszy przebija się Milenović, który konsekwentnie ciągnie zespół w stronę rocka progresywnego. Albini zadbał zresztą o to, aby jego powłóczysta i pełna rozmachu solówka w niczym nie ustępowała mistrzom gatunku, Davidowi Gilmourowi czy Steve’owi Rothery’emu. Rockowy charakter ma także – przynajmniej w części pierwszej – oparty przede wszystkim na dialogach gitary i fortepianu „Perun”. W części drugiej natomiast, za sprawą wyobraźni amerykańskiego producenta, zaczynają dziać się prawdziwe cuda. Dejan wchodzi w rolę sekcji rytmicznej, zaś przetworzona elektronicznie gitara Slađana maluje plamy dźwiękowe kojarzące się jednoznacznie z ambientem i post-rockiem. To kolejna, jakże miła, niespodzianka. „Canon of Insolation” to jedna z mniej charakterystycznych kompozycji, która wyróżnia się głównie motorycznym pochodem basu Stojiljkovicia i kontrastującą z nim stonowaną partią fortepianu.
Kolejną wycieczką do świata ambientu jest wstęp do najdłuższego w całym zestawie „Ramonda Serbica”. Zespół rozkręca się powoli, a kiedy już, jak się zdaje, wchodzi na właściwe obroty – niemal wszystko zmienia się za sprawą delikatnej solowej partii fortepianu. Ot, mały psikus ze strony Serbów. Z czasem jednak utwór ponownie nabiera mocy, a Ilijić dodatkowo okrasza go zapadającym w pamięć kilkusekundowym motywem, który następnie chętnie oddaje Milenoviciowi. Album zamyka kompozycja tytułowa. Czego można po niej oczekiwać? Logika podpowiada, że podsumowania tego wszystkiego, co usłyszeliśmy wcześniej. I tak w dużym stopniu właśnie się dzieje. Z tą różnicą, że w „Innate” Eyot daje się już bez ograniczeń ponieść rockowej energii. Końcówka utworu to już prawdziwa dźwiękowa demolka (w dużej mierze za sprawą perkusisty Miloša Vojvodicia). Swoją drogą ciekawe, czy numer ten można traktować jako zapowiedź dalszej drogi twórczej formacji z Niszu? Czy też był to jedynie ukłon – i jednocześnie podziękowanie za owocną współpracę – w stronę Steve’a Albiniego. Odpowiedź przyniesie zapewne następna płyta Serbów. Za rok, może dwa…
koniec
24 października 2017
Skład:
Dejan Ilijić – fortepian
Slađan Milenović – gitara elektryczna
Marko Stojiljović – gitara basowa
Miloš Vojvodić – perkusja

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Marsz, marsz Dąbrowski!
Sebastian Chosiński

17 VII 2018

Od wielu już lat dzieli swoje artystyczne życie pomiędzy Polskę i Danię. Ciągłe podróże nie stoją mu jednak na przeszkodzie w twórczej aktywności. Można odnieść wrażenie, że jest dokładnie na odwrót. W ciągu dekady Tomasz Dąbrowski wziął bowiem udział w nagraniu kilkudziesięciu płyt. Najnowsza, zrealizowana pod szyldem Ad Hoc, nosi tytuł „Ninjazz”. Dlaczego taki? Bo w składzie grupy jest aż trzech Japończyków.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Czerwień widzę! Na jedno oko…
Sebastian Chosiński

12 VII 2018

Przestańmy narzekać na polską muzykę! Bo tak naprawdę wcale nie mamy czego się wstydzić. Należy tylko sięgnąć głębiej, trochę poskrobać, zejść do podziemi. Bo właśnie tam znaleźć można to, co najwartościowsze. Jak na przykład gdyński kwartet Lonker See, który w tym roku wydał album śmiało mogący stawać w szranki z najwybitniejszymi dziełami europejskiego i światowego free-jazzu i post-rocka. Ciekawi jesteście tytułu tego wydawnictwa? „One Eye Sees Red”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Mrok i melancholia, wściekłość i zaduma
Sebastian Chosiński

10 VII 2018

Dwóch Norwegów, dwoje Szwedów i na dokładkę Amerykanin – tak niecodzienne towarzystwo zwarło szeregi, aby pod szyldem The End nagrać jedną z najciekawszych płyt jazzrockowych pierwszego półrocza (choć czasowo załapali się w ostatniej chwili). Album „Svårmod och vemod är värdesinnen” jest tym oryginalniejszy, że inspiracją do jego powstania była poezja szwedzkiego noblisty Harry’ego Martinsona.

więcej »

Polecamy

Zamienię szyszynkę na szyszkę

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Zamienię szyszynkę na szyszkę
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Urodzony by być Muppetem
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Punkowe Kocmołuchy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Muzykoterapia na narodowe traumy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Z Kuśki wzięte
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tata z pasją
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Szyku, szyku… feel good… szyku, szyku
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

W ogrodzie na tyłach domu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Szalony świat smutnego clowna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Szwajcaria dla świata
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.