Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 lutego 2018
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Erupcja wulkanu

Esensja.pl
Esensja.pl
To zdecydowanie ten zespół, w którym Ken Vandermark czuje się najlepiej – działające od połowy lat 90. ubiegłego wieku DKV Trio. Nie dość, że od początku działalności jego skład nie uległ zmianie – dopełniają go kontrabasista Kent Kessler i perkusista Hamid Drake – to na dodatek każdy album grupy skrzy się różnymi nastrojami i poraża energią. Nie inaczej rzecz ma się z wydanym przed miesiącem „Latitude 41.88”.

DKV Trio
‹Latitude 41.88›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLatitude 41.88
Wykonawca / KompozytorDKV Trio
Data wydania13 listopada 2017
Wydawca NotTwo Records
NośnikCD
Czas trwania59:55
Gatunekjazz
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzie
Ken Vandermark, Kent Kessler, Hamid Drake
Utwory
CD1
1) Faster Than It Would Be20:25
2) 20th Century Myth17:33
3) Uncontrolled Writer21:57
W ostatnich tygodniach (względnie, sięgając nieco głębiej w przeszłość, miesiącach) urządziliśmy w „Esensji” prawdziwy festiwal dokonań amerykańskiego saksofonisty Kena Vandermarka. Trudno jednak by było inaczej, skoro to – po pierwsze – twórca niezwykle płodny, po drugie – trzymający nieodmiennie od lat wysoki poziom. Nie bez powodu zaliczany jest do największych gwiazd współczesnego jazzu improwizowanego na świecie. Nie bez powodu też cieszy się dużą popularnością w Polsce, gdzie regularnie ukazują się jego nowe albumy. Dobiegający końca rok 2017 był dla muzyka rodem z Chicago tradycyjnie bardzo pracowity. Jego dyskografia wzbogaciła się o kilkanaście pozycji, w tym tak interesujące, jak krążki współtworzonych przez niego formacji Lean Left („I Forgot to Breathe”), Summit Quartet („Live in Sant’Anna Arresi”), Made to Break („Trébuchet”) czy Marker („Wired for Sound”) oraz sygnowane własnym nazwiskiem „Escalator” i „Momentum 2 & 3”. A to jedynie wybór. Nie byłby on jednak w pełni reprezentatywny, gdyby nie znalazło się w nim opublikowane w połowie listopada najnowsze wydawnictwo DKV Trio „Latitude 41.88”.
DKV Trio to jeden z najdłużej istniejących zespołów Vandermarka i zarazem jeden z najbardziej regularnych, biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką publikuje kolejne płyty. Początek jego działalności to połowa lat 90. XX wieku. Co ciekawe, w ciągu tych ponad dwudziestu lat skład grupy nie uległ zmianie; Kenowi wciąż towarzyszą kontrabasista Kent Kessler oraz czarnoskóry perkusista Hamid Drake. I to jest zapewne jeden z kluczy do sukcesu formacji – artyści bowiem doskonale się rozumieją, potrafią grać ze sobą „w ciemno”, co w przypadku muzyki powstającej intuicyjnie, rodzącej się – dosłownie - na scenie jest niezwykle istotne. Warto też podkreślić, że w ostatnich latach wytwórnią mającą (niemal) monopol na wydawanie DKV Trio jest Not Two Records. Dzięki firmie z Krakowa światło dzienne ujrzały już dwa boksy koncertowe („Past Present”, 2012; „Sound in Motion in Sound”, 2014) oraz nagrany do spółki ze Skandynawami z The Thing „Collider” (2016). Teraz do zbioru doszło jeszcze wspomniane „Latitude 41.88”. Trwający prawie dokładnie godzinę album zawiera materiał zarejestrowany podczas przedświątecznego koncertu, jaki miał miejsce 21 grudnia 2014 roku w klubie Sugar Maple w Milwaukee (w stanie Wisconsin).
Dziwić może nieco fakt, że z wydaniem tego koncertu czekano aż trzy lata (bez jednego miesiąca). Tym bardziej że – co w przypadku DKV Trio jest tradycją – grupa zaprezentowała się doskonale. Być może miało to związek z natłokiem innych wydawnictw Vandermarka. A może początkowo materiał ten po prostu umknął uwadze lidera zespołu. Wszak Ken rejestruje wszystkie swoje występy. Samo ich późniejsze odsłuchanie musi zabierać mnóstwo czasu. Do tego trzeba dodać czas przeznaczony na dokonanie wyboru najlepszego koncertu, na miks, mastering i wszystko inne, co wiąże się z udostępnieniem nagrań. Najważniejsze jednak, że się doczekaliśmy. Z miejsca też musimy uporać się z zagadką (obawiam się, że nierozwiązywalną), jaką zafundowali nam Amerykanie. Co kryje tytuł albumu? Jeżeli jakiś konkretny punkt na Ziemi, aby go zlokalizować, powinniśmy obok szerokości (41.88) otrzymać jeszcze dane dotyczące długości geograficznej. A tych, niestety, brak. Może jednak o to właśnie chodziło Kenowi, Kentowi i Hamidowi – dać wskazówkę, podsunąć trop, lecz bez jednoznacznego przypisywania do określonego miejsca w przestrzeni. Bo taka przecież, w pewnym sensie, jest również muzyka DKV Trio – wymykająca się jednoznacznym klasyfikacjom.
Owszem, to free jazz, ale często zapuszczający się w rejony niekoniecznie jazzowe. W twórczości grupy nie brakuje bowiem inspiracji muzyką etniczną (co jest przede wszystkim zasługą Drake’a) ani wycieczek do świata rocka (za co odpowiada cała sekcja rytmiczna). Do tego dodać trzeba jeszcze elementy awangardy i minimalizmu. Jedno jest pewne: słuchając DKV Trio nie sposób się nudzić! Na najnowszy album formacji trafiły trzy rozbudowane improwizacje. Otwiera go prawdziwy freejazzowo-rockowy killer pod postacią „Faster Than It Would Be”. Muzycy nie oszczędzają tu ani siebie, ani słuchaczy. Dla Vandermarka utwór ten musiał być ogromnym wysiłkiem fizycznym. To dwadzieścia minut najostrzejszej „jazdy”, podczas której rolę przewodnika (czy też, jak kto woli, kierowcy) pełni właśnie saksofonista. Tu nie ma nawet chwili na wzięcie oddechu. Jest za to rozsadzająca głośniki energia. Ken – na tle bardzo dynamicznej sekcji rytmicznej – buduje z mozołem nadzwyczaj okazały gmach. Bywa zadziorny, niekiedy wściekły, ale przede wszystkim – konsekwentny. Najpierw, we wstępie, wprowadza – wyłaniający się z pozornego chaosu – wątek, a następnie przez kilkanaście minut logicznie – ktoś inny mógłby stwierdzić, że obsesyjnie – obudowuje go dźwiękami.
W „Faster Than It Would Be” formacja zamienia się w najprawdziwszy wulkan, którego erupcja jest w stanie zmieść z powierzchni ziemi wszystko i wszystkich. Po tak potężnej dawce energii musi nastąpić moment wyciszenia, przede wszystkim Vandermarkowi należy się kilka minut odpoczynku, aby mógł dojść do siebie. Dlatego też „20th Century Myth” rozpoczyna się od długiej solówki perkusisty. Drake wykracza w niej poza klasyczny free jazz, szukając natchnienia w rytmach etnicznych. Nawet jeżeli pozwala sobie na mocniejsze uderzenie, nie da się tego porównać z utworem wcześniejszym. Gdy wreszcie dołącza do niego Ken, jego partia brzmi niemal kojąco i dobrodusznie. Dopiero w drugiej części kompozycji muzycy podkręcają tempo i wracają na przetarty uprzednio szlak. Końcówka to ponownie popis Vandermarka, który gra w taki sposób, różnicując tonacje, jakby sam ze sobą prowadził dialog. Wymaga to ogromnej biegłości, ale przecież mamy do czynienia z mistrzem nad mistrze. W zamykającym płytę „Uncontrolled Writer” też nie brakuje momentów porywających. I to zarówno wtedy, gdy mamy do czynienia z awangardową introdukcją, jak i – w części środkowej – solówką kontrabasu. Finał, podobnie jak w przypadku „Dwudziestowiecznego mitu”, poraża dynamiką (Hamid ma dosłownie pełne ręce roboty), która dodatkowo uwypukla hipnotyczny pochód saksofonu. Trudno wymarzyć sobie wspanialsze pożegnanie.
koniec
26 grudnia 2017
Skład:
Ken Vandermark – saksofon tenorowy, saksofon barytonowy, klarnet
Kent Kessler – kontrabas
Hamid Drake – perkusja
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Obyś (nie) żył w takich czasach!
Sebastian Chosiński

22 II 2018

Mimo sześćdziesięciu pięciu lat na karku, Boris Griebienszczikow – lider petersburskiego Akwarium – ani na moment nie zwalnia tempa. Wciąż koncertuje i nagrywa – zarówno pod szyldem swego zespołu, jak i własnym nazwiskiem. W połowie lutego światło dzienne ujrzał kolejny solowy album legendarnego wokalisty i gitarzysty, noszący okrojony z powodów cenzuralnych tytuł „Время N”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Ziemia – planeta wybitnych muzyków
Sebastian Chosiński

20 II 2018

W ostatnich latach fani przyzwyczaili się już do tego, że kiedy pada hasło „Elephant9”, odzew musi brzmieć: „Reine Fiske”! Nie tym razem jednak. Na najnowszej, wydanej w połowie lutego płycie norweskiego tria szwedzkiego gitarzysty nie uświadczymy. Ale czy to oznacza, że „Greatest Show on Earth” jest produkcją słabszą od „Atlantis” czy „Silver Mountain”? W żadnym wypadku. Tym bardziej że rolę gitary przejęły nie mniej klimatyczne i zadziorne instrumenty klawiszowe.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Fragmentaryczność na dwa (kontra)basy
Sebastian Chosiński

15 II 2018

Norweski kontrabasista (free)jazzowy Jon Rune Strøm to przypadek artysty, który ma na koncie znacznie więcej wydanych płyt niż lat na karku. I nic dziwnego, bo od ponad dekady jest dosłownie rozrywany przez skandynawskich kolegów po fachu. Pewnie dlatego tak późno wpadł na pomysł, aby stworzyć własną formację. Aż w końcu w ubiegłym roku przełamał się i powołał do życia Quintet, który przed miesiącem zadebiutował albumem „Fragments”.

więcej »

Polecamy

Jedyny człowiek potrafiący zagrać na chlebaku

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Jedyny człowiek potrafiący zagrać na chlebaku
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Sikory złote pod mankietem odmierzają sekund bieg
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

99 czerwonych balonów
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Anna z dalekiej północy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Drugi najpiękniejszy cover Stinga
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Nauczyli się latać
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Polacy na metalowo
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Śniegu płoń!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.