Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 lutego 2018
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Autostopem przez Układ Słoneczny

Esensja.pl
Esensja.pl
Charles Gayle nie przepada za rozbudowanymi zespołami. Od początku swojej kariery najlepiej realizuje się w triu, za plecami mając jedynie sekcję rytmiczną. W poszukiwaniu nowych form wyrazu często zmienia jednak jej skład osobowy. Na albumie „Solar System” towarzyszą mu Polak Ksawery Wójciński i Niemiec (sic!) Max Andrzejewski.

Charles Gayle Trio
‹Solar System›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSolar System
Wykonawca / KompozytorCharles Gayle Trio
Data wydania15 grudnia 2017
Wydawca For Tune
NośnikCD
Czas trwania52:11
Gatunekjazz
EAN5906395808380
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzie
Charles Gayle, Ksawery Wójciński, Max Andrzejewski
Utwory
CD1
1) Mercury10:09
2) Venus08:27
3) Earth06:28
4) Mars05:38
5) Jupiter04:15
6) Saturn13:59
7) Uranus03:15
Czarnoskóry saksofonista i pianista Charles Gayle, który w lutym przyszłego roku będzie obchodził osiemdziesiąte urodziny, to człowiek-instytucja, którego droga na artystyczny szczyt wcale jednak nie była usłana różami. Zanim dostał możliwość profesjonalnego realizowania swojej muzycznej pasji, przez prawie dwadzieścia lat prowadził życie kloszarda; na utrzymanie zarabiał, grając na saksofonie w metrze i na ulicach Nowego Jorku. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę fakt, że nazwisko Gayle’a wywołuje ciarki na plecach u większości wielbicieli free jazzu na całym świecie. To, bez wątpienia, muzyk wybitny, o niezwykłej wprost wrażliwości, któremu udaje się przemycać do swych improwizacji zarówno przejmującą tęsknotę, jak i optymistyczny romantyzm (co prawdopodobnie jest skutkiem życiowych doświadczeń). To czyni go twórcą jedynym w swoim rodzaju. Godnym kontynuatorem tradycji Charliego Parkera, Johna Coltrane’a i Billa Evansa.
Chociaż na początku kariery – głównie w latach 90. XX wieku – zdarzało mu się występować w kwartecie (drugim solistą był wówczas, grający najczęściej na skrzypcach i wiolonczeli, William Parker), to jednak w ostatnich latach rzadko zaprasza na scenę bądź do studia czwartego muzyka. Tym samym optymalnym składem stało się dla Charlesa klasyczne (free)jazzowe trio, z kontrabasistą i perkusistą. Czy też raczej: z różnymi kontrabasistami i perkusistami. Często zdarza mu się bowiem wymieniać akompaniatorów, co wcale nie jest przejawem braku zaufania do tych, których w danej chwili „porzuca”, ale wynika z chęci poszukiwania nowych środków wyrazu i ucieczki przed rutyną. Wśród współpracowników Gayle’a na wydanych w minionym dziesięcioleciu albumach znaleźli się między innymi następujący artyści: Hilliard Greene i Klaus Kugel („Forgiveness”, 2008), Michael Bisio i Michael Wimberley („Look Up”, 2012), Larry Roland i Michael Thompson („Streets”, 2012), Ksawery Wójciński i Kugel („Christ Everlasting”, 2015), William Parker i Hamid Drake („Live at Jazzwerkstatt Peitz”, 2015) oraz John Edwards i Roger Turner („26.05.15”, 2016).
Jak widać, powtórzyło się tylko jedno nazwisko. Ale jeżeli dodamy do tego zestawu jeszcze najnowszą płytę Amerykanina – wydany przez wytwórnię For Tune w połowie grudnia ubiegłego roku krążek „Solar System” – będą dwa. Ponownego zaszczytu współpracy z Gayle’em, co jest prawdziwą rzadkością, dostąpił bowiem polski kontrabasista Ksawery Wójciński (między innymi Hera). Stało się to przy okazji warszawskiego koncertu tria, jaki odbył się 24 października 2016 roku w klubie jazzowym 12on14. Skład uzupełnił wówczas przybyły z Berlina bębniarz Max Andrzejewski – wciąż jeszcze młody, ale już niezwykle doświadczony i rozchwytywany przez innych twórców, którego „oczkiem w głowie” jest jednak nade wszystko własny kwartet – Hütte. Panowie nie mieli zbyt dużo czasu na próby, ale gdy mamy do czynienia z artystami takiego formatu, którzy na dodatek na improwizacjach „zjedli zęby”, nie jest to wcale konieczne. Wszak free jazz to głównie muzyka intuicyjna. Nikt nie uczy jej się na pamięć.
Jakie założenie przyświecało tym razem Gayle’owi i jego (europejskim) akompaniatorom? Wyjaśnił to sam Ksawery Wójciński, mówiąc o „Solar System”: „Muzyka, którą tu można usłyszeć, jest naszym wyobrażeniem kosmosu, swoistej nieskończoności. (…) to układ słoneczny muzyki, którą żyjemy, oddychamy…”. Zaskakująco górnolotnie? Może tak. Ale najlepiej skonfrontować te słowa z zawartością albumu. Albumu, na który składa się siedem kompozycji, zatytułowanych adekwatnie do nazw kolejnych planet coraz bardziej oddalonych od Słońca. I tu mamy pewną – raczej jednak astronomiczną, aniżeli artystyczną – kontrowersję. Dlaczego właśnie siedem? Powinno przecież być osiem. Pal licho, że nie doczekał się swego muzycznego portretu Pluton; wszak od 2006 roku uznawany jest jedynie za planetę karłowatą. Ale czemu podobna „zniewaga” spotkała również Neptuna, gazowego olbrzyma, masą ustępującego jedynie Jowiszowi i Saturnowi – trudno powiedzieć. Albo międzynarodowemu triu zabrakło pomysłów, albo z jakiegoś powodów ostatni zagrany podczas koncertu utwór wypadł z tracklisty.
Przegląd planet Układu Słonecznego rozpoczyna „Mercury” – i jest to bardzo mocne otwarcie, z wyeksponowanym od pierwszej sekundy saksofonem altowym lidera. Gayle gra bardzo emocjonalnie, z wielkim zaangażowaniem, ale z drugiej strony unika mimo wszystko zadziorności charakterystycznej chociażby dla swoich kolegów po fachu: Niemca Petera Brötzmanna czy innego Amerykanina Kena Vandermarka. Chętnie też oddaje pola pozostałym muzykom. Stąd zagrane bezpośrednio po sobie partie solowe Wójcińskiego i Andrzejewskiego, po których następuje wielki powrót Gayle’a, spinającego klamrą cały utwór. Jeszcze bardziej stonowany charakter ma „Venus”, czyli portret drugiej planety od Słońca. Ba! gość zza Oceanu wprowadza tu nawet wpadającą w ucho melodię, choć uczciwie należy przyznać, że z biegiem czasu z coraz większą energią oddaje się typowej freejazzowej improwizacji. Dotarłszy do punktu kulminacyjnego, ponownie zwalnia miejsce dla kontrabasisty i perkusisty.
Te „przystanki” lidera mogą mieć też jednak bardziej prozaiczny powód – wiek Gayle’a i wynikającą z tego konieczność częstszego odpoczynku. I nie ma w tym nic złego, skoro artyście udaje się zgrabnie wpisać te przerwy w kontekst. A tak jest zarówno w przypadku „Merkurego”, jak i „Wenus”, który również – po krótkiej pauzie – wieńczy intensywna solówka saksofonu. W „Earth” („Ziemia”) Charles odkłada na bok dęciaka i siada do fortepianu. Nie forsuje tempa, nie ściga się sam ze sobą; przeciwnie, zwalnia rytm, przydając utworowi charakter nostalgicznego bluesa, od czasu do czasu tylko dynamizowanego rytmicznymi okrzykami. Na tym tle „Mars” wypada dużo bardziej free – począwszy od awangardowej, chaotycznej partii fortepianu, poprzez szaloną solówkę grającego smyczkiem na kontrabasie Wójcińskiego, aż po stopniowe wyciszanie emocji w finale. Bluesowo-knajpiany charakter ma także „Jupiter” („Jowisz”) i nie zmienia się to ani na chwilę, nawet kiedy do Gayle’a dołączają pozostali muzycy, starający się pociągnąć go w stronę improwizacji.
Amerykanin wysłuchuje ich próśb, ale dopiero w kolejnym utworze, którym – zgodnie z wiedzą astronomiczną – jest „Saturn”. To zarazem najbardziej zróżnicowana kompozycja na „Solar System”, prezentująca wszystkie znane wielbicielom Charlesa Gayle’a oblicza artysty – postbopowego pianisty i freejazzowego saksofonisty, szybującego w chmurach romantyka i twardo stąpającego po ziemi pragmatyka. Im bliżej końca, tym bardziej trio sobie folguje, by w ciągu ostatnich dwóch i pół minuty – niemal dosłownie – wywrócić świat do góry nogami. Na szczęście po tej dawce kosmicznego czadu czeka słuchaczy chwila wytchnienia. „Uranus” („Uran”) to wieńcząca całość stonowana improwizacja fortepianowa, której głównym celem jest – bez wątpienia – przywrócenie wiary w naturalny porządek wszechrzeczy. Jak mógłby brzmieć „Neptune” (by pozostać przy anglojęzycznych tytułach), możemy tylko spróbować sobie wyobrazić. Szkoda, że Gayle, Wójciński i Andrzejewski nie wyręczyli w tym dziele swoich fanów. W takiej sytuacji płyta byłaby o te kilka, a może nawet kilkanaście minut dłuższa. A w przypadku takich artystów każda minuta jest na wagę złota.
koniec
23 stycznia 2018
Skład:
Charles Gayle – saksofon altowy, fortepian, głos
Ksawery Wójciński – kontrabas
Max Andrzejewski – perkusja
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Ziemia – planeta wybitnych muzyków
Sebastian Chosiński

20 II 2018

W ostatnich latach fani przyzwyczaili się już do tego, że kiedy pada hasło „Elephant9”, odzew musi brzmieć: „Reine Fiske”! Nie tym razem jednak. Na najnowszej, wydanej w połowie lutego płycie norweskiego tria szwedzkiego gitarzysty nie uświadczymy. Ale czy to oznacza, że „Greatest Show on Earth” jest produkcją słabszą od „Atlantis” czy „Silver Mountain”? W żadnym wypadku. Tym bardziej że rolę gitary przejęły nie mniej klimatyczne i zadziorne instrumenty klawiszowe.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Fragmentaryczność na dwa (kontra)basy
Sebastian Chosiński

15 II 2018

Norweski kontrabasista (free)jazzowy Jon Rune Strøm to przypadek artysty, który ma na koncie znacznie więcej wydanych płyt niż lat na karku. I nic dziwnego, bo od ponad dekady jest dosłownie rozrywany przez skandynawskich kolegów po fachu. Pewnie dlatego tak późno wpadł na pomysł, aby stworzyć własną formację. Aż w końcu w ubiegłym roku przełamał się i powołał do życia Quintet, który przed miesiącem zadebiutował albumem „Fragments”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Tam i z powrotem, czyli najpierw na Bali, potem do Sztokholmu
Sebastian Chosiński

13 II 2018

Czworo artystów z trzech krajów europejskich, aby nagrać swą kolejną płytę, wybrało się na indonezyjską wyspę Bali. Podróż okazała się – przynajmniej artystycznie – nadzwyczaj udana. „The Bali Tapes”, pod którym to wydawnictwem podpisali się Szwedzi Jonas Kullhammar i Torbjörn Zetterberg, Norweg Espen Aalberg oraz Portugalka Susana Santos Silva, to jeden z najciekawszych albumów z wydawanej od sześciu lat serii „Basement Sessions”.

więcej »

Polecamy

Sikory złote pod mankietem odmierzają sekund bieg

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Sikory złote pod mankietem odmierzają sekund bieg
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

99 czerwonych balonów
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Anna z dalekiej północy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Drugi najpiękniejszy cover Stinga
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Nauczyli się latać
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Polacy na metalowo
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Śniegu płoń!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.