Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 marca 2019
w Esensji w Esensjopedii

Elephant9
‹Greatest Show on Earth›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGreatest Show on Earth
Wykonawca / KompozytorElephant9
Data wydania16 lutego 2018
Wydawca Rune Grammofon
NośnikCD
Czas trwania35:58
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Ståle Storløkken, Nikolai Hængle Eilertsen, Torstein Lofthus
Utwory
CD1
1) Way of Return05:28
2) Actionpack106:30
3) Farmer’s Secret05:21
4) Dancing with Mr. E05:28
5) Mystery Blend06:17
6) Freaks06:55
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Ziemia – planeta wybitnych muzyków

Esensja.pl
Esensja.pl
W ostatnich latach fani przyzwyczaili się już do tego, że kiedy pada hasło „Elephant9”, odzew musi brzmieć: „Reine Fiske”! Nie tym razem jednak. Na najnowszej, wydanej w połowie lutego płycie norweskiego tria szwedzkiego gitarzysty nie uświadczymy. Ale czy to oznacza, że „Greatest Show on Earth” jest produkcją słabszą od „Atlantis” czy „Silver Mountain”? W żadnym wypadku. Tym bardziej że rolę gitary przejęły nie mniej klimatyczne i zadziorne instrumenty klawiszowe.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Ziemia – planeta wybitnych muzyków

W ostatnich latach fani przyzwyczaili się już do tego, że kiedy pada hasło „Elephant9”, odzew musi brzmieć: „Reine Fiske”! Nie tym razem jednak. Na najnowszej, wydanej w połowie lutego płycie norweskiego tria szwedzkiego gitarzysty nie uświadczymy. Ale czy to oznacza, że „Greatest Show on Earth” jest produkcją słabszą od „Atlantis” czy „Silver Mountain”? W żadnym wypadku. Tym bardziej że rolę gitary przejęły nie mniej klimatyczne i zadziorne instrumenty klawiszowe.

Elephant9
‹Greatest Show on Earth›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGreatest Show on Earth
Wykonawca / KompozytorElephant9
Data wydania16 lutego 2018
Wydawca Rune Grammofon
NośnikCD
Czas trwania35:58
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Ståle Storløkken, Nikolai Hængle Eilertsen, Torstein Lofthus
Utwory
CD1
1) Way of Return05:28
2) Actionpack106:30
3) Farmer’s Secret05:21
4) Dancing with Mr. E05:28
5) Mystery Blend06:17
6) Freaks06:55
Wyszukaj / Kup
W tym roku mija dziesięć lat od płytowego debiutu Elephant9. Zarejestrowany w studiu na tak zwaną „setkę” album „Dodovoodoo”, choć pewnie nikt się tego jeszcze wtedy nie spodziewał, otworzył nowy rozdział w dziejach skandynawskiego jazz-rocka. Wraz z nim narodziła się bowiem formacja, której w ciągu następnej dekady nie zdarzyło się nagrać złej płyty. Ba! płyty, którą można by – nawet przy maksymalnie złej woli – określić mianem „przeciętnej” czy „średniej”. Ale czy należy się temu dziwić, skoro grupie lideruje Ståle Storløkken – muzyk, którego można usłyszeć na krążkach takich wykonawców (jazzowych i rockowych), jak Motorpsycho, Reflections in Cosmo, Møster! czy Humcrush? To oczywiście pytanie retoryczne… Od początku istnienia Elephant9 na scenie i w studiu Storløkkenowi towarzyszą ci sami znakomici artyści: basista Nicolai Hængsle Eilertsen (występujący ze Stålem w pierwszym składzie Møster!) oraz perkusista Torstein Lofthus (który do 2014 roku bębnił w wymykającym się wszelkim próbom zaszufladkowania Shining).
Po „Dodovoodoo” trio nagrało jeszcze albumy „Walk the Nile” (2010) i koncertowy „Live at the BBC” (2011), po czym – zapewne ku zaskoczeniu, ale i wielkiej radości swoich najzagorzalszych wielbicieli – rozrosło się do kwartetu. Czwartym muzykiem, przez lata mającym jednak status gościa, został legendarny szwedzki gitarzysta Reine Fiske, z którym panowie z Elephant9 nagrali dwie kolejne niezapomniane płyty: „Atlantis” (2012) oraz „Silver Mountain” (2015). A potem ich drogi rozeszły się… Być może Storløkken uznał, że w składzie z „żywym” gitarzystą formacja osiągnęła już wszystko. Że zbytnio oddaliła się od swoich jazzowych korzeni, podążając – nazbyt odważnie – w kierunku rocka progresywnego. W każdym razie najnowsza produkcja tria, już bez Fiskego, różni się od dwóch poprzednich znacząco. Pierwsza rzecz, która rzuca się z miejsca w oczy to długość poszczególnych utworów i tym samym całego albumu. „Silver Mountain” trwało siedemdziesiąt sześć minut, a „Greatest Show on Earth” jest o ponad połowę krótsze. Żadna z kompozycji nie przekracza siedmiu minut, podczas gdy na wcześniejszym o trzy lata krążku aż dwie trwały ponad dwadzieścia.
Kolejna istotna zmiana to okrojenie instrumentarium; całkowicie wyeliminowane zostały bowiem gitary, których miejsce zajęły klawisze. W miejsce osierocone przez Fiskego wskoczył więc przede wszystkim Storløkken ze swoim – jak zawsze bardzo rozbudowanym – zestawem, na który tym razem złożyły się organy Hammonda i elektryczny Eminent 310, fortepiany akustyczny i elektryczny Rhodes, syntezator Mooga, wreszcie okazjonalnie wykorzystywany mellotron. Sesja nagraniowa odbyła się w październiku ubiegłego roku, a płyta trafiła do sprzedaży cztery miesiące później. Wydała ją – tradycyjnie – wytwórnia Rune Grammofon z Oslo, której logo widnieje również na wszystkich poprzednich publikacjach tria (czy też kwartetu). Nie zmieniła się także stylistyka okładki, której nie da sie pomylić z jakąkolwiek inną. Kto widział choć jedną obwolutę płyty Elephant9, z miejsca będzie wiedział, z czyim dziełem ma do czynienia. To zresztą specyficzny zwyczaj, któremu z jakiegoś powodu hołdują również inne formacje z kraju fiordów, jak na przykład Spidergawd (nagrywający dla Crispin Glover Records) czy – podobnie jak trio Storløkkena – również współpracujący z Rune Grammofon Krokofant.
Porównując najnowsze wydawnictwo Elephant9 z dwoma poprzednimi – to jest „Atlantis”, a nade wszystko z „Silver Mountain” – można się zastanawiać, czy zasługuje ono na miano pełnoprawnego albumu. Kiedyś, głównie w latach 70. XX wieku, płyty trzydziestokilkuminutowe nikogo nie dziwiły, ale dzisiaj nieczęsto się zdarza, by artysta – mając od dyspozycji znacznie więcej miejsca na nośniku – tak bardzo się ograniczał. Z drugiej strony nie brakuje obecnie płyt „przegadanych”, pod adresem których recenzenci ślą uwagi typu: To byłby całkiem niezły album, który skrócono go o tyle to a tyle minut. W przypadku „Greatest Show on Earth” nikt oczywiście takiego argumentu nie użyje. Co najwyżej będzie narzekał, że Ståle, Nicolai i Torstein tak bardzo poskąpili słuchaczom swego talentu. Z dwóch opcji ta chyba jednak wydaje się korzystniejsza dla wszystkich (zarówno zespołu, jak i jego fanów) – lepiej przecież po wysłuchaniu krążka pozostać z uczuciem lekkiego niedosytu, zamiast psioczyć pod nosem na nudę i powtarzalność. Na szczęście po „lekturze” najnowszego wydawnictwa Norwegów to ostatnie na pewno nam nie grozi.
Przejdźmy jednak do szczegółów dotyczących zawartości płyty. Otwiera ją utwór „Way of Return” – nieco senny, rozkręcający się powoli, z klawiszami naśladującymi gitarę elektryczną. Storløkken wykorzystuje tu pełną paletę swych instrumentów i zarazem możliwości, jakie one dają. Wybrzmiewają zarówno Hammondy, piano Rhodesa, jak i klasyczny Moog. Cała kompozycja oparta jest zresztą na zmieniających się dźwiękach „parapetów”, które idealnie się dopełniają. To nie tylko kompozytorski, ale nade wszystko aranżacyjny majstersztyk. Nie inaczej ma się rzecz ze znacznie bardziej energetycznym, co sugeruje już sam tytuł, „Actionpack1”. Do rozpędzonej sekcji rytmicznej wkrótce dołącza Ståle, najpierw dorzucając zapętlony na mellotronie motyw „gitarowy”, następnie wypełniając przestrzeń syntezatorami. Kiedy przejmuje już władanie nad całością, Hængsle Eilertsen i Lofthus, wywracają wszystko do góry nogami – zmieniają tempo, rezygnując przy tym z rockowego natarcia; w efekcie Storløkken zmuszony jest do szukania nowych rozwiązań. By je znaleźć, sięga po fortepian elektryczny, a następnie po organy elektryczne (Eminent 310). Jesteście w stanie uwierzyć, że da się na nich wyczarować orientalną, quasi-arabską melodię? „Actionpack1” rozwiewa w tym względzie wszelkie wątpliwości.
Po takim początku „Farmer’s Secret” może być sporym zaskoczeniem. Wprawdzie panowie z Elephant9 wciąż pozostają mentalnie w latach 70. XX wieku, ale w tym przypadku sięgają po mniej oczywiste dla siebie inspiracje takimi zespołami, jak Kansas, Journey czy Styx. Nie należy jednak spodziewać się drugiego „Dust in the Wind”, „Lovin’, Touchin’, Squeezin’” czy „Lorelei”, bo to jest mimo wszystko AOR (adult-oriented rock) odczytany przez Stålego. Dla Skandynawa dużo ważniejsze od tworzenia progresywnych stadionowych hymnów są typowe dla artystów z pogranicza jazzu i rocka zabawy formą. Owszem, w „Farmer’s Secret” nie brakuje chwytliwego lejtmotywu, ale nie on jest celem samym w sobie; to jedynie kostium, stylizacja, swoiste mrugnięcie okiem do słuchacza. Podobnie zresztą jak kolejny, otwierający stronę B wydania winylowego, „Dancing with Mr. E”, który zaczyna się zaskakująco spokojnie, kończy natomiast przewidywalnie czadowo. Najsmakowitsze jest zaś śledzenie tej ewolucji i wsłuchiwanie się w to, co wyprawia ze swoimi klawiszami Storløkken. A potrafi z nich „wycisnąć” znacznie więcej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.
W „Mystery Blend” Norwegowie stawiają na budowanie nastroju, w czym pomagają im głębokie, przestrzenne brzmienie basu i stonowana perkusja. Tym razem to Nicolai i Torstein grają „pierwsze skrzypce”; Ståle natomiast poddaje się ich narracji, odpowiednio dobierając brzmienie instrumentów klawiszowych. Istotniejsze są tu dla niego smaczki, które urozmaicają opowieść snutą przez pozostałych muzyków. „Największe widowisko na Ziemi” kończy – nie, wcale nie frywolny ani jakoś szczególnie, we freejazzowym znaczeniu, odjechany – „Freaks”. Więcej tu (przynajmniej w części pierwszej), dzięki niespiesznej sekcji rytmicznej i podniosłym organom Hammonda, klasycznego hard rocka. Choć z czasem pojawiają się też wtręty typowo jazzrockowe; w tę stronę Elephant9 zaczyna skręcać, gdy Storløkken ponownie „odpala” swą klawiszową „gitarę”. Z czasem utwór nabiera mocy, ale jednocześnie nie traci na melodyjności. Gdy zaś wybrzmiewa ostatnia nuta, z miejsca pojawia się myśl: „Nie, to nie ma prawa tak się skończyć!”. Jedyną rozsądną decyzją w takiej sytuacji jest… powrót do „Way of Return” i rozpoczęcie całej podróży jeszcze raz. Przy którymś kolejnym odsłuchu można też sobie „pogdybać”, rozważając, ile zyskałyby te kompozycje, gdyby pojawiła się w nich gitara Fiskego. Ale kto wie, może nie wszystko stracone. Może kiedyś będzie nam dane – choćby tylko na koncercie – usłyszeć fragmenty „Greatest Show on Earth” zagrane z towarzyszeniem Szweda.
koniec
20 lutego 2018
Skład:
Ståle Storløkken – organy Hammonda, organy elektryczne, fortepian, fortepian elektryczny, mellotron, syntezator Mooga
Nicolai Hængsle Eilertsen – gitara basowa
Torstein Lofthus – perkusja, instrumenty perkusyjne
Gościnnie:
Pekka – dzwonki

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Żywy stąd nie wyjdzie nikt!
Sebastian Chosiński

19 III 2019

W ubiegłym roku free jazz pojawił się na legendarnym duńskim festiwalu rockowym w Roskilde. Dwa dni pod rząd występował na nim z dwoma różnymi projektami norweski perkusista Paal Nilssen-Love. Pierwszego dnia zaprezentował „japoński noise”, drugiego – „brazylijski funk”. Pół roku później oba występy doczekały się edycji płytowych. Dzisiaj – chronologicznie – pochylamy się nad albumem „New Japanese Noise”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Kosmita na aktywnej emeryturze
Sebastian Chosiński

14 III 2019

Krytycy muzyczni często zachwycają się kondycją muzyków The Rolling Stones bądź Paula McCartneya, którzy po ukończeniu siedemdziesiątki wciąż są aktywnymi artystami – wydają nowe płyty, nawet koncertują. Zapominają przy tym o kimś takim, jak Nik Turner. A tymczasem to właśnie były wokalista i saksofonista Hawkwind jest najstarszy z nich wszystkich. I właśnie opublikował kolejny niezły album spacerockowy – „The Final Frontier”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Moc i smutek. Współczesność i przeszłość
Sebastian Chosiński

12 III 2019

Łatwość z jaką muzycy freejazzowi powołują do życia kolejne projekty, musi wzbudzać zazdrość innych. Dzięki temu ich dyskografie często rozrastają się do ogromnych rozmiarów. Tak jest z każdym z siedmiu artystów tworzących norwesko-szwedzką supergrupę The Way Ahead, która już zdążyła zapisać się w dziejach współczesnego jazzu improwizowanego bardzo udanym albumem „Bells, Ghosts and other Saints”.

więcej »

Polecamy

Tango z Morskiego Oka (w Warszawie)

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Tango z Morskiego Oka (w Warszawie)
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Cała ta miłość
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Stylowe, jak Chevrolet El Camino z 1968
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dajesz Rudolf, dajesz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zapach muzyki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Życie o świcie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Rockabilly dżungli
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wieś gra i śpiewa
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ani w PZU, ani w PKP...
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Stan
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.