Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 kwietnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Duet… kwartet… Pixie Ninja

Esensja.pl
Esensja.pl
Zaczynali jako duet, by ostatecznie rozrosnąć się do kwartetu. Od początku kariery interesowali się przede wszystkim (choć nie tylko) rockiem progresywnym, choć postrzegali go na swój własny, specyficzny sposób, łącząc z muzyką elektroniczną i ambientem. Dopiero w ubiegłym roku wydali debiutancki album „Ultrasound”. Sygnowali go natomiast intrygującą nazwą Pixie Ninja. Ach, jeszcze jedno – pochodzą z Norwegii.

Pixie Ninja
‹Ultrasound›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułUltrasound
Wykonawca / KompozytorPixie Ninja
Data wydania23 czerwca 2017
Wydawca Apollon Records: PROG
NośnikCD
Czas trwania38:18
Gatunekrock
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzie
Marius Leirånes, Jostein Hugen, Mattias Olsson, Johan Hals Jørgensen, Ketil Vestrum Einarsen
Utwory
CD1
1) Auditory Hallucinations09:13
2) Elusive the Wind Vane06:45
3) Una promenade02:37
4) Polysomnographic05:30
5) Personal Improvement Cult11:19
6) Ultrasound02:56
Nawet najbardziej zagorzałym wielbicielom skandynawskiego rocka progresywnego nazwiska twórców projektu Pixie Ninja do niedawna jeszcze kompletnie nic nie mówiły. I trudno temu się dziwić, ponieważ do tej pory Marius Leirånes i Jostein Haugen, mimo że grają ze sobą już od dekady, nie mieli żadnych szczególnych osiągnięć na koncie. Pochodzą z Rognan, niewielkiej miejscowości położonej daleko na północy Norwegii. To tereny, gdzie zapewne łatwiej spotkać wilka niż człowieka. A jednak i tam jakimś cudem pojawili się młodzi ludzie zafascynowani muzyką rockową. Karierę zaczęli w alternatywnej formacji Rusty Crown, z którą wydali jedną EP-kę (2012) i jeden pełnowymiarowy album – „Tellus Inc.” (2014). Po kilku latach działalności grupa, nie widząc większej szansy na przebicie się do szerszej publiczności, zakończyła swój mało chwalebny żywot. Ale Marius i Jostein nie poddali się; od tej pory – to jest od maja 2015 roku – zaczęli „dłubać” sami. Rok później uznali, że są gotowi, aby wejść do studia.
Obaj grali na gitarach solowych i basowych, potrafili też nieźle obsługiwać różnego rodzaju instrumenty klawiszowe. Kogo zatem im brakowało? Przede wszystkim dobrego perkusisty. Trochę nie wierząc w to, że pomysł wypali, zaprosili do współpracy doskonale znanego w światku rockowym (nie tylko zresztą w Skandynawii) szwedzkiego bębniarza Mattiasa Olssona (wcześniej związanego z takimi grupami, jak Necromonkey, White Willow, Gösta Berlings Saga, Änglagǻrd, Kaukasus czy Weserbergland), który nie tylko przyjął propozycję, ale także przyprowadził ze sobą do studia swego przyjaciela, flecistę Ketila Vestruma Einarsena (Jaga Jazzist, Anima Morte, Wobbler). Skład dopełnił jeszcze grający na organach Johan Hals Jørgensen. Mając u swego boku muzyków tej miary co Olsson czy Einarsen, można było zacząć rejestrację materiału.
Płytę nagrano w maju 2016 roku, ale do sprzedaży trafiła dopiero trzynaście miesięcy później – za sprawą niezależnej, mającej swoją siedzibę w Bergen, wytwórni Apollon Records: PROG (to sublabel specjalizujący się w szeroko rozumianym rocku progresywnym). Leirånes i Haugen zdecydowali się umieścić na niej sześć utworów, spośród których dwa to w zasadzie miniatury. Owszem, intrygujące, zaskakujące niebanalnymi pomysłami, ale jednak raczej – przynajmniej w jednym przypadku – przerywniki, nie zaś pełnoprawne kompozycje. Swoją drogą szkoda, że muzycy nie zdecydowali się rozwinąć zawartych w nich pomysłów – byłoby to z korzyścią dla zespołu i samej płyty. Album „Ultrasound” otwiera ambientowo-elektroniczny „Auditory Hallucinations”. Tytuł jest jak najbardziej adekwatny do zawartości – mrocznej i halucynogennej. Dopiero w połowie klimat trochę się przejaśnia, a do głosu dochodzą syntezatory zaaranżowane na noworomantyczną modłę z lat 80. ubiegłego wieku.
Dopiero w drugim fragmencie płyty, to jest w „Elusive the Wind Vane”, pojawiają się „żywe” instrumenty: gitary, perkusja, a nade wszystko eteryczny flet Ketila Vestruma Einarsena. Nie oznacza to jednak, że cały utwór utrzymany jest w rajskiej atmosferze. Przychodzi bowiem taki moment, kiedy muzycy robią ukłon w stronę bardziej zorientowanego na rock odbiorcy; pojawiają się wówczas dźwięki sprzężonej gitary i doommetalowy rytm. Należy to jednak potraktować jedynie jako ciekawostkę, ponieważ do tej formuły Norwegowie więcej już nie wracają. Niespełna trzyminutowa kompozycja „Una promenade” to romantyczna – i jeśli chodzi o inspiracje, i o nastrój – wycieczka Johana Halsa Jørgensena, który już po wydaniu albumu został etatowym członkiem Pixie Ninja. Na instrumentach klawiszowych – głównie syntezatorach i organach – oparty jest praktycznie cały „Polysomnographic”; nawet progresywna gitarowa solówka w rzeczywistości zagrana została na syntezatorze. Nic w tym oczywiście złego, bo brzmi tak rasowa, że można się pomylić. Zaskoczeniem może być natomiast patetyczny finał utworu.
„Personal Improvement Cult” to najdłuższy (ponad jedenastominutowy) rozdział opowieści – jednocześnie też najbardziej zróżnicowany. Z jednej strony mamy bowiem stonowane syntezatory (w części pierwszej) i eksperymentalne dźwięki mellotronu (w następnej), z drugiej – rockową sekcję rytmiczną i podporządkowującą się jej pokornie rockową gitarę (w trzeciej). Tym sposobem kwartet podbija napięcie, by – po przesileniu – wyciszyć nastrój coraz bardziej minimalistycznym fortepianem. Tytułowy „Ultrasound” to, niestety, kolejna miniatura. Niestety, ponieważ to, co słyszymy, brzmi bardzo obiecująco. Pewnie dlatego, że… najbardziej progresywnie – w klasycznym rozumieniu tego pojęcia. Znajduje się tu miejsce i dla potężnych organów, i dla powłóczystej gitary (z czasem zepchniętej przez Jørgensena na drugi plan). Pocieszać można się jedynie tym, że być może wieńczący płytę numer wyznaczy dalszy kierunek artystycznych poszukiwań Norwegów.
Należy bowiem założyć, iż za czas jakiś doczekamy się kolejnego wydawnictwa sygnowanego nazwą Pixie Ninja. Po publikacji „Ultrasound” ten studyjny projekt przeistoczył się bowiem w normalnie funkcjonującą (czytaj: również koncertującą) grupę, której skład – obok Leirånesa, Haugena i Jørgensena – uzupełnił perkusista Geir Martin Langvad (zamiast Olssona, który sam siebie oddelegował do innych odpowiedzialnych zadań).
koniec
20 marca 2018
Skład:
Marius Leirånes – instrumenty klawiszowe, gitara elektryczna, gitara basowa
Jostein Hugen – instrumenty klawiszowe, gitara elektryczna, gitara basowa
Mattias Olsson – perkusja, mellotron
Gościnnie:
Johan Hals Jørgensen – organy (3,4,5)
Ketil Vestrum Einarsen – flet (2)

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: (Nie)Bezpieczeństwo z przestrzeni kosmicznej
Sebastian Chosiński

19 IV 2018

Jeżeli któregoś roku nie ukaże się nowa płyta (albo nawet dwie… lub najlepiej trzy) psychodelicznej formacji Acid Mothers Temple, będzie to oznaczało tylko jedno – że nastąpił koniec świata. Artystyczna aktywność Makoto Kawabaty jest bowiem czymś tak oczywistym, jak kulistość Ziemi czy nieuchronność zapłacenia podatków. Ubiegły rok kalendarzowy muzyk z Kraju Kwitnącej Wiśni zamknął albumem „Wandering the Outer Space”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Czerwone dla bopu, zielone dla free
Sebastian Chosiński

17 IV 2018

Dwaj wielcy mistrzowie – norweski saksofonista Frode Gjerstad i amerykański puzonista Steve Swell – oraz dwaj młodsi od nich o pokolenie, ale nie mniej doświadczeni, przedstawiciele skandynawskiej sceny freejazzowej: kontrabasista Jon Rune Strøm i perkusista Paal Nilssen-Love. Tak wyglądał skład zespołu, który przed miesiącem wydał płytę zatytułowaną „Bop Stop”. Wydawnictwo w sam raz dla wielbicieli jazzu improwizowanego!

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Pearl Harbor i Hiroszima, czyli jak zasypywać podziały
Sebastian Chosiński

12 IV 2018

Japoński saksofonista Akira Sakata, choć miał zaledwie pół roku, gdy bomba atomowa zniszczyła Hiroszimę, nieopodal której wówczas mieszkał, nie żywi niechęci wobec Amerykanów. Chętnie z nimi współpracuje, czego dowodem „Proton Pump” – kolejna, szósta już, płyta zarejestrowana w kooperacji z duetem Chikamorachi, który tworzą Darin Gray i Chris Corsano.

więcej »

Polecamy

Pośpiewajmy razem w podróży

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Pośpiewajmy razem w podróży
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Leży w zsypie pijany cieć Mieciek
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Bieszczadzcy metale
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

W oczekiwaniu na nową płytę Toola
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dzień dobry, digliśmobry
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Jej kredo to harfa
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Turecki Pink Floyd
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pasja młodego studenta
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Jedyny człowiek potrafiący zagrać na chlebaku
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Sikory złote pod mankietem odmierzają sekund bieg
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.