Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 marca 2019
w Esensji w Esensjopedii

Hedvig Mollestad Trio
‹Smells Funny›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSmells Funny
Wykonawca / KompozytorHedvig Mollestad Trio
Data wydania30 listopada 2018
Wydawca Rune Grammofon
NośnikCD
Czas trwania35:49
Gatunekjazz, metal, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Hedvig Mollestad Thomassen, Ellen Brekken, Ivar Loe Bjørnstad
Utwory
CD1
1) Beastie, Beastie05:55
2) First Thing to Pop in the Eye08:56
3) Jurášek04:00
4) Sugar Rush Mountain04:05
5) Bewitched, Dwarfed and Defeathered04:39
6) Lucidness08:13
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Ile jest jazzu w jazz-rocku?

Esensja.pl
Esensja.pl
Analizując płyty tria norweskiej gitarzystki Hedvig Mollestad, można odnieść wrażenie, że każda kolejna jest w coraz mniejszym stopniu jazzowa, a w coraz większym rockowa. Choć oczywiście jazzowe korzenie formacji wciąż jeszcze są słyszalne. Wciąż dobijają się do uszu słuchaczy poprzez psychodeliczny i progresywny jazgot. Kto nie wierzy, powinien konieczne sięgnąć po najnowszą produkcję grupy z Oslo – „Smells Funny”.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Ile jest jazzu w jazz-rocku?

Analizując płyty tria norweskiej gitarzystki Hedvig Mollestad, można odnieść wrażenie, że każda kolejna jest w coraz mniejszym stopniu jazzowa, a w coraz większym rockowa. Choć oczywiście jazzowe korzenie formacji wciąż jeszcze są słyszalne. Wciąż dobijają się do uszu słuchaczy poprzez psychodeliczny i progresywny jazgot. Kto nie wierzy, powinien konieczne sięgnąć po najnowszą produkcję grupy z Oslo – „Smells Funny”.

Hedvig Mollestad Trio
‹Smells Funny›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSmells Funny
Wykonawca / KompozytorHedvig Mollestad Trio
Data wydania30 listopada 2018
Wydawca Rune Grammofon
NośnikCD
Czas trwania35:49
Gatunekjazz, metal, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Hedvig Mollestad Thomassen, Ellen Brekken, Ivar Loe Bjørnstad
Utwory
CD1
1) Beastie, Beastie05:55
2) First Thing to Pop in the Eye08:56
3) Jurášek04:00
4) Sugar Rush Mountain04:05
5) Bewitched, Dwarfed and Defeathered04:39
6) Lucidness08:13
Wyszukaj / Kup
Hedvig Mollestad Thomassen nie jest już „cudownym dzieckiem” skandynawskiego jazz-rocka, za które ewentualnie można było uważać ją w chwili płytowego debiutu (w rozumieniu: pod własnym nazwiskiem). Gdy mające siedzibę w Oslo renomowane wydawnictwo Rune Grammofon wypuściło w 2011 roku na rynek album „Shoot!”, Norweżka liczyła sobie niespełna trzydzieści wiosen i wcale nie była muzycznym żółtodziobem. Od tamtej pory minęło siedem lat, a dyskografia Tria wzbogaciła się o – łącznie z najnowszą – kolejnych pięć płyt, w tym „All of Them Witches” (2013), „Enfant Terrible” (2014) oraz – wydane tego samego dnia – „Black Stabat Mater” i koncertowe „Evil in Oslo” (2016). Obecnie Hedvig jest już nie tylko kobietą w sile wieku (mam nadzieję, że pisząc to, nie palnąłem jakiegoś katastrofalnego faux pas), lecz przede wszystkim nadzwyczaj świadomą artystką, która może stanowić wzór dla innych. Zwłaszcza tych, którzy pragną łączyć w swej twórczości jazzową maestrię z rockową dynamiką i progresywnym rozmachem.
Skład tria od początku jego istnienia jest niezmienny; oprócz liderki tworzą je jeszcze basistka Ellen Brekken oraz perkusista Ivar Loe Bjørnstad (udzielający się jednocześnie między innymi w formacji Cakewalk). Od wydania „Black Stabat Mater” do premiery najnowszego krążka zespołu minęło sporo czasu, niemal dwa i pół roku. Można się zastanawiać, dlaczego tak dużo, i jednocześnie dopytywać, co muzycy robili w tym czasie. Hedvig prawdopodobnie odpoczywała, natomiast Ellen i Ivar udzielali się w innych projektach, wspierając swym talentem takich chociażby wykonawców, jak folkowy pieśniarz Erik Lukashaugen, future-jazzowa grupa Pekula (Brekken), jazzowy kwartet The Tronosonic Experience (Bjørnstad), wreszcie nordic-folkowy wokalista i saksofonista Kjetil Flatland (oboje). Każdy ze wspomnianych wykonawców niewiele ma wspólnego z tym, co prezentuje Hedvig Mollestad Trio. Całkiem możliwe więc, że po tylu artystycznych harcach Ellen i Ivar z prawdziwą przyjemnością wrócili na łono macierzystej grupy, by wreszcie nieco „połoić”.
I to „połoić” nie symbolicznie, lecz dosłownie. Kolejne produkcje Tria nie pozostawiają bowiem wątpliwości, że z biegiem czasu zespół coraz bardziej oddala się od swoich korzeni jazzowych (czy jazzrockowych) i podąża w stronę metalu i rockowej psychodelii. Już zawartość poprzedniej płyty, to jest „Black Stabat Mater”, świadczyła o tym, że hasła o łączeniu w jedno dokonań Johna McLaughlina i Black Sabbath nie są tylko czczymi przechwałkami ani komercyjnym chwytem. Gdyby jednak ktoś nie wierzył – „Smells Funny” powinno przekonać go ostatecznie. Tradycyjnie album nie jest zbyt długi, zamyka się w trzydziestu sześciu minutach – wszystko zaś po to, by całość materiału zmieściła się również na tradycyjnym winylu, bez konieczności odrzucania bądź przykrawania któregokolwiek z utworów.
A jest ich w sumie sześć – wszystkie nagrane w studiu Amper Tone w Oslo pod okiem doświadczonego tandemu producenckiego Johnny Skalleberg i Kim Lillestøl. Później obróbką materiału zajął się jeszcze Helge Sten (niegdyś współpracownik Motorpsycho) – i to jemu, nie licząc oczywiście samych muzyków, „Smells Funny” zawdzięcza najwięcej. Wszak to on przydał muzyce Tria przestrzeni i rozmachu. To on podpowiedział, kiedy należy przybrudzić brzmienie, a kiedy uraczyć uszy słuchaczy krystalicznie czystymi dźwiękami gitary. W efekcie powstał album, którym można delektować się po kawałku i w całości. Raczej jednak to drugie, bo przecież, jak już wcześniej była mowa, uczta jest przednia, ale krótka, trzeba ją więc powtarzać i powtarzać… Początek – w postaci „Beastie, Beastie” – to niemal rasowa transowa psychodelia (vide sekcja rytmiczna) okraszona monotonną jazzrockową partią gitary, która w ciągu niespełna sześciu minut jest w stanie wywołać uzależnienie.
I tym lepiej, bo dzięki temu rozbudowane „First Thing to Pop in the Eye” smakuje jeszcze bardziej. To w ogóle jedna z najlepszych kompozycji Hedvig w jej dotychczasowej karierze – swoista (dziewięciominutowa) minisuita, w której jest miejsce zarówno na freejazzową improwizację, jak i wirtuozerską solówkę z wściekle hardcore’owym finałem. Po takiej dawce emocji bezsprzecznie należy się chwila oddechu. Zapewnia ją bluesowo-balladowy „Jurášek”, który gdyby tylko potrwał dłużej, byłby w stanie wycisnąć z oczu łzy. Następującemu po nim „Sugar Rush Mountain” (tytuł chyba nieprzypadkowo kojarzy się z utworem kanadyjskiego weterana Neila Younga) też nie brakuje nostalgii i melodyjności, ale jednocześnie więcej w nim mocy. Tym sposobem Trio stopniowo podkręca tempo, by płynnie przejść do „Bewitched, Dwarfed and Defeathered”, którego noise’owy środek może sprawić, że słuchacze zaczną się zastanawiać, czy Hedvig nie zaczęła ostatnimi czasy cierpieć na schizofrenię.
Stwierdzenia tego używam jedynie jako chwytu retorycznego, mając nadzieję, że w rzeczywistości nic takiego nie ma i nigdy nie będzie miało miejsca. Prawdziwym opus magnum albumu jest natomiast wieńczący go „Lucidness”, który po progresywnym otwarciu mniej więcej w połowie zmienia się w dynamiczny numer spacerockowy, by z kolei w ostatnich kilkudziesięciu sekundach ponownie zmasakrować uszy słuchaczy ostrymi i zgrzytliwymi zagrywkami gitary. Spyta ktoś, mając jeszcze w pamięci początek tego tekstu: „A gdzie tu jest, do (…), ten obiecany jazz?”. Hmm. Wcale nie tak łatwo odpowiedzieć. Ale jak pogrzebać, to można go znaleźć chociażby w formie niektórych kompozycji (zwłaszcza „Beastie, Beastie” i „First Thing to Pop in the Eye”). W solowych popisach Hedvig i basowym pochodzie Ellen zdobiącym „Bewitched, Dwarfed and Defeathered”. W końcu w rytmicznych połamańcach, jakie od czasu do czasu serwują Brekken i Bjørnstad. Mało? Cóż, w takim wypadku zawsze można sięgnąć po Milesa Davisa czy Johna Coltrane’a. Kto bogatemu (duchem) zabroni?
koniec
18 grudnia 2018
Skład:
Hedvig Mollestad Thomassen – gitara elektryczna
Ellen Brekken – gitara basowa
Ivar Loe Bjørnstad – perkusja

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Żywy stąd nie wyjdzie nikt!
Sebastian Chosiński

19 III 2019

W ubiegłym roku free jazz pojawił się na legendarnym duńskim festiwalu rockowym w Roskilde. Dwa dni pod rząd występował na nim z dwoma różnymi projektami norweski perkusista Paal Nilssen-Love. Pierwszego dnia zaprezentował „japoński noise”, drugiego – „brazylijski funk”. Pół roku później oba występy doczekały się edycji płytowych. Dzisiaj – chronologicznie – pochylamy się nad albumem „New Japanese Noise”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Kosmita na aktywnej emeryturze
Sebastian Chosiński

14 III 2019

Krytycy muzyczni często zachwycają się kondycją muzyków The Rolling Stones bądź Paula McCartneya, którzy po ukończeniu siedemdziesiątki wciąż są aktywnymi artystami – wydają nowe płyty, nawet koncertują. Zapominają przy tym o kimś takim, jak Nik Turner. A tymczasem to właśnie były wokalista i saksofonista Hawkwind jest najstarszy z nich wszystkich. I właśnie opublikował kolejny niezły album spacerockowy – „The Final Frontier”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Moc i smutek. Współczesność i przeszłość
Sebastian Chosiński

12 III 2019

Łatwość z jaką muzycy freejazzowi powołują do życia kolejne projekty, musi wzbudzać zazdrość innych. Dzięki temu ich dyskografie często rozrastają się do ogromnych rozmiarów. Tak jest z każdym z siedmiu artystów tworzących norwesko-szwedzką supergrupę The Way Ahead, która już zdążyła zapisać się w dziejach współczesnego jazzu improwizowanego bardzo udanym albumem „Bells, Ghosts and other Saints”.

więcej »

Polecamy

Tango z Morskiego Oka (w Warszawie)

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Tango z Morskiego Oka (w Warszawie)
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Cała ta miłość
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Stylowe, jak Chevrolet El Camino z 1968
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dajesz Rudolf, dajesz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zapach muzyki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Życie o świcie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Rockabilly dżungli
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wieś gra i śpiewa
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ani w PZU, ani w PKP...
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Stan
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.