Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 stycznia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Amgala Temple
‹Invisible Airships›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułInvisible Airships
Wykonawca / KompozytorAmgala Temple
Data wydania2 listopada 2018
Wydawca Pekula Records
NośnikCD
Czas trwania45:17
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Amund Maarud, Lars Horntveth, Gard Nilssen
Utwory
CD1
1) Bosphorus12:21
2) Avenue Amgala07:02
3) Fleet Ballistic Missile Submarine09:05
4) The Eccentric06:04
5) Moon Palace10:43
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Anielski orszak duszę mą prowadzi…
[Amgala Temple „Invisible Airships” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Zachęcam Was do prześledzenia pewnego artystycznego eksperymentu. Jak sądzicie, jaka muzyka powstanie, jeśli w jednym, trzyosobowym, zespole umieścimy dwóch jazzmanów i jednego bluesmana? Jak się okazuje, nie jest to wcale taki prosty rachunek, co udowadnia debiutancki album norweskiej formacji Amgala Temple. „Invisible Airships” zawiera bowiem przede wszystkim mieszankę… krautrocka z progresywnym fusion.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Anielski orszak duszę mą prowadzi…
[Amgala Temple „Invisible Airships” - recenzja]

Zachęcam Was do prześledzenia pewnego artystycznego eksperymentu. Jak sądzicie, jaka muzyka powstanie, jeśli w jednym, trzyosobowym, zespole umieścimy dwóch jazzmanów i jednego bluesmana? Jak się okazuje, nie jest to wcale taki prosty rachunek, co udowadnia debiutancki album norweskiej formacji Amgala Temple. „Invisible Airships” zawiera bowiem przede wszystkim mieszankę… krautrocka z progresywnym fusion.

Amgala Temple
‹Invisible Airships›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułInvisible Airships
Wykonawca / KompozytorAmgala Temple
Data wydania2 listopada 2018
Wydawca Pekula Records
NośnikCD
Czas trwania45:17
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Amund Maarud, Lars Horntveth, Gard Nilssen
Utwory
CD1
1) Bosphorus12:21
2) Avenue Amgala07:02
3) Fleet Ballistic Missile Submarine09:05
4) The Eccentric06:04
5) Moon Palace10:43
Wyszukaj / Kup
Wbrew pozorom to nie jest wcale takie egzotyczne połączenie, jak mogłoby się wydawać w pierwszej chwili. Wszak w latach 70. ubiegłego wieku nie brakowało w zachodnich Niemczech formacji krautrockowych o silnych jazzowych inklinacjach – począwszy od Embryo, poprzez Passport Klausa Doldingera, Association P.C., Et Cetera, aż po dużo mniej znane Thrice Mice i Missus Beastly (plus wiele, wiele innych). Nie powinno więc dziwić, że i dzisiaj znajdują się artyści, którzy podążają tą drogą. Tym bardziej że muzyka sprzed czterech dekad od paru lat przeżywa prawdziwy renesans popularności. Norweskie trio Amgala Temple wpisuje się zatem w ogólniejszą tendencję. Co cieszy, ponieważ jego debiutanckie wydawnictwo – krążek opublikowany 2 listopada ubiegłego roku przez wytwórnię Pekula Records z Oslo (i to zarówno w wersji kompaktowej, jak i winylowej) – ociera się o wybitność.
Niech Was jednak nie zmyli fakt, że mamy do czynienia z debiutem. Muzycy tworzący Amgala Temple (nazwa zespołu nawiązuje do słynnej oazy znajdującej się w zachodniej części Sahary, na terenie dzisiejszego Maroka) nie są bowiem żadnymi debiutantami. To prawdziwe gwiazdy skandynawskiego jazzu, jazz-rocka i bluesa. To muzycy, którzy z niejednego już pieca jedli chleb i niejedną fantastyczną płytę nagrali. Najmniej znany z całej trójki – przynajmniej w Polsce – jest gitarzysta Amund Maarud (urodzony w 1981 roku w miasteczku Årnes w południowo-wschodniej części kraju), który od początku swej twórczej drogi wierny jest bluesowi. Niegdyś był członkiem grup MaarudKara („First Blues”, 1999) i Morudes („Sinister Beat”, 2016), ale w tym samym czasie pielęgnował także swoją karierę solową (w ciągu ostatnich piętnastu lat wydał pod własnym nazwiskiem sześć płyt studyjnych). Nie ma więc wątpliwości, że mamy do czynienia z fachowcem wysokiej próby. Choć dwaj pozostali koledzy mimo wszystko go przebijają.
Multiinstrumentalista Lars Horntveth – tutaj akurat grający na gitarach (basowej, rytmicznej i hawajskiej), syntezatorach oraz wibrafonie – znany jest głównie jako saksofonista i klarnecista kultowego zespołu Jaga Jazzist, natomiast perkusista i perkusjonalista Gard Nilssen dał się dotąd poznać jako podpora takich formacji, jak Bushman’s Revenge, Maciej Obara Quartet, Astro Sonic, Acoustic Unity, Scent of Soil, Starlite Motel czy Cortex. Wystarczy chyba tej wyliczanki? Wierzycie już, że w składzie Amgala Temple naprawdę mamy do czynienia z muzykami pierwszoligowymi, prawda? W takim kontekście naturalne wydaje się, że nagrali świetną płytę. Ale że aż tak…
Na „Invisible Airships” trafiło pięć kompozycji, wszystkie dłuższe od tych, które zazwyczaj słyszymy w rozgłośniach radiowych, ale też nie na tyle długie, by Norwegowie pobili jakiś rekord (gdzie im do Japończyków Acid Mothers Temple!). Mimo to mamy pełne prawo uznać, że lubią tworzyć muzykę z rozmachem, o czym świadczy nie tylko długość trwania poszczególnych utworów, ale nade wszystko ich bogactwo aranżacyjne. Otwierający album „Bosphorus” zaczyna się z dłuuugiego wyciszenia. Na tyle długiego, że słuchacz ma pełne prawo zaniepokoić się, czy płyta przypadkiem nie jest wadliwa. Nie, nie jest – to świadomy zabieg muzyków. Kiedy już rozbrzmiewają pierwsze dźwięki, z miejsca budują nostalgiczny nastrój (głównie za sprawą gitar i syntezatorów) i nie zmienia tego – przynajmniej jeszcze przez jakiś czas – stopniowe pojawianie się kolejnych instrumentów. A pojawia się chociażby gitara hawajska – co zaskakujące, na „Invisible Airships” wpisywana, co raczej jest rzadkością, w kontekst rockowy.
Generalnie więcej tu rocka niż jazzu – i jest to uwaga dotycząca nie tylko „Bosphorus”, lecz całego wydawnictwa. Zresztą utwór ten pięknie ewoluuje – z czasem robi się najpierw krautrockowo-elektronicznie (w stylu wczesnego Tangerine Dream, Cluster bądź Harmonii), a następnie niemal heavymetalowo (vide gitara Maaruda), wreszcie jazzrockowo (tu z kolei kłania się gitara Horntvetha). I to w ciągu zaledwie dwunastu minut. Przy okazji na drugim i trzecim planie muzycy rozwijają wiele innych wątków, które barwnie ukwiecają ten muzyczny bukiet. W „Avenue Amgala” Lars i Gard – w roli, odpowiednio, basisty i perkusisty – poczynają sobie nadzwyczaj odważnie, z początku trochę kombinują z rytmem, ale kiedy wskakują już na właściwy, podkręcają dynamikę do granic wytrzymałości. Emocje łagodzi nieco gitara hawajska, ale i ona, o czym była mowa już wcześniej, pełni nieco odmienną od zazwyczaj powierzanej jej roli.
We „Fleet Ballistic Missile Submarine” na początek muzycy popuszczają wodze wyobraźni i improwizują, później jednak ponownie – powtarza się tym samym manewr z „Avenue Amgala” – na tle jednostajnego, transowego rytmu zabierają się za wprowadzanie słuchaczy w lekko depresyjny nastrój (wszelką odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi grający na syntezatorach Lars). Na szczęście trwa to niezbyt długo, a samobójcze myśli skutecznie rozwiewa bliska stylistyce metalowej partia gitary. Sześciominutowy (tym samym najkrótszy w całym zestawie) „The Eccentric” też potrafi nieźle zaskoczyć. Można nawet odnieść wrażenie, że to kompozycja, w której Norwegowie postanowili sobie najmocniej pofolgować i jednocześnie oddać „cesarzowi co cesarskie”. To znaczy Amund Maarud ciągnie w stronę bluesa, a Lars Horntveth i Gard Nilssen – w stronę fusion. Spotykają się gdzieś w połowie, by z wielką werwą po raz kolejny poimprowizować. Wszystkich godzą klawisze, które po hulankach i swawolach wprowadzają wielce pożądany spokój.
Zamykający album „Moon Palace” nie jest wprawdzie kompozycją najdłuższą, ale na pewno pozostawiającą po sobie największe wrażenie. Leniwy początek sprawia, że odnosi się wrażenie, iż niby nic się nie dzieje. Jakże to jednak jest mylące; wystarczy „spojrzeć” głębiej – na drugi plan – by przekonać się, że to „niby” jest jak najbardziej uzasadnione. Stopniowo zagęszcza się rytm i narasta moc, a dołączająca do pozostałych instrumentów zgrzytliwa gitara wieńczy dzieło – w tym momencie masa dźwięków jest już tak potężna, że łatwo o rozstrój nerwowy. Gdyby muzykom na tym właśnie zależało, jeszcze bardziej podkręciliby i tempo, i dynamikę. Ale przecież nie taki jest ich cel. Dlatego po kontrolowanym przesileniu powoli wyciszają emocje, a gitara serwuje ociekający smutkiem motyw. I kiedy wydaje się, że tak już będzie do samego końca – następuje finałowe uderzenie. Potężne. Między oczy. Słyszalne w ostatnich sekundach syntezatory wydają się tym samym anielskim śpiewem orszaku wiodącego duszę do Nieba.
Zbyt górnolotnie? Cóż, posłuchajcie „Invisible Airships”, a jestem pewien, że i Wam przyjdzie do głowy wiele nie mniej uwznioślonych myśli.
koniec
7 marca 2019
Skład:
Amund Maarud – gitara elektryczna
Lars Horntveth – gitara basowa, syntezatory, gitara elektryczna, gitara hawajska, wibrafon
Gard Nilssen – perkusja, gong, dzwonki

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Zorn na wiolonczelę solo
Sebastian Chosiński

21 I 2021

Jeśli wydaje Wam się, że omawiana w tym miejscu przed dwoma dniami płyta „Les Maudits” jest najdziwniejszą produkcją Johna Zorna, jaką opublikował on w ubiegłym roku – jesteście w błędzie. Cztery miesiące po „Przeklętych” światło dzienne ujrzał bowiem album „Azoth”, na którym Amerykanin zaprezentował cztery swoje freejazzowe kompozycje zaaranżowane na wiolonczelę solo, w duecie i trio.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Przeklęci, szaleni, dzicy…
Sebastian Chosiński

19 I 2021

Że John Zorn jest artystą bardzo wszechstronnym, jest wiedzą powszechną. Jego zainteresowania artystyczne rozpięte są pomiędzy ekstremalnym metalem i muzyką organową, free jazzem i fusion, klasyczną awangardą i muzyką konkretną. W każdym z tych gatunków Amerykanin porusza się z charakterystyczną dla siebie maestrią. Czego dowodzi wydany latem ubiegłego roku album zatytułowany z francuska „Les Maudits”, co można przetłumaczyć na polski jako… „Przeklęci”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Królewski Kong rusza na podbój świata
Sebastian Chosiński

14 I 2021

„Kong” to nie jest szczególnie gorąca nowość. Pierwotnie bowiem materiał ten ukazał się w październiku 2019 roku, tyle że jedynie na terenie Skandynawii. A że uznano go za wyjątkowo udany, niespełna rok później belgijska wytwórnia Outnote Records zdecydowała się wprowadzić album na rynek ogólnoświatowy. Dzięki temu szwedzki kwintet jazzowy Oddjob powinien pozyskać jeszcze szersze grono fanów.

więcej »

Polecamy

Na ulicach Babilonu gaz

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Na ulicach Babilonu gaz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Lament zniewolonego ludu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Perwersyjna poezja miłosna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Gruby cover
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Z sąsiedzkim pozdrowieniem
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Hardkorowa terapia
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ino wpierw ciulnę ją sztachelką
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ups… tak im wyszło
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Do góry, kangury!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Który miś dla której dziewczyny
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.