Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 14 listopada 2019
w Esensji w Esensjopedii

Nik Turner
‹The Final Frontier›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Final Frontier
Wykonawca / KompozytorNik Turner
Data wydania8 marca 2019
Wydawca Purple Pyramid
NośnikCD
Czas trwania45:11
Gatunekrock
EAN0889466119521
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Nik Turner, Nicky Garratt, Simon House, Jürgen Engler, Christopher Lietz, Kephera Moon, Bryce Shelton, Jason Willer, Adam Hamilton, Paul Rudolph
Utwory
CD1
1) Out of Control03:57
2) Interstellar Aliens05:13
3) Thunder Rider06:36
4) The Final Frontier, Part 105:15
5) Back to the Ship04:37
6) Calling the Egyptians05:09
7) Strange Loop08:34
8) The Final Frontier, Part 202:20
9) Pad403:29
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Kosmita na aktywnej emeryturze
[Nik Turner „The Final Frontier” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Krytycy muzyczni często zachwycają się kondycją muzyków The Rolling Stones bądź Paula McCartneya, którzy po ukończeniu siedemdziesiątki wciąż są aktywnymi artystami – wydają nowe płyty, nawet koncertują. Zapominają przy tym o kimś takim, jak Nik Turner. A tymczasem to właśnie były wokalista i saksofonista Hawkwind jest najstarszy z nich wszystkich. I właśnie opublikował kolejny niezły album spacerockowy – „The Final Frontier”.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Kosmita na aktywnej emeryturze
[Nik Turner „The Final Frontier” - recenzja]

Krytycy muzyczni często zachwycają się kondycją muzyków The Rolling Stones bądź Paula McCartneya, którzy po ukończeniu siedemdziesiątki wciąż są aktywnymi artystami – wydają nowe płyty, nawet koncertują. Zapominają przy tym o kimś takim, jak Nik Turner. A tymczasem to właśnie były wokalista i saksofonista Hawkwind jest najstarszy z nich wszystkich. I właśnie opublikował kolejny niezły album spacerockowy – „The Final Frontier”.

Nik Turner
‹The Final Frontier›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Final Frontier
Wykonawca / KompozytorNik Turner
Data wydania8 marca 2019
Wydawca Purple Pyramid
NośnikCD
Czas trwania45:11
Gatunekrock
EAN0889466119521
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Nik Turner, Nicky Garratt, Simon House, Jürgen Engler, Christopher Lietz, Kephera Moon, Bryce Shelton, Jason Willer, Adam Hamilton, Paul Rudolph
Utwory
CD1
1) Out of Control03:57
2) Interstellar Aliens05:13
3) Thunder Rider06:36
4) The Final Frontier, Part 105:15
5) Back to the Ship04:37
6) Calling the Egyptians05:09
7) Strange Loop08:34
8) The Final Frontier, Part 202:20
9) Pad403:29
Wyszukaj / Kup
Wszystkich obecnych członków The Rolling Stones i wspomnianego w zajawce współlidera The Beatles łączy fakt, że przyszli na świat w latach 40. ubiegłego wieku i że dotąd, dzięki Bogu, cieszą nas swoją muzyką. Ale warto wiedzieć, że wcale nie są najstarszymi „urzędującymi” rockmanami. Dorównują im, a nawet zostawiają w pokonanym polu artyści związani z kultową brytyjską formacją spacerockowo-psychodeliczną Hawkwind. Wokalista i gitarzysta Dave Brock (stojący na czele grupy nieprzerwanie od jej powstania pół wieku temu) urodził się w 1941 roku (tym samym, w którym przyszedł na świat najstarszy z obecnych Stonesów, to jest perkusista Charlie Watts), a jeszcze starszy od niego jest były wokalista, saksofonista i flecista tej formacji Nik (Nicholas) Turner, z którego narodzin rodzice ucieszyli się 26 sierpnia 1940 roku, czyli w dramatycznym momencie rozpoczęcia legendarnej powietrznej Bitwy o Anglię.
Turner był w 1969 roku współzałożycielem Hawkwind, z którym to zespołem w ciągu siedmiu kolejnych lat nagrał tak klasyczne płyty, jak „In Search of Space” (1971), „Doremi Fasol Latido” (1972), „Hall of the Mountain Grill” (1974) oraz „Warrior on the Edge of Time” (1975). Po opuszczeniu macierzystej formacji powołał do życia, starającą się łączyć wpływy space rocka ze zdobywającym wówczas coraz większą popularność punkiem, grupę Inner City Unit, która przetrwała do połowy lat 80 („Pass Out”, 1980; „The Maximum Effect”, 1981; „Punkadelic”, 1984; „Newanatomy”, 1985; „The President’s Tapes”, 1985). W tym samym czasie „wyczarował” także jednopłytowy projekt Sphynx („Xitintoday”, 1978) oraz na dwa lata powrócił do składu Hawkwind. Nie był to jednak najlepszy okres dla tej grupy, więc bez żalu rozstał się z nią ponownie. Na początku lat 90. rozpoczął natomiast trwającą do dzisiaj nadzwyczaj udaną karierę solową. Wydawał płyty pod własnym nazwiskiem, udzielał się gościnnie na albumach innych wykonawców, w XXI wieku dodatkowo związał się z takimi zespołami, jak Space Ritual i Space Mirrors. I ciągle nie było mu dość.
Kolejne wydawnictwa solowe Nika Turnera oscylowały wokół tej samej tematyki co niegdyś Hawkwind, aczkolwiek od pewnego momentu bez reszty wciągnęły go opowieści science fiction – kosmiczne podróże, eksploracje nowych światów, spotkania z obcymi cywilizacjami. Zbiegło się to z podpisaniem kontraktu płytowego z niezależną amerykańską wytwórnią Purple Pyramid (z Marina del Rey w pobliżu Los Angeles), która wydała właśnie kolejną jego płytę długogrającą. Tym sposobem psychodeliczna space opera Turnera rozwinęła się do rozmiarów tetralogii. Zaczęło się od „Space Gypsy” (2013), potem w dwuletnich odstępach ukazały się „Space Fusion Odyssey” (2015) i „Life in Space” (2017), a teraz jeszcze „The Final Frontier”, która światło dzienne ujrzała 8 marca 2019 roku. Łączą te wydawnictwa nie tylko obecne w tekstach wątki kosmicznych podróży, ale także utrzymane w odpowiedniej stylistyce okładki oraz skład grupy wspierającej Turnera.
Nie na każdej płycie był on identyczny, zwłaszcza na początku ewoluował, lecz w przypadku „Life in Space” i „The Final Frontier” okazał się już tożsamy. A kogo Nik dobrał sobie do współpracy? Najważniejszymi osobami są skrzypek Simon House (High Tide, Third Ear Band), z którym Turner grał pomiędzy 1973 a 1976 rokiem w Hawkwind, oraz gitarzysta Nicky Garratt, przez wiele lat będący podporą punkowego U.K. Subs. Staż w tej samej grupie, ale znacznie krócej i w czasach niemal nam współczesnych, odbył także perkusista Jason Willer. Dwóch kolejnych instrumentalistów – klawiszowców Jürgena Englera (dodatkowo grającego na gitarach) oraz Christophera Lietza – Anglik „pożyczył” z niemieckiej industrialno-metalowej formacji Die Krupps (Engler przewodzi jej do tej pory). Ale to jeszcze nie koniec; zaciąg amerykański reprezentują natomiast basista Bryce Shelton oraz grająca na instrumentach klawiszowych Kephera Moon.
Można się trochę dziwić, jak niemal osiemdziesięcioletniemu artyście udało się zebrać tylu współpracowników z niemal całego świata. Wbrew pozorom, nie było to wcale takie trudne. Przeciwnie, Turner sięgnął niemal po gotowe, większość z nich bowiem już wcześniej tworzyła dwie progresywne grupy – nowe wcielenie klasycznego Brainticket (Garratt, Moon, Shelton, Willer) oraz Hedersleben (ci sami plus Engler i Lietz). Odpadała więc konieczność szukania wspólnego języka, zgrywania się itp., itd. – wystarczyło podążyć za wyraźnie zarysowaną wizją lidera. Na „The Final Frontier” trafiło dziewięć kompozycji; wyszły one praktycznie spod ręki wszystkich muzyków, choć w różnych konfiguracjach. W dwóch utworach pojawili się goście: perkusista Adam Hamilton zagrał w „Interstellar Aliens”, natomiast gitarę Paula Rudolpha (w latach 1975-1977 grającego w Hawkwind, a jeszcze wcześniej w zaliczanych do nurtu „brytyjskiej inwazji” Pink Fairies i The Deviants) słychać w „The Final Frontier, Part 1”.
Album (opublikowany jednocześnie w wersji kompaktowej i winylowej) otwiera dynamiczny i przebojowy „Out of Control”. Od pierwszych sekund uwagę przykuwa charakterystyczny psychodeliczno-hardrockowy riff gitary; w tle natomiast rozbrzmiewają klawisze, a potem jeszcze dochodzą przetworzone elektronicznie głos i saksofon Turnera. Nik nigdy nie był wyśmienitym wokalistą; tym bardziej z wiekiem nie poprawił swoich umiejętności w tej dziedzinie. Znalazł jednak z tej słabości satysfakcjonujące chyba wszystkich – i słuchaczy, i samego artystę – wyjście: częściej deklamuje swoje teksty, a kiedy musi zaśpiewać, posiłkuje się efektami elektronicznymi. Co wcale nie wypada sztucznie. Ba! wpisuje się wręcz w fantastycznonaukową konwencję kolejnych jego wydawnictw. Z czasem „Out of Control” nabiera jeszcze mocy, kipiąc wręcz punkową energią (ewidentnie przysłużyli się temu Nicky Garratt i Jason Willer). Choć spacerockowa forma zostaje konsekwentnie zachowana do samego finału.
Po tak czadowym otwarciu nastrojowe „Interstellar Aliens” wydaje się balsamem na sponiewierane uszy. Tym bardziej że to utwór (autorstwa Turnera i znanego z Archive perkusisty Steve’a Barnarda) urzekający pięknem i smutkiem. Z wzruszającą partią skrzypiec Simona House’a oraz wszechobecnymi „kosmicznymi” syntezatorami, pogłębiającymi jeszcze wrażenie odrealnienia. Zamknąwszy oczy, można poczuć się jak samotny astronauta przemierzający Wszechświat i tęskniący za kontaktem z jakąkolwiek formą życia. W podobnym nastroju utrzymany jest „Thunder Rider”, w którym monolog Nika pojawia się na tle wybijających się przed klawisze fletu i skrzypiec. Do połowy utworu zespół skupia się na budowaniu klimatu, a potem… uderza z potężną siłą, zamieniając tę do tego momentu dość rzewną kompozycję w prawdziwie spacerockowy wymiatacz. „The Final Frontier, Part 1” zaskakuje z kolei delikatnym etnicznym wstępem (vide bębenki, skrzypce, gitara akustyczna i żeńska wokaliza, prawdopodobnie „wyczarowana” przy użyciu syntezatorów); dopiero z czasem rozkręca się, dając możliwość zbudowania wokół motorycznego pochodu sekcji rytmicznej dialogu saksofonu i skrzypiec.
W „Back to the Ship” zespół zwalnia tempo, dając tym samym liderowi możliwość wygłoszenia kolejnego monologu. Dopiero gdy Turner milknie, faktura utworu zagęszcza się, pojawiają się kolejne instrumenty (saksofon, gitara akustyczna), ale nastrój pozostaje wciąż taki sam. Miłym urozmaiceniem okazuje się „Calling the Egyptians”, znaczony nade wszystko „powłóczystymi” dźwiękami syntezatorów i rozbudowaną partią podrasowanego elektronicznie saksofonu. „Strange Loop” jest kompozycją najdłuższą (ponad ośmiominutową), pod którą jako autor podpisał się tylko jeden muzyk – Nicky Garratt. Monotonne tło w niczym jednak nie przeszkadza ani nie razi, ponieważ jeśli wsłuchać się dokładniej, można z niego wyłowić mnóstwo dźwięków, co świadczy o tym, że aranżer wykonał tu znakomitą pracę. Swoje dorzucił jeszcze Turner, idealnie wpisując się ze swoją melodeklamacją w nostalgiczny klimat utworu. Do samego końca zresztą zespół nie zmienia koncepcji. Zarówno „The Final Frontier, Part 2”, jak i zamykający całość „Pad4” skupiają się eksponowaniu instrumentów odpowiedzialnych za budowanie atmosfery, czyli skrzypiec, fletu i syntezatorów. Wszystko po to, by dotarłszy do finału, słuchacz poczuł delikatne drżenie serca i z namysłem wyjrzał przez okno w gwiazdy.
Ile jeszcze płyt nagra Nik Turner? Oby zdrowie i ogólna kondycja pozwoliły mu na jak najwięcej. Jak na razie musi czuć się nieźle, skoro do końca kwietnia ma zaplanowanych kilka koncertów – z różnymi składami – w Stanach Zjednoczonych i ojczystej Anglii. Byłoby fajnie, gdyby kiedyś zahaczył także o Polskę.
koniec
14 marca 2019
Skład:
Nik Turner – śpiew, monologi, saksofon, flet
Nicky Garratt – gitara elektryczna, gitara akustyczna
Simon House – skrzypce
Jürgen Engler – syntezatory, gitara basowa, gitara elektryczna
Christopher Lietz – instrumenty klawiszowe
Kephera Moon – instrumenty klawiszowe
Bryce Shelton – gitara basowa
Jason Willer – perkusja
Gościnnie:
Adam Hamilton – perkusja (2)
Paul Rudolph – gitara elektryczna (4)

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Bóg błogosławi, ale na śmierć przyzwala
Sebastian Chosiński

12 XI 2019

Od wydania tego albumu minęło już niemal dziesięć miesięcy. Dlaczego więc postanowiłem napisać o nim dopiero teraz? Głównie z tego powodu, że w 2019 roku japoński postrockowy kwartet Mono obchodzi dwudziestolecie swego istnienia, co postanowił uczcić również innymi płytami. Żeby to wydawnicze wzmożenie usystematyzować – na początek parę słów na temat „Nowhere Now Here”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Grając w klasy z obywatelem Kane’em
Sebastian Chosiński

7 XI 2019

Po dwóch latach przerwy prowadzona przez saksofonistę Kena Vandermarka międzynarodowa supergrupa Made to Break wydała kolejny, dziewiąty już, album. Tym razem z nagraniami studyjnymi, które jednak z jakiegoś powodu musiały czekać na publikację od listopada 2017 roku. Czy dlatego, że były rozczarowujące? Nic z tego. „F4 Fake” to solidna porcja awangardowego jazzu.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Depresja kontrolowana
Sebastian Chosiński

5 XI 2019

Każdy z nich ma już ugruntowaną pozycję na polskiej scenie jazzowej. Za sobą mnóstwo projektów, które spotkały się z uznaniem fanów i krytyków. W tej konstelacji jednak pojawiają się po raz pierwszy. I aby nie ostatni, ponieważ album „North Meridian” – sygnowany przez Mikołaja Trzaskę, Jacka Mazurkiewicza i Pawła Szpurę – to jedno z najciekawszych rodzimych wydawnictw powoli zbliżającego się do końca roku.

więcej »

Polecamy

Na ulicach Babilonu gaz

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Na ulicach Babilonu gaz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Lament zniewolonego ludu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Perwersyjna poezja miłosna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Gruby cover
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Z sąsiedzkim pozdrowieniem
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Hardkorowa terapia
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ino wpierw ciulnę ją sztachelką
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ups… tak im wyszło
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Do góry, kangury!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Który miś dla której dziewczyny
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.