Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 5 lipca 2020
w Esensji w Esensjopedii

The Burning Brain Band

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Burning Brain Band
Wykonawca / KompozytorThe Burning Brain Band
Data wydania16 marca 2020
NośnikCD
Czas trwania38:07
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Launch Sequence07:30
2) Brain Food04:14
3) Bolero / Floating Away08:02
4) Interlude [Still Running]04:10
5) The Dreamer08:16
6) Parchman Farm05:56
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Kopernik jak antyczne bóstwo
[The Burning Brain Band „The Burning Brain Band” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Kiedy z okładki płyty patrzy na Ciebie stylizowany na antycznego boga Mikołaj Kopernik, nie sposób przejść obojętnie obok takiego wydawnictwa. Zwłaszcza jeżeli album nagrała formacja pochodząca nie znad Wisły, ale ze Stanów Zjednoczonych. A tak jest w przypadku grupy The Burning Brain Band, która w połowie marca rozpoczęła swą artystyczną drogę do wieczności.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Kopernik jak antyczne bóstwo
[The Burning Brain Band „The Burning Brain Band” - recenzja]

Kiedy z okładki płyty patrzy na Ciebie stylizowany na antycznego boga Mikołaj Kopernik, nie sposób przejść obojętnie obok takiego wydawnictwa. Zwłaszcza jeżeli album nagrała formacja pochodząca nie znad Wisły, ale ze Stanów Zjednoczonych. A tak jest w przypadku grupy The Burning Brain Band, która w połowie marca rozpoczęła swą artystyczną drogę do wieczności.

The Burning Brain Band

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Burning Brain Band
Wykonawca / KompozytorThe Burning Brain Band
Data wydania16 marca 2020
NośnikCD
Czas trwania38:07
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Launch Sequence07:30
2) Brain Food04:14
3) Bolero / Floating Away08:02
4) Interlude [Still Running]04:10
5) The Dreamer08:16
6) Parchman Farm05:56
Wyszukaj / Kup
Wbrew pozorom, tworzący zespół muzycy nie są jednak wcale debiutantami, aczkolwiek, jak do tej pory, wielkiej popularności nie udało im się zdobyć. Poruszają się na obrzeżach amerykańskiej sceny niezależnej, mając zapewne nadzieje, że kiedyś karta się odwróci i stanie się o nich głośno. Ale jeszcze nie teraz – i nie dlatego, że płyta, jaką nagrali na to nie zasługuje (jest dokładnie na odwrót!), lecz z powodu pandemii koronawirusa, która zamroziła życie artystyczno-koncertowe na całym świecie. A bez odpowiedniej promocji, popartej występami na żywo, trudno myśleć o podboju rockowego świata. Pochodzący z Ohio – częściowo ze stolicy stanu Columbus, częściowo z Athens – muzycy rozpoczęli intensywną działalność w 2014 roku, powołując do życia trio Druid. Znaleźli się w nim gitarzysta Kaleb Shaffner, basista Max(imilian) Schmitz oraz perkusista Adam Mayhall; z czasem dołączył jeszcze, udzielający się wcześniej jako dźwiękowiec i realizator w studiu nagraniowym, klawiszowiec Greg Ornella.
Mówiąc o swoich inspiracjach Amerykanie wymieniali wówczas – i do dzisiaj to się nie zmieniło – takich klasycznych wykonawców z lat 60. i 70. ubiegłego wieku, jak Led Zeppelin, Black Sabbath, Hawkwind, Pink Floyd, Cream, The Doors, Jimi Hendrix, Blue Cheer, z późniejszych natomiast między innymi – Motorhead i Mastodon. A co narodziło się w ich głowach z tak rozległych i różnorodnych wpływów? Specyficzna mieszanka doom metalu z psychodelią i rockiem progresywnym. Na kolejnych wydawnictwach muzycy cyzelowali styl, rozwijali umiejętności podczas licznych koncertów, ale… upragniona sława nie nadchodziła. Kolejne płyty musieli wydawać własnymi siłami. A trochę się ich zebrało: od debiutanckiego „Druid” (2015), poprzez półgodzinne „Paper Squares” (2015), aż po „Odysseus” (2016) i pożegnalne „The Seven Scrolls” (2018). A po drodze były jeszcze koncertowe „Live, Vol. 1” (2016) oraz „Live, Vol. 2” (2017)…
I co? I nic! Żadnego kontraktu…
Czy zatem można się dziwić, że artyści z Ohio postanowili dokonać restartu i zacząć wszystko od nowa? Porzucić nazwę, jaka, być może, przynosiła im pecha – trzeba przyznać, że najszczęśliwsza i najbardziej oryginalna nie była! – i przyjąć nowy szyld, który przykuwałby uwagę, jeszcze zanim potencjalny słuchacz postanowił zapoznać się z muzyką. To jak najbardziej zrozumiałe. W efekcie w 2019 roku umarł Druid, narodził się natomiast The Burning Brain Band. Skąd ta nazwa? Całkiem możliwe, że została pożyczona od grupy Tangerine Dream, która na swoim debiutanckim, awangardowo-krautrockowym albumie „Electronic Meditation” z 1970 roku zamieściła kompozycję zatytułowaną „Journey Through A Burning Brain” (po niemiecku brzmiało to następująco: „Reise durch ein brennendes Gehirn”). Skład grupy nie uległ zmianie, chociaż nastąpiły pewne przetasowania dotyczące instrumentów: Ornella porzucił klawisze (na rzecz Shaffnera), a sam przerzucił się na gitarę rytmiczną. To nie oznacza oczywiście, że Khaleb zrezygnował z roli gitarzysty solowego, po prostu w studiu postanowił pójść na całego.
Nagrania nowego materiału ciągnęły się od lutego do października ubiegłego roku. Muzycy skorzystali w tym czasie z trzech studiów – w rodzinnym Athens i w Nashville, czyli amerykańskiej stolicy country. Płytę ponownie wydali własnym sumptem. Tym razem jednak zainwestowali w okładkę, która powinna przykuć uwagę. Okładkę, na której widnieje podobizna… Mikołaja Kopernika (wykonana w 1973 roku). Jej autorem jest nieżyjący już rzeźbiarz, malarz, rysownik i teoretyk sztuki polskiego pochodzenia Stanisław Szukalski (1893-1987). To niezwykle ciekawa postać – człowiek, który do drugiej wojny światowej dzielił swoje życie artystyczne i osobiste między Polskę i USA, dokąd po raz pierwszy udał się w 1913 roku. Ostatecznie opuścił kraj i nigdy już do niego nie wrócił po kampanii wrześniowej, wyjeżdżając z ojczyzny – jako obywatel amerykański – z pracownikami ambasady Stanów Zjednoczonych. W ostatnich latach życia interesowała go historia, ale bardzo specyficznie pojmowana. Między innymi stworzył „turbosłowiańską” teorię zermatyzmu, według której starożytni przodkowie Polaków mieli swoją kolebkę na Wyspie Wielkanocnej.
Patrząc na okładkę albumu „The Burning Brain Band” i analizując szczegóły podobizny Mikołaja Kopernika, dostrzeżemy antyczne inklinacje autora, ale również znajdujący się poniżej piersi słynnego astronoma symbol Toporła, wykorzystywany przez liczne w okresie międzywojennym (i odradzające się po 1989 roku) organizacje nacjonalistyczne i antysemickie o charakterze neopogańskim (jak na przykład Zadruga). Ciekawe czy amerykańscy rockmani zdawali sobie z tego sprawę? Bo raczej trudno ich podejrzewać o podobne polityczne i rasowe sympatie bądź antypatie… Na wydany w połowie marca krążek „The Burning Brain Band” trafiło sześć kompozycji, które zamknęły się w trzydziestu ośmiu minutach. Mamy więc do czynienia z wydawnictwem, które także jeśli chodzi o czas trwania nawiązuje do lat 70. XX wieku. Nie jest więc, jak na dzisiejsze standardy, długie, ale za to niezwykle zróżnicowane. Można by nawet odnieść wrażenie, że mamy tu do czynienia z trzema różnymi formacjami.
Płytę otwiera utwór „Launch Sequence”, którego dwuminutowa introdukcja potrafi – jak pół wieku temu cały debiutancki album Tangerine Dream (z Klausem Schulzem na perkusji) – doprowadzić do zagotowania mózgu. Na szczęście później formacja z Ohio rozpoczyna nowy, nieco bardziej stonowany, hipnotyczno-psychodeliczny wątek (z leniwie snującą się perkusją i przesterowanym basem). Z czasem i on nabiera mocy, ale tym razem – głównie dzięki syntezatorom Shaffnera – zespół zmierza w stronę space-rocka. Ta kosmiczna podróż kończy się zaś prawdziwie szaloną improwizacją. Drugi w kolejności „Brain Food” można uznać za kontynuację poprzednika, chociaż stylistycznie więcej tu heavy metalu i stoneru. Do tego dochodzi śpiew Khaleba i jego bardzo luzackie, ale przy tym mocarne solo na gitarze. Całkiem możliwe, że kompozycja ta powstała z myślą o rozgłośniach radiowych i promocji albumu. W każdym razie idealnie się do tego nadaje – jest odpowiednio melodyjna i wpadająca w ucho, ale jednocześnie wciąż na tyle energetyczna, aby nie zrazić ortodoksyjnych wielbicieli rocka (których i tak niespełna dziesięć minut później czeka spore zaskoczenie).
Dotarłszy do „Bolero / Floating Away”, warto przygotować się na szczególne emocje. Nawiązujący do muzyki klasycznej tytuł do czegoś w końcu zobowiązuje. I chociaż nie jest to wcale najdłuższy numer na płycie, bez obaw o przesadę można go określić jako jej opus magnum. To jedno z tych dzieł, dzięki którym przechodzi się do historii. Oczywiście jeżeli wcześniej ma się tyle szczęścia, że ktoś zwróci na nie uwagę i pozwoli milionom słuchaczy dowiedzieć się o jego istnieniu. W tym przypadku mamy do czynienia z majestatycznym, potężnie brzmiącym przykładem idealnego wręcz amalgamatu dziewiętnastowiecznej klasyki z progresem, psychodelią i space-rockiem sprzed pięciu dekad. Nastrojowy śpiew, monumentalna partia gitary, zniewalająca sekcja rytmiczna i niepokojące klawisze – wszystko to przydaje tej kompozycji niezwykły magnetyzm. Nie sposób się od niej oderwać. Na pewno nie po jednym przesłuchaniu! Choć przebudzenie w postaci „Interlude (Still Running)” może być bolesne.
I nie chodzi tylko o to, że nagle przeskakujemy w lata 80. – sęk w tym, że zespół w ułamku sekundy rezygnuje ze swoich rockowych atrybutów i za sprawą syntezatorów (czyli jest to sprawka Kaleba Shaffnera) raczy nas synthwave’em przechodzącym w fazie finałowej w pierwociny techno. Na szczęście „The Dreamer” cofa nas w poprzednią dekadę, ale o powrocie do zadziorności „Launch Sequence” czy patetyczności „Bolero / Floating Away” nie ma mowy. „Marzyciel” jest bowiem piękną psychodeliczno-folkową balladą (z wybijającymi się na plan pierwszy mandoliną i gitarą akustyczną), jaką mogłaby nagrać któraś z klasycznych grup z Zachodniego Wybrzeża, typu Jefferson Airplane czy Quicksilver Messenger Service. Dopiero w zamykającym całość „Parchman Farm” The Burning Brain Band powraca do korzeni. Chociaż i tutaj pozwala sobie na przetarcie kolejnej nieco zakurzonej ścieżki. Gdyby ktoś szukał analogii, znajdzie je w dokonaniach Jimiego Hendrixa i Led Zeppelin, czyli mniej więcej równo wyważone, jeśli chodzi o proporcje, wpływy bluesa i hard rocka. Podsumowując: formacja Kaleba Shaffnera może przysporzyć nam jeszcze wiele radości, ale najpierw musiałaby nieco powściągnąć swoją wyobraźnię i popracować nad własnym stylem.
koniec
28 maja 2020
Skład:
Kaleb Shaffner – śpiew, gitara solowa, gitara hawajska, gitara akustyczna, mandolina, perkusja, instrumenty perkusyjne, syntezatory, dzwonki
Greg Ornella – gitara rytmiczna, gitara dwunastostrunowa, chórki
Maximilian Schmitz – gitara basowa, fuzz bass, chórki
Adam Mayhall – perkusja

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Gdy cisza krzyczy…
Sebastian Chosiński

2 VII 2020

Szwedzki saksofonista Martin Küchen znakomicie czuje się zarówno w składach rozbudowanych, jak i kameralnych. Stąd zapewne bierze się dbałość o karierę Trespass Trio, ale też powroty do współpracy z formacją Landæus Trio, na czele której stoi pianista Mathias Landæus. W tym roku ukazała się ich trzecia wspólna płyta – krążek „Mind the Gap of Silence”.

więcej »

Muzyka czasów pandemii
Sebastian Chosiński

30 VI 2020

Z powodu pandemii koronawirusa, która spowodowała zamrożenie branży koncertowej, artyści starają się w ostatnich miesiącach przenosić swoją działalność do sieci. Tam organizują swoje występy, nawet festiwale. Inni wykorzystują ten czas do pracy nad nowymi projektami. Jak chociażby Mariusz Duda, który wszedł do studia, aby nagrać nowy materiał Lunatic Soul, a przy okazji zarejestrował także, nieplanowaną wcześniej, płytę solową – „Lockdown Spaces”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Z niewielką pomocą legendarnego przyjaciela
Sebastian Chosiński

25 VI 2020

Cztery dni po premierze studyjnego albumu „Heaven’s Gate” zespół Hawklords dał koncert w mieście Chester. Występ ten został zarejestrowany i siedem miesięcy później wzbogacił koncertową dyskografię formacji prowadzonej przez Harveya Bainbridge’a. Z tą jednak zasadniczą różnicą, że na „Alive in Concert”… zabrakło lidera; jako gość specjalny pojawił się natomiast Nik Turner, współtwórca legendarnego Hawkwind.

więcej »

Polecamy

Na ulicach Babilonu gaz

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Na ulicach Babilonu gaz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Lament zniewolonego ludu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Perwersyjna poezja miłosna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Gruby cover
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Z sąsiedzkim pozdrowieniem
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Hardkorowa terapia
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ino wpierw ciulnę ją sztachelką
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ups… tak im wyszło
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Do góry, kangury!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Który miś dla której dziewczyny
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.