Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 1 sierpnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Jaga Jazzist
‹Pyramid›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPyramid
Wykonawca / KompozytorJaga Jazzist
Data wydania7 sierpnia 2020
Wydawca Brainfeeder
NośnikCD
Czas trwania39:11
Gatunekelektronika, jazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Tomita13:47
2) Spiral Era08:09
3) The Shrine09:06
4) Apex08:09
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Kwitnąca wiśnia Czarnego Lądu
[Jaga Jazzist „Pyramid” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Zapomnieliście już o tym zespole? No to Wam się przypomniał! Po pięciu latach milczenia oktet Jaga Jazzist postanowił oddać w ręce swoich fanów kolejny album będący idealnym mariażem jazzu, rocka i elektroniki (spod znaku ambientu). Jeśli nie są Wam straszne podobne stylistyczne łamańce, będziecie „Pyramid” zachwyceni. Jeżeli jednak obawiacie się tak szalonej mieszanki – porzućcie wszelkie obawy!

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Kwitnąca wiśnia Czarnego Lądu
[Jaga Jazzist „Pyramid” - recenzja]

Zapomnieliście już o tym zespole? No to Wam się przypomniał! Po pięciu latach milczenia oktet Jaga Jazzist postanowił oddać w ręce swoich fanów kolejny album będący idealnym mariażem jazzu, rocka i elektroniki (spod znaku ambientu). Jeśli nie są Wam straszne podobne stylistyczne łamańce, będziecie „Pyramid” zachwyceni. Jeżeli jednak obawiacie się tak szalonej mieszanki – porzućcie wszelkie obawy!

Jaga Jazzist
‹Pyramid›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPyramid
Wykonawca / KompozytorJaga Jazzist
Data wydania7 sierpnia 2020
Wydawca Brainfeeder
NośnikCD
Czas trwania39:11
Gatunekelektronika, jazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Tomita13:47
2) Spiral Era08:09
3) The Shrine09:06
4) Apex08:09
Wyszukaj / Kup
Norwegowie z Jaga Jazzist nie zaliczają się do artystów, którzy rozpieszczają swoich wielbicieli. Chociaż wciąż pozostają aktywni, to jednak z biegiem czasu przerwy pomiędzy publikacjami kolejnych albumów stawały się coraz bardziej rozciągnięte w czasie. Ot, chociażby pomiędzy wydaniem „The Stix” (2002) a „What We Must” (2005) minęły trzy lata, ale już na płytę „One-Armed Bandit” (2009) musieliśmy czekać o rok dłużej. Potem, nie licząc koncertowego krążka „Jaga Jazzist Live with Britten Sinfonia” (2013), wypatrywanie „Starfire” (2015) zajęło sześć lat. w tym kontekście fakt, że „Pyramid”, ósma studyjna, wliczając w to wydany własnym sumptem promocyjny „Airborne” (2000), publikacja Skandynawów ukazała się po pięciu latach milczenia, należy uznać za błogosławieństwo. A tak na poważnie: świetnie się stało, że liderującemu Jaga Jazzist multiinstrumentaliście Larsowi Horntvethowi (znanemu również z Amgala Temple) udało się w końcu zebrać całą ekipę w studiu i nagrać zupełnie nowy materiał.
W porównaniu ze „Starfire” skład zespołu nie uległ zmianie, co akurat dobrze wróżyło najnowszej płycie. Obok Larsa wciąż więc wiernie stoją jego siostra Line (grająca na dęciakach) i brat Martin (perkusista) oraz pozostałe grono wypróbowanych przyjaciół, czyli gitarzysta Marcus Forsgren, puzonista Erik Johannessen, klawiszowiec Øystein Moen, wibrafonista Andreas Mjøs i basista Even Ormestad. Ta krótka wyliczanka muzyków i przypisanych im instrumentów nie daje jednak pełnego obrazu bogactwa dźwiękowego i aranżacyjnego; w tym celu najlepiej zerknąć na – zamieszczaną pod tekstem recenzji – dokładną rozpiskę tego, kto na czym grał. Dopiero wtedy można zdać sobie sprawę, jak wytrawną ucztę – zresztą po raz kolejny – przygotowali Norwegowie. Kilka wcześniejszych płyt Jaga Jazzist ukazało się nakładem renomowanej wytwórni Ninja Tune, tym razem Skandynawowie dogadali się z niezależną kalifornijską (rodem z Los Angeles) firmą Brainfeeder, która korzysta z usług Ninja Tune przy dystrybucji swych wydawnictw w Europie.
Na „Pyramid” trafiły zaledwie cztery, ale za to rozbudowane (to już tradycja zespołu), kompozycje. Na pierwszy ogień muzycy rzucili prawie czternastominutowy utwór zatytułowany „Tomita”. I jest to tytuł jak najbardziej znaczący; numer ten stanowi bowiem hołd złożony japońskiemu klasykowi rocka elektronicznego Isao Tomicie (1932-2016). Nic zatem dziwnego, że dominują w nim instrumenty klawiszowe, głównie syntezatory (na nich zagrał też gość specjalny grupy David Wallumrød). Na początek wybrzmiewa jednak nastrojowy… saksofon. Dopiero później stopniowo tło zaczynają wypełniać klawisze, aczkolwiek przez następnych kilka minut wciąż muszą one ustępować miejsca na pierwszym planie dęciakom. W drugiej części kompozycji wybijają się natomiast gitary – elektryczne (patrz: Lars i Marcus) i basowa (Even), która wchodzi z perkusją (Martin) w tak bliską i emocjonalną relację, że robi się niezwykle transowo i psychodelicznie.
Kolejny nowy wątek sprawia wreszcie, że całość biorą w swoje panowanie symfonicznie brzmiące syntezatory (wspomagane przez instrumenty dęte i słyszalny w tle subtelny wibrafon). Im bliżej końca, z tym większym rozmachem grają muzycy, a coraz bardziej powłóczyste dźwięki zbliżają stylistycznie zespół do klasycznego rocka progresywnego. Początek płyty wypada więc ekscytująco. Na tyle, by zacierać ręce na myśl o tym, co będzie czekać nas dalej. W „Spiral Era” oktet zmienia jednak nieco optykę, jeszcze mocniej zagłębiając się w świat elektroniki z lat 80. ubiegłego wieku. Tu już wyraźnie słyszalne są nie tylko inspiracje Tomitą, ale w jeszcze większym stopniu takimi tuzami „szkoły berlińskiej”, jak Tangerine Dream czy Klaus Schulze. Ten nastrój dopiero w końcówce zostaje przełamany nieco radośniejszymi funkującymi wstawkami sekcji rytmicznej. Jakby Even Ormestad i Martin Horntveth chcieli przygotować słuchaczy do tego, co czeka ich w „The Shrine”. Ten utwór to też hołd, ale dla zupełnie innego niż Tomita twórcy – dla nigeryjskiego kompozytora, multiinstrumentalisty i działacza na rzecz praw człowieka Feli Kutiego (1938-1997).
W 1970 roku Fela Kuti – już wtedy będący na Czarnym Lądzie człowiekiem-instytucją – założył w mieście Ikeja (w południowo-zachodniej części Nigerii) centrum rozrywki i kultury, które nazwał Africa Shrine. Niestety, przestało ono istnieć po siedmiu latach w wyniku katastrofalnego w skutkach pożaru. Po śmierci artysty odbudowali je jego krewni: syn Femi i córka Omoyeni. Najważniejszą imprezą odbywającą się w New Africa Shrine jest, odbywający się od 1998 roku, festiwal Felabration, poświęcony Feli Kutiemu, uważanemu za jednego z ojców chrzestnych afrobeatu. W „The Shrine” Norwegowie korzystają więc pełnymi garściami z dorobku afrykańskiej world music. Tej narracji podporządkowują się wszyscy muzycy: najwięcej do powiedzenia mają oczywiście członkowie sekcji dętej (Lars, Line i Erik) oraz rytmicznej (Martin i Martin), ale także syntezatory zostają zaprogramowane w taki sposób, aby brzmiały jak dęciaki. W efekcie robi się bardzo tanecznie i pulsacyjnie, nogi zaś same rwą się do pląsów.
Całość zamyka ośmiominutowy „Apex”, który zabiera słuchaczy do jeszcze innego muzycznego świata. Tym razem jest to świat przyjazny przede wszystkim wielbicielom elektroniki: ambientu, a nawet – tak, to nie żart – techno. Ale techno podanemu w przystępnej, chciałoby się wręcz rzec, że finezyjnej i szlachetnej formie. Tym wartościowszej, że rytm napędza „żywa” perkusja, a smaku przydają dźwięki gitary elektrycznej… Czekaliśmy na nową produkcję Jaga Jazzist pięć lat. Jedni pewnie się już bardzo niecierpliwi, inni może nawet stracili nadzieję na to, że jeszcze kiedyś usłyszą zespół w akcji. Teraz, kiedy już możemy raczyć się albumem „Pyramid”, spada nam kamień z serca, bo okazuje się, że warto było czekać, niecierpliwie wypatrywać, modlić się jak o deszcz na pustyni. Ta specyficzna mieszanka stylów wcale bowiem nie wypada eklektycznie. Ktoś kiedyś przylepił Norwegom łatkę „future jazz” i chociaż niekoniecznie mają oni dużo wspólnego z jazzem (choć się od niego nie odżegnują), to ciągle są bardzo „future”. Jeżeli tak ma wyglądać muzyka przyszłości – super, proszę o więcej!
koniec
13 sierpnia 2020
Skład:
Lars Horntveth – gitara elektryczna, gitara hawajska, klarnety, saksofony, syntezatory, fortepian, programowanie, wibrafon
Marcus Forsgren – gitara elektryczna, chórki
Line Horntveth – tuba, tuba tenorowa (eufonium), róg altowy, flet, chórki
Erik Johannessen – puzon, chórki
Øystein Moen – syntezatory, klawinet, organy Hammonda
Andreas Mjøs – wibrafon
Even Ormestad – gitara basowa
Martin Horntveth – perkusja, instrumenty perkusyjne, programowanie

gościnnie:
David Wallumrød – syntezatory (1)

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Pierwsze wyjście z mroku
Sebastian Chosiński

29 VII 2021

Jest ich czworo. Kobieta i trzech mężczyzn. Każde ma na koncie już spore zasługi dla polskiego rocka, można więc określić ich mianem supergrupy. Nazwali się That’s How I Fight, a swój pierwszy album zatytułowali – adekwatnie do sytuacji – „Movement One”. Najbardziej zadowoleni z niego będą wielbiciele post-rocka, chociaż nie tylko oni powinni sięgnąć po to wydawnictwo.

więcej »

Milian od Bacha do Skaldów
Sebastian Chosiński

27 VII 2021

Chociaż zmarł kilka lat temu, to w pamięci – nie tylko polskich – wielbicieli jazzu wciąż żyje. I pewnie żyć będzie do końca świata. A przysłużą się temu również takie wydawnictwa, jak „Good Vibes of Milian” Septetu Bernarda Maselego. Jeśli zaliczacie się do fanów wibrafonisty Jerzego Miliana, ta płyta będzie prawdziwym balsamem na Wasze uszy.

więcej »

Krótko o muzyce: Krůk Krukowi oka nie wykole
Sebastian Chosiński

22 VII 2021

Do niedawna jeszcze na polskiej scenie muzycznej nazwa Kruk kojarzyła się przede wszystkim z zespołem grającym melodyjny hard rock. Trzy lata temu jednak na scenę odważnie wkroczyła warszawska grupa… Krůk, której twórczość zahacza o folk i rockową alternatywę. Świadczy o tym jej ubiegłoroczny pełnowymiarowy debiut – „Nibykwiaty”.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Z tego cyklu

Pierwsze wyjście z mroku
— Sebastian Chosiński

Do tańca, nie do różańca
— Sebastian Chosiński

Radość zawsze kończy się smutkiem
— Sebastian Chosiński

Z odległej planety Umeå
— Sebastian Chosiński

Skandynawski walec na „Brzuchatym Wzgórzu”
— Sebastian Chosiński

Eklektycznie… elektrycznie… magicznie…
— Sebastian Chosiński

Improwizowana psychodeliczna rumba
— Sebastian Chosiński

Finis coronat opus
— Sebastian Chosiński

Z zachodzącym słońcem w tle
— Sebastian Chosiński

Czysta magia, czyli… sukces z chaosu
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.