Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 14 maja 2021
w Esensji w Esensjopedii

Sólstafir
‹Endless Twilight of Codependent Love›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułEndless Twilight of Codependent Love
Wykonawca / KompozytorSólstafir
Data wydania6 listopada 2020
Wydawca Season of Mist
NośnikCD
Czas trwania63:00
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Aðalbjörn Tryggvason, Sæþór Maríus Sæþórsson, Svavar Austman, Hallgrímur Jón Hallgrímsson, Vignir Daðason (Viggi Daða), Helena Deland
Utwory
CD1
1) Akkeri10:02
2) Drýsill08:47
3) Rökkur06:59
4) Her Fall from Grace06:31
5) Dionysus05:28
6) Til moldar04:26
7) Alda syndanna04:30
8) Ör06:49
9) Úlfur08:47
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: W ramionach Górskiej Pani
[Sólstafir „Endless Twilight of Codependent Love” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Każdy wielbiciel muzyki ma w swoim sercu grono wykonawców, na których nowe płyty czeka ze szczególnym utęsknieniem. A kiedy już się ukazują, słucha ich z namaszczeniem, ale i przestrachem, czy nie spotka go zawód. Ja mam tak zawsze, gdy ukazuje się premierowy album islandzkiego kwartetu Sólstafir. Nie inaczej było przy okazji pierwszych odsłuchów „Endless Twilight of Codependent Love”. Obawa mieszała się z ekscytacją. Ta pierwsza minęła, druga pozostała.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: W ramionach Górskiej Pani
[Sólstafir „Endless Twilight of Codependent Love” - recenzja]

Każdy wielbiciel muzyki ma w swoim sercu grono wykonawców, na których nowe płyty czeka ze szczególnym utęsknieniem. A kiedy już się ukazują, słucha ich z namaszczeniem, ale i przestrachem, czy nie spotka go zawód. Ja mam tak zawsze, gdy ukazuje się premierowy album islandzkiego kwartetu Sólstafir. Nie inaczej było przy okazji pierwszych odsłuchów „Endless Twilight of Codependent Love”. Obawa mieszała się z ekscytacją. Ta pierwsza minęła, druga pozostała.

Sólstafir
‹Endless Twilight of Codependent Love›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułEndless Twilight of Codependent Love
Wykonawca / KompozytorSólstafir
Data wydania6 listopada 2020
Wydawca Season of Mist
NośnikCD
Czas trwania63:00
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Aðalbjörn Tryggvason, Sæþór Maríus Sæþórsson, Svavar Austman, Hallgrímur Jón Hallgrímsson, Vignir Daðason (Viggi Daða), Helena Deland
Utwory
CD1
1) Akkeri10:02
2) Drýsill08:47
3) Rökkur06:59
4) Her Fall from Grace06:31
5) Dionysus05:28
6) Til moldar04:26
7) Alda syndanna04:30
8) Ör06:49
9) Úlfur08:47
Wyszukaj / Kup
W tym roku zespół rodem z Reykjaviku obchodzi ćwierćwiecze istnienia. Zanim jednak wydał swój pierwszy profesjonalny album – zawierający mieszankę skandynawskiego black i viking metalu „Í blóði og anda” – musiało minąć siedem lat. Na kolejny, „Masterpiece of Bitterness”, wystarczyło poczekać do 2005 roku. Dla fanów wczesnego oblicza Sólstafir mógł on być sporym zaskoczeniem – trafiła na niego bowiem muzyka bardziej atmosferyczna, mająca blackowe korzenie, ale również mocno skręcająca w stronę post-rocka i progresywnego metalu. Na kolejnych krążkach zespół umacniał ten kierunek poszukiwań, co słuchać szczególnie wyraźnie na fenomenalnym „Köld” (2009) i nie mniej udanym podwójnym „Svartir Sandar” (2011). Z czasem w twórczości Islandczyków coraz istotniejszą rolę zaczęła odgrywać jeszcze jedna zaskakująca inspiracja – stoner-metalem, który obecny jest kolejnym wielkim dziele kwartetu, longplayu „Ótta” (2014).
Rok po jego wydaniu w składzie grupy doszło do ważnej zmiany personalnej: tworzącego Sólstafir od pierwszych chwil działalności perkusistę Guðmundura Ólego Pálmasona zastąpił Hallgrímur Jón Hallgrímsson. Dwa lata później wziął on udział w nagraniu nieco słabszego od poprzedników „Berdreyminn”. A może nie tyle nawet słabszego, bo do wykonawstwa trudno się o cokolwiek przyczepić, co bardziej przewidywalnego. Być może mając nowego człowieka na pokładzie, pozostali muzycy nie chcieli podejmować ryzyka, a może zwyczajnie nie znaleźli klucza do otwarcia nowych drzwi. Z tym większą obawą czekałem od lata, gdy w mediach pojawiła się zapowiedź siódmego studyjnego wydawnictwa Islandczyków, na ich najnowszą produkcję. Krążek zatytułowany po angielsku „Endless Twilight of Codependent Love” – zapewne z powodów komercyjnych, ponieważ w tym języku zaśpiewana jest tylko jedna (a może dwie?) kompozycja – trafił do sprzedaży 6 listopada. A kiedy powstał?
Już w czasie pandemii, w maju tego roku. Kwartet zamknął się wówczas w doskonale sobie znanym, będącym własnością muzyków zespołu Sigur Rós, studiu Sundlaugin w miejscowości Mosfellsbær. Do współpracy zaprosił jeszcze wokalistę Vignira Daðasona (tutaj przedstawionego jako Viggi Daða) oraz kanadyjską skrzypaczkę Helenę Deland; jego można usłyszeć w chórkach w utworze „Drýsill”, ją natomiast w „Rökkur”. Aby tradycji stało się zadość, za publikację płyty odpowiedzialna była francuska wytwórnia Season of Mist, z którą Islandczycy związani są kontraktem od dekady, to jest od czasu „Svartir Sandar”. Czy zatem należało po „Endless Twilight of Codependent Love” oczekiwać nowości? Nie tym razem. Choć muzyka zawarta na płycie jest zróżnicowana, wpisuje się w to wszystko, co panowie z Sólstafir oferowali już wcześniej. Mamy więc mieszankę post-black-metalu ze stonerem i rockiem progresywnym. W większości przypadków niezwykle nastrojową, jak przystało na artystów z tak magicznego miejsca, jakim jest wyspa gejzerów.
Istotnym elementem, przez pryzmat którego należy oceniać zawartość „Endless Twilight of Codependent Love”, jest również okładka. Wykorzystano na niej powstały w 1864 roku, znajdujący się obecnie w zbiorach walijskiego Aberystwyth University School of Art Museum, obraz dziewiętnastowiecznego niemieckiego malarza i ilustratora Johanna Baptista Zweckera, na którym pojawia się Fjallkonan, czyli Kobieta z Gór, względnie Górska Pani. To mityczna postać będąca personifikacją Islandii. Z drugiej strony wielbicielowi rocka i metalu trudno byłoby wyobrazić sobie coś bardziej islandzkiego niż… muzyka Sólstafir (i Sigur Rós). Począwszy od otwierającego nowe wydawnictwo utworu „Akkeri”, na „Úlfur” skończywszy. Ten pierwszy to klasyczny wręcz przykład obecnej twórczości reykjavickiego kwartetu: utrzymany w wolnym tempie, niezwykle atmosferyczny, ze stonerowo-postrockowymi partiami gitar i potężnym głosem wokalisty, w niektórych momentach przekraczającym nawet granicę krzyku (jak na „Köld”). Spowite we mgle piękno sąsiaduje ze wściekłą energią, ale nawet przez sekundę kompozycja ta nie traci na melodyjności.
Na podobnym schemacie zbudowane są również kolejne kompozycje: gitarowy czad i rozpędzona sekcja rytmiczna mieszają się w nich z fragmentami dużo bardziej subtelnymi, w których Aðalbjörn Tryggvason śpiewa w taki sposób, że można by go przyłożyć do rany. Nastroju przydają też pojawiające się w tle partie instrumentów klawiszowych, jak na przykład w introdukcji do drugiego w kolejności klimatycznego „Drýsill”. We wspomnianym wcześniej „Rökkur” taką funkcję pełnią skrzypce Heleny Deland, którym towarzyszy delikatny fortepian i – dałbym sobie za to obciąć rękę – flet (tylko kto na nim gra?). To najbardziej nastrojowy moment (ba! całe siedem minut) płyty, znaczony dodatkowo hipnotycznymi gitarami Trygvassona i Sæþóra Maríusa Sæþórssona i majestatycznymi klawiszami w finale. W „Her Fall from Grace” Aðalbjörn zdecydował się zaśpiewać po angielsku, choć słychać wyraźnie, że nie jest to jego język ojczysty. Mowy Szekspira wprawdzie nie kaleczy, ale jego akcent brzmi… szorstko. Co tym wyraźniej rzuca się w uszy, że jest to stonowana kompozycja, w której głos wokalisty zostaje wyeksponowany.
Tego problemu Trygvasson nie ma w utworze „Dionysus” (czy też śpiewanym po angielsku?), w którym zespół nawiązuje do najwcześniejszego okresu w swojej twórczości. Tu najwięcej jest właśnie chropowatego black metalu – zarówno w warstwie instrumentalnej, jak i wokalnej. Z kolei „Til moldar” to jego całkowite przeciwieństwo, dzieło powstałe na pograniczu progresywnego folku i psychodelii. „Alda syndanna” zaczyna się natomiast hardrockowo, ale z intensywnymi stonerowymi gitarami, by z czasem ewoluować w stronę emocjonalnego czadu. Jeśli komuś jeszcze mało tych stylistycznych przekładańców, powinien być wielce ukontentowany utworem „Ör” (zapisywanym też jako „Or”), któremu ton nadaje jazzujący fortepian akustyczny, wkomponowany w rytm walczyka. Choć im bliżej końca, tym bardziej robi się – za sprawą gitar – postrockowo. Wieńczący całość „Úlfur” to niemal dziewięć minut bardzo ciężkiego i powolnego grania, z którego zadowoleni mogą być fani sludge metalu. Tak! dla nich też znajduje się tutaj, jak widać (a raczej słychać), smakowity kąsek.
Mimo tego rozchwiania gatunkowego, „Endless Twilight of Codependent Love” jest zwartym dziełem, w czym wielka zasługa odpowiadającego za produkcję płyty Birgira Jóna Birgirssona, znanego ze współpracy z Sigur Rós i Björk, „smyczkową” Amiiną i indiepopowym Ólöfem Arnaldsem. Warto było cierpliwie czekać trzy lata i wznosić modły do Górskiej Pani, by następca „Berdreyminn” okazał się lepszy od poprzednika. I nawet jeżeli nie równie doskonały, odkrywczy i fascynujący, jak „Svartir Sandar” czy „Ótta”, to i tak wybijający się ponad setki podobnych produkcji.
koniec
3 grudnia 2020
Skład:
Aðalbjörn Tryggvason – śpiew, gitara elektryczna, fortepian, syntezatory
Sæþór Maríus Sæþórsson – gitara elektryczna
Svavar Austman – gitara basowa
Hallgrímur Jón Hallgrímsson – perkusja, chórki

gościnnie:
Vignir Daðason (Viggi Daða) – chórek (2)
Helena Deland – skrzypce (3)

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Katalog grzechów, wykaz cnót
Sebastian Chosiński

13 V 2021

Rok temu mogło się wydawać, że zespół Błoto będzie jedynie efemerycznym projektem pobocznym muzyków działających w EABS. Tymczasem w dwanaście miesięcy po ukazaniu się „Erozji” grupa ze stolicy Dolnego Śląska wydała trzecią już w swojej dyskografii pełnowymiarową płytę – „Kwasy i zasady”. Jak tak pójdzie dalej, to w przyszłym roku prześcigną macierzystą formację.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Gdzie się podziały emocje?
Sebastian Chosiński

11 V 2021

Wyszedłszy przed paroma laty na prostą ze swoją nieco zagmatwaną dyskografią, norweski duet Jordsjø (wspomagany przez zapraszanych do studia gości), regularnie publikuje kolejne płyty. Wydana przed kilkoma dniami „Pastroralia” tradycyjnie powinna spodobać się wielbicielom rocka progresywnego wymieszanego ze skandynawskim folkiem. To idealna propozycja dla tych, którym podoba się – chociażby – Tusmørke.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Przetarty szlak i skoki w bok
Sebastian Chosiński

6 V 2021

Serbski kwartet Eyot (bądź EYOT – taka pisownia również bywa przez muzyków stosowana) nie rozpieszcza wielbicieli. Ostatnio na swoje kolejne płyty każe bowiem czekać aż trzy lata. Tyle czasu minęło pomiędzy ukazaniem się albumów „Similarity” i „Innate” i tyle też trzeba było czekać na ukazanie się „557799”. Inna sprawa, że kiedy już dostajemy do ręki nowe dzieło grupy Dejana Ilijicia – na pewno nie czujemy się zawiedzeni.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Z tego cyklu

Katalog grzechów, wykaz cnót
— Sebastian Chosiński

Gdzie się podziały emocje?
— Sebastian Chosiński

Przetarty szlak i skoki w bok
— Sebastian Chosiński

W królestwie zapomnienia
— Sebastian Chosiński

W tej „wojnie” warto wziąć udział
— Sebastian Chosiński

Nie gaście tego pożaru!
— Sebastian Chosiński

Pomnik półwiecza
— Sebastian Chosiński

Ocean smutku z nutą optymizmu
— Sebastian Chosiński

Bicie Neonowego Serca
— Sebastian Chosiński

Bezkompromisowa romantyczka
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Piękno, nostalgia, przestrzeń… Islandia
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.