Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

King Woman
‹Celestial Blues›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCelestial Blues
Wykonawca / KompozytorKing Woman
Data wydania30 lipca 2021
Wydawca Relapse Records
NośnikCD
Czas trwania40:52
Gatunekmetal, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Celestial Blues04:37
2) Morning Star03:54
3) Boghz05:23
4) Golgotha06:04
5) Coil03:01
6) Entwined06:04
7) Psychic Wound03:20
8) Ruse04:18
9) Paradise Lost04:10
Wyszukaj / Kup

Mroczna zatoka
[King Woman „Celestial Blues” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
W sztuce często to, co najwartościowsze, rodzi się na styku gatunków. Z takiego założenia wyszła zapewne Kristina Esfandiari, liderka zespołu King Woman, która postanowiła w swojej muzyce – mówiąc najprościej – łączyć wpływy post-metalu i gotyku z dream-popem. Jeśli ktoś wątpli, czy to w ogóle możliwe, powinien sięgnąć po drugi pełnowymiarowy album tej formacji – „Celestial Blues”.

Sebastian Chosiński

Mroczna zatoka
[King Woman „Celestial Blues” - recenzja]

W sztuce często to, co najwartościowsze, rodzi się na styku gatunków. Z takiego założenia wyszła zapewne Kristina Esfandiari, liderka zespołu King Woman, która postanowiła w swojej muzyce – mówiąc najprościej – łączyć wpływy post-metalu i gotyku z dream-popem. Jeśli ktoś wątpli, czy to w ogóle możliwe, powinien sięgnąć po drugi pełnowymiarowy album tej formacji – „Celestial Blues”.

King Woman
‹Celestial Blues›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCelestial Blues
Wykonawca / KompozytorKing Woman
Data wydania30 lipca 2021
Wydawca Relapse Records
NośnikCD
Czas trwania40:52
Gatunekmetal, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Celestial Blues04:37
2) Morning Star03:54
3) Boghz05:23
4) Golgotha06:04
5) Coil03:01
6) Entwined06:04
7) Psychic Wound03:20
8) Ruse04:18
9) Paradise Lost04:10
Wyszukaj / Kup
To nie jest jedynie banał, że to właśnie we wczesnych etapach życia kształtowana jest nasza wrażliwość, również ta artystyczna. W przypadku twórczości Kristiny Esfandiari można dojść do wniosku, że jej dzieciństwo i wczesna młodość były… specyficzne, obfitujące w skrajne doświadczenia. Dlatego też – prawdopodobnie – taka jest jej obecna muzyka. Kris, bo często tak o sobie mówi, urodziła się w rodzinie imigrantów: ojciec przybył z Iranu (jemu zawdzięcza swoje perskie nazwisko), matka natomiast z Serbii. Rodziców połączyły między innymi poglądy religijne; młoda panna Esfandiari dorastała w środowisku charyzmatycznych chrześcijan, powiązanych z Ruchem Odnowy w Duchu Świętym (na który spory wpływ mają, co nierzadko krytykuje Kościół katolicki, Zielonoświątkowcy). Z czasem panująca w domu atmosfera religijna zaczęła do tego stopnia doskwierać Kristinie, że opuściła dom i przeniosła się do Bay Area. Tak zaczęła karierę wokalną i z muzykami ze sceny z Zatoki San Francisco powiązana jest do dzisiaj, chociaż obecnie rezyduje na nowojorskim Brooklynie.
Na przestrzeni swej kilkunastoletniej aktywności twórczej Esfandiari związana była (bądź wciąż jest) z sześcioma projektami. Na profesjonalnej scenie pojawiła się jako współpracowniczka postrockowej formacji Whirr (EP „Around”, 2013); zdobyte w ten sposób doświadczenie pozwoliło jej jednak szybko się usamodzielnić. Spełnieniem marzeń było stworzenie zespołu King Woman, który – choć z przerwami – funkcjonuje do dzisiaj. Zadebiutował w czerwcu 2013 roku singlem z utworami „Degrida” i „Sick Bed”, który Kristina nagrała z towarzyszeniem gitarzysty Jessa Labradora, gitarzysty i klawiszowca Marca Manninga oraz basisty Justina Wastelaina. Skład grupy był zresztą w tamtym czasie bardzo płynny. Dość powiedzieć, że kiedy Esfandiari nagrywała rok później drugiego singla („Dove” oraz „Find Affections”), zrobiła to już z zupełnie nowymi instrumentalistami: gitarzystą Colinem Gallagherem oraz gitarzystą i perkusistą, odpowiadającym także za smyczki Patrickiem Hillsem.
Z kolei przy pracy nad EP-ką „Doubt” (2015) wspomogli ją dodatkowo basista Sky Madden i perkusista Joey Raygoza, który zresztą pozostał u boku Kristiny do dzisiaj. Skład formacji zaczął się w ten sposób powoli krystalizować. Podczas występu, którego owocem stała się cyfrowa EP-ka „Audiotree Live” (2016) zadebiutował nowy basista, Peter Arensdorf (przyjęty na miejsce Maddena), i w takim też zestawieniu personalnym zarejestrowany został pierwszy pełnowymiarowy album, czyli „Created in the Image of Suffering” (2017). Podobnie jak skład, tak samo przez lata modelował się styl muzyczny King Woman, który dzisiaj wcale nie jest taki łatwy do zdefiniowania. Punktem wyjścia jest na pewno doomowy post-metal, ale mocne są także wpływy shoegaze’u oraz rocka gotyckiego, natomiast w warstwie wokalnej Esfandiari nierzadko sięga po elementy charakterystyczne dla dream-popu spod znaku kultowej w latach 80. XX wieku wytwórni 4AD. Brzmi intrygująco i zachęcająco, prawda?
Przez lata funkcjonowania – mniej lub bardziej aktywnego – King Woman Kristina angażowała się także w projekty poboczne. Były to chociażby: shoegaze’owy Miserable (EP „Halloween Dream”, 2014; EP „Dog Days”, 2015; „Uncontrollable”, 2016), rapowy Dalmatian (dwa single nagrane w latach 2019-2020), elektroniczno-popowy Sugar High (minialbum „Love Addict”, 2020) oraz eksperymentalno-noise’owy Nghtcrwlr („Let the Children Scream”, 2020). Analizując te dokonania Esfandiari, nie wydaje się już dziwne, że pomiędzy publikacją debiutu i drugiego krążka King Woman nastąpiły aż cztery lata milczenia. Kristina miała po prostu w tym czasie mnóstwo innych zajęć. Najważniejsze jednak, że w końcu wróciła do swego sztandarowego projektu. Materiał, który ostatecznie ujrzał światło dzienne 30 lipca tego roku (za sprawą niezależnej wytwórni Relapse Records z pensylwańskiego Upper Darby), zarejestrowany został jednak dużo wcześniej, bo… w grudniu 2019 roku (w studiu Atomic Garden w Oakland). Przeleżał się zapewne tak długo, aby niepotrzebnie nie konkurować z płytami Dalmatian, Sugar High i Nghtcrwlr. Choć pewnie swoje „dołożyła” również pandemia.
„Celestial Blues” nagrany został w składzie trzyosobowym (bez Colina Gallaghera); Kristina zaśpiewała i zagrał na gitarze; wszystkie gitarowe partie solowe oraz partie basu są dziełem Petera Arensdorfa, natomiast za bębny tradycyjnie odpowiadał Joey Raygoza, który zanim został etatowym współpracownikiem Esfandiari, udzielał się w kilku formacjach hardcore’owych z Bay Area (Crucified, Skin Like Iron, Lies). Wiedząc o tym, łatwiej zrozumieć, dlaczego w nagraniach King Woman perkusja brzmi tak ostro i w takim tempie pędzi na złamanie karku. Tytuł płyty jest oczywiście trochę mylący. Bo bluesa na niej na pewno nie uświadczymy. Jest za to dużo sąsiadującego ze sobą gotyckiego mroku i marzycielskiego popu, a do tego klasycznie doommetalowa sekcja rytmiczna, przez którą przebijają się postrockowe i postmetalowe gitary.
Gdyby szukać „dziury w całym”, znajdziemy jedną, ale za to istotną – to konstrukcja kompozycji. Z jednym wyjątkiem identyczna, jakby Esfandiari nie znała innych sposobów na ich urozmaicenie, tylko wciąż na przemian: ciężko i ostro, stonowanie i nastrojowo, ciężko i ostro, stonowanie i nastrojowo… I tak przez czterdzieści minut. Zakładając, że to jedyny mankament wydawnictwa, można dojść do wniosku, że nic w tym przesadnie złego. I będzie to właściwy wniosek. Choć należy wziąć pod uwagę, że po dwóch, trzech, czterech przesłuchaniach „Celestial Blues” zaczyna nużyć; trudno na płycie odkryć bowiem coś nowego, zachwycić się kolejnym instrumentalnym pasażem czy wokalną ekwilibrystyką (mimo że Kristina daje spory pokaz swoich możliwości). Jeśli więc zakładacie, że posłuchacie tej płyty przez kilka dni raz dziennie, a potem odłożycie na półkę, aby wrócić do niej na przykład po miesiącu lub dwóch – to w porządku. Ta przymusowa izolacja sprawi, że muzyka King Woman po czasie ponownie zalśni (na jakiś czas) blaskiem.
Album otwiera kompozycja tytułowa: na tle akordów gitary słyszymy dobiegającą z oddali melodeklamację – jest mrocznie i nastrojowo, ale tylko do momentu, kiedy po kilkudziesięciu do akcji wkraczają basista z bębniarzem. Nastrój wprawdzie się nie zmienia, ale moc przekazu może zwalić co wrażliwszych słuchaczy z nóg. Po dwóch minutach sekcja rytmiczna wycisza się, a na placu boju pozostaje senna gitara, której dopełnieniem staje się później natchniony śpiew Kristiny. I to jest właśnie ten schemat, na którym oparte są wszystkie utwory z „Celestial Blues”. Oczywiście, pojawiają się pewne, choć niewielkie, odstępstwa od niego. Rozbrzmiewają nowe tony, jak chociażby nawiązujące do melodyjności wczesnego Cocteau Twins fragmenty w „Morning Star” i „Entwined” czy poetycki śpiew w stylu Ewy Demarczyk w „Golgotha” (nie dziwcie się temu porównaniu, wszak krakowska wokalistka stała się znana w amerykańskim undergroundzie po tym, jak grupa Faun Fables umieściła jej piosenki na swoich płytach). Ale zawsze po tych urokliwych mgnieniach pojawia się doommetalowy wtręt. I tak w kółko!
Ale skoro doszliśmy do odstępstw od reguły, to wypunktujmy też inne. Takie na pewno pojawia się w „Boghz”, w którym noise’owa gitara konkuruje z krzykliwym śpiewem Kristiny, z kolei Joey Raygoza poczyna sobie, jakby cofnął się o dekadę do swoich hardcore’owych początków. W podobnym klimacie utrzymany jest „Psychic Wound”, choć tu jednak więcej jest doom metalu niż wpływów okołopunkowych. Wyjątkiem jest także zamykający całość „Paradise Lost” – z subtelną gitarą na pierwszym planie (i to praktycznie przez całe cztery minuty) i natchnionym szeptem (bo śpiewem trudno to określić) Esfandiari. Nie można więc twierdzić, że „Celestial Blues” nie ma mocnym momentów. Owszem, nie brakuje ich, lecz przydałoby się jednocześnie większe zróżnicowanie kompozycji. a gdyby do tego doszło jeszcze wzbogacenie instrumentarium…
koniec
26 sierpnia 2021
Skład:
Kristina Esfandiari – śpiew, gitara elektryczna
Peter Arensdorf – gitara basowa, gitara elektryczna
Joey Raygoza – perkusja

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Chińska lutnia, afrykańska harfa
Sebastian Chosiński

26 X 2021

Ani nazwa zespołu (Gondhawa), ani tytuł jego debiutanckiej płyty („Käampâla”), ani nawet zawarta na niej muzyka (mocno orientalizująca) – nie wskazują na francuskie pochodzenie formacji. A jednak! Grupa ma swoją siedzibę, jak na do tej pory, w leżącym w Kraju Loary Angers. Choć kto wie, może kiedy zdobędzie popularność, muzycy postanowią przeprowadzić się do Paryża…

więcej »

Poobiednie lenistwo
Sebastian Chosiński

19 X 2021

Po „Continuation” i „Suicie słonecznej” nadeszła pora na „Afternoon” – trzeci album z archiwaliami Koman Bandu. Tym razem do słuchaczy trafiły nagrania z 1981 roku, stylistycznie dalekie od tego, co zespół grał w latach 70. Dla wielbicieli fusion płyta może być lekkim rozczarowaniem, ale ci, którzy gustują w instrumentalnym funku i soulu będą na pewno ukontentowani.

więcej »

Śpij, kochanie, po słonecznej stronie ulicy
Sebastian Chosiński

14 X 2021

Materiał opublikowany na „Saxesful Vol. II” przez trzy lata spoczywał w archiwum. Trębacz Piotr Schmidt zdecydował się upublicznić go latem tego roku, dedykując przy okazji swemu zmarłemu miesiąc wcześniej ojcu – postaci ważnej nie tylko, co oczywiste, dla samego artysty, ale całego polskiego jazzu. Podobnie jak w przypadku „Saxesful”, tu również słyszymy wspomagających Kwartet Schmidta wybitnych polskich saksofonistów.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Tegoż autora

Poobiednie lenistwo
— Sebastian Chosiński

Śpij, kochanie, po słonecznej stronie ulicy
— Sebastian Chosiński

Ballady i impro-romanse
— Sebastian Chosiński

Puma skacząca do gardeł wampirów
— Sebastian Chosiński

Zdradzona i porzucona
— Sebastian Chosiński

Znaki na niebie i ziemi
— Sebastian Chosiński

Noir w kolorze… żółtym
— Sebastian Chosiński

Miłość w cieniu katastrofy
— Sebastian Chosiński

Na Dzikim Zachodzie i w kraju Łokietka
— Sebastian Chosiński

W samym sercu Czarnego Lądu
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.