Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 stycznia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Herbie Hancock
‹River: The Joni Letters›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułRiver: The Joni Letters
Wykonawca / KompozytorHerbie Hancock
Data wydaniawrzesień 2007
Wydawca Universal
NośnikCD
Czas trwania66:19
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Court And Spark7:36
2) Edith And The Kingpin6:33
3) Both Sides Now7:39
4) River5:26
5) Sweet Bird8:17
6) The Tea Leaf Prophecy (Lay Down Your Arms6:35
7) Solitude5:44
8) Amelia7:28
9) Nefertiti7:31
10) The Jungle Line5:00
Wyszukaj / Kup

Dwie strony rzeki

Esensja.pl
Esensja.pl
Najnowsze nagranie Herbiego Hancocka „River: The Joni Letters” to muzyka folkowej legendy Joni Mitchell w jazzowej odsłonie. Bezdyskusyjnie jest to rzecz w dobrym tonie, album wyrafinowany i szykowny jak romantyczna kolacja w najlepszej restauracji. Szkoda tylko, że wspaniały nastrój psują czasem nietrafione decyzje marketingowe.

Paweł Franczak

Dwie strony rzeki

Najnowsze nagranie Herbiego Hancocka „River: The Joni Letters” to muzyka folkowej legendy Joni Mitchell w jazzowej odsłonie. Bezdyskusyjnie jest to rzecz w dobrym tonie, album wyrafinowany i szykowny jak romantyczna kolacja w najlepszej restauracji. Szkoda tylko, że wspaniały nastrój psują czasem nietrafione decyzje marketingowe.

Herbie Hancock
‹River: The Joni Letters›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułRiver: The Joni Letters
Wykonawca / KompozytorHerbie Hancock
Data wydaniawrzesień 2007
Wydawca Universal
NośnikCD
Czas trwania66:19
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Court And Spark7:36
2) Edith And The Kingpin6:33
3) Both Sides Now7:39
4) River5:26
5) Sweet Bird8:17
6) The Tea Leaf Prophecy (Lay Down Your Arms6:35
7) Solitude5:44
8) Amelia7:28
9) Nefertiti7:31
10) The Jungle Line5:00
Wyszukaj / Kup
Umówmy się: nagranie „River…” nie jest dla słynnego jazzmana szczególnym wyzwaniem. Nie jest to ani milowy krok w karierze doświadczonego pianisty, ani zupełnie nowe, radykalne odczytanie twórczości Mitchell. Właściwie jej piosenki nie wydają się szczególnie trudne do jazzowej interpretacji. Ułatwia to jej rozpoznawalny sposób frazowania, mający ściśle jazzowe podłoże, swobodne traktowanie rytmu i wyjątkowa melodyjność utworów. A gdy za taki repertuar zabiera się jeden z największych jazzmanów w historii, rezultat powinien być oczywisty: doskonała płyta, nominacje do przeróżnych nagród, wysoka sprzedaż. À propos sprzedaży: w dniu wydania „River..." miała miejsce premiera nowego solowego krążka Mitchell „Shine" – znak jej świetnej formy i niezła reklama dla obu artystów.
Żeby wszystko grało, należało jedynie zadbać o dwie kwestie: dużą ilość znanych wokalistek (to dla przyciągnięcia klientów, którzy boją się jazzu jak diabeł święconej wody) i dużą ilość znanych muzyków (to już ukłon w stronę koneserów gatunku). W ten sposób z jednej strony zostanie zachowany tzw. jazzowy idiom, z drugiej zaś nie ma ryzyka utraty mniej „fachowej” klienteli. W branży przyjęło się nawet specjalne określenie na taką muzykę: wife friendly…
Zadanie doboru piosenkarek zostało wykonane na piątkę: Norah Jones, Corinne Bailey Rae, Luciana Souza, a nawet Tina Turner. Na deser Leonard Cohen i… sama Joni.
Wielkie nazwiska. Komercyjny aspekt wydawnictwa został zatem zabezpieczony. Gorzej z walorami artystycznymi. O ile Norah Jones oprócz znanego nazwiska włożyła w przedsięwzięcie swój talent, co zaowocowało bardzo dobrym, pełnym ciepła wykonaniem „Court and Spark”, o tyle np. Corinne Bailey Rae nawet o centymetr nie odstąpiła od wokalnej sztampy i sztywnych kanonów. Zaśpiewała „River” poprawnie, i owszem, gorzej, że nieciekawie, bez polotu, z asekuracją. Podobnie – a może i gorzej – rzecz ma się z Lucianą Souzą, która w „Amelii” wypadła marnie, śpiewając na pół gwizdka, bez cienia emocji. Honor płci pięknej ratuje (co zbytnio nie dziwi) sama Mitchell i Tina Turner. Głos Joni, mimo że obniżył się znacznie od czasów sławetnego „Blue”, wciąż przykuwa uwagę. A Tina? Cóż, ona po prostu jest stworzona do tej estetyki! Jej „Edith and the Kingpin” robi piorunujące wrażenie i obyśmy mogli jak najczęściej słyszeć ją w roli jazzowej diwy. No i last but not least: Leonard Cohen, który udowadnia, że nawet będąc piosenkarzem, nie trzeba śpiewać, by zachwycać. Wystarczy pięknie mówić. No i Cohen mówi, recytuje właściwie, „Jungle Line” przy dynamicznym akompaniamencie fortepianu Hancocka i wypada to wspaniale: mrocznie, elektryzująco. Elektryzujące napięcie czuć dosłownie w każdej sekundzie utworu. Powinno się to nagranie rozesłać młodym polskim poetom z adnotacją: „Tak się recytuje wiersze. Naśladować!”.
Wokale to jedna strona „Rzeki”. Po drugiej stronie znajdują się instrumentaliści, a raczej Instrumentaliści, bo takiego all-stars życzyłby sobie każdy muzyk. Po kolei więc: Panie i Panowie, na gitarze: Lionel Loueke! (oklaski); na perkusji, współpracownik Stinga i Joni Mitchell: Vinnie Colaiutaaa! (gorętsze oklaski); na kontrabasie, legenda tego instrumentu, namaszczony przez samego Milesa: Daaave Hollaand! (burzliwe oklaski, widownia wstaje z miejsc); oraz, na saksofonach tenorowym i altowym, mistrz nad mistrze, cappo di tutti capi: Waaayne Shooorter! (frenetyczne brawa, kobiety mdleją, mężczyźni płaczą).
Nie ma w tym ani cienia ironii: to jak zespół jest prowadzony przez Hancocka, to jak łatwo, telepatycznie niemal, odczytują swoje intencje, ich perfekcjonizm, talent i zaangażowanie zasługuje na najwyższe uznanie. Najlepszy przykład ich kunsztu można znaleźć w standardach: „Solitude” Duke’a Ellingtona i „Nefertiti” spółki Shorter/Hancock. W tym pierwszym można podążać za nicią muzycznego porozumienia między Hancockiem a Hollandem, a w drugim zachwycać się mistrzowską narracją Shortera i umiejętnymi kontrapunktami gitary Loueke. Niestety, na minus trzeba zaliczyć Hancockowi pewną zachowawczość: mistrzowie rzadko mogą zaszaleć i pokazać na co ich stać, częściej spychani są do roli tła dla głosu piosenkarek (jak we wspomnianym „River”). Byle tylko odbiorca nie zmęczył nadto umysłu jakimś skomplikowanym metrum czy ostrzejszą solówką.
Plusem z kolei jest obecność za konsoletą Larry’ego Kleina, producenta nagrań m.in. Madeleine Peyroux i Diane Reeves – udało mu się uzyskać niezwykle szlachetne głębokie brzmienie i umiejętnie rozmieścić plany dźwiękowe. Najbardziej skorzystał na tym dobrze uwypuklony kontrabas Hollanda, ale i brzmienie innych instrumentów jest bez zarzutu.
„River: The Joni Letters” to prawie wyśmienity album. Prawie, bo wytwórnia Verve, dla której od niedawna nagrywa Hancock, strzeliła samobója, zatrudniając dwie wokalistki na pewno sławne, ale w nie najlepszej formie. Żal również, że autor nie zdecydował się na bardziej odważne granie, stawiając na przystępność zamiast ekspresji.
Nie ma dwóch zdań: dzięki merkantylnym zabiegom „River…” sprzeda się dobrze. Istnieją jednak uzasadnione obawy, że płyta zamiast na półki wymagających fanów trafi do kawiarni w roli muzaka.
koniec
8 stycznia 2008
Skład:
Herbie Hancock: fortepian;
Wayne Shorter: saksofony sopranowy i tenorowy;
Dave Holland: kontrabas;
Vinnie Colaiuta: perkusja;
Lionel Loueke: gitara;
Norah Jones: wokal (1);
Tina Turner: wokal (2);
Corinne Bailey Rae: wokal (4);
Joni Mitchell: wokal (6);
Luciana Souza: wokal (8);
Leonard Cohen: wokal (10).

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Kraina Wiecznej Psychodelii
Sebastian Chosiński

17 I 2019

Makoto Kawabata to tytan pracy. Muzyk, który nie odpuszcza i każdego roku nagrywa przynajmniej kilka płyt, zawsze trzymając wysoki poziom. W 2018 roku formacja, którą kieruje, czyli Acid Mothers Temple (z afiliacjami), opublikowała dziewięć albumów. Ostatnim chronologicznie jest „Sacred and Inviolable Phase Shift” – kolejne może nie arcydzielne, ale na pewno udane dzieło kwintetu.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Powrót ludzi zwanych Pająkami
Sebastian Chosiński

15 I 2019

Mijają kolejne lata, a w przypadku norweskiego kwartetu Spidergawd nic – no dobrze, prawie nic – się nie zmienia. Ta sama wytwórnia, ten sam autor okładki, taka sama doskonała muzyka i identyczny, jak wszystkie poprzednie, tytuł płyty. Tyle że z dodaną aktualną rzymską cyferką – „V”. To jedna z tych produkcji, o których już wiadomo, że powinna znaleźć się w dziesiątce najlepszych, kiedy będziemy podsumowywać 2019 rok.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Przerwane milczenie może stać się… platyną
Sebastian Chosiński

10 I 2019

Po paru latach pełnego niepokoju oczekiwania chciałoby się wreszcie pełną piersią zakrzyknąć: Änglagård powrócił! Ale czy na pewno? I tak, i nie. Tak, bo na omawianej najnowszej płycie gra aż trzech muzyków tej legendarnej szwedzkiej formacji. Nie, ponieważ nie posłużyli się oni mile łechtającym uszy szyldem grupy. Przyjęli nową nazwę – All Traps On Earth. Lecz nagrany przez nich album „A Drop of Light” bez wątpienia ucieszy wszystkich wielbicieli Änglagård.

więcej »

Polecamy

Stylowe, jak Chevrolet El Camino z 1968

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Stylowe, jak Chevrolet El Camino z 1968
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dajesz Rudolf, dajesz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zapach muzyki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Życie o świcie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Rockabilly dżungli
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wieś gra i śpiewa
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ani w PZU, ani w PKP...
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Stan
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Seria z karabinu maszynowego
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dobra humppa, tylko z Finlandii
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Tegoż autora

Milczenie Boga
— Paweł Franczak

Są wielcy, nie Mali!
— Paweł Franczak

Pokój z Zornem!
— Paweł Franczak

Podsumowanie muzyczne roku 2008 (2)
— Paweł Franczak, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zawód: kompozytor
— Paweł Franczak

Na żywo i z prądem
— Paweł Franczak

Pierwszy sort Chopina
— Paweł Franczak

Między arcydziełem a Radiem Maryja
— Paweł Franczak

Quo Vadis, rynku muzyczny?
— Paweł Franczak

Diament nieco zszarzały
— Paweł Franczak

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.