Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Acid Mothers Temple & The Melting Paraiso U.F.O.
‹Univers zen ou de zéro à zéro›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułUnivers zen ou de zéro à zéro
Wykonawca / KompozytorAcid Mothers Temple & The Melting Paraiso U.F.O.
Data wydania2002
Wydawca Fractal
NośnikCD
Czas trwania71:25
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Electric Love Machine10:33
2) Ange mécanique de Saturne10:31
3) Blues pour bible noire21:40
4) Trinité orphique02:31
5) Soleil de cristal et lune d'argent22:25
6) God bless AMT03:42
Wyszukaj / Kup

Luminarze sonicznych dewiacji: W Kraju Kwasowej Wiśni matki nie znają litości
[Acid Mothers Temple & The Melting Paraiso U.F.O. „Univers zen ou de zéro à zéro” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Luminarze sonicznych dewiacji” – dziwaczny tytuł firmować będzie teksty o jeszcze osobliwszej od niego muzyce. O albumach dobieranych bez konkretnego klucza, starych i nowych, różnorodnych stylistycznie, zawsze nietuzinkowych. Zwykle kojarzonych z rockiem, chociaż odbiegających od klasycznej rockowej formy. Panie i Panowie, oto cykl o płytach, które czasem bolą, czasem bawią, ale niezmiennie intrygują. Na początek Acid Mothers Temple i „Univers zen ou de zéro à zéro”.

Mieszko B. Wandowicz

Luminarze sonicznych dewiacji: W Kraju Kwasowej Wiśni matki nie znają litości
[Acid Mothers Temple & The Melting Paraiso U.F.O. „Univers zen ou de zéro à zéro” - recenzja]

„Luminarze sonicznych dewiacji” – dziwaczny tytuł firmować będzie teksty o jeszcze osobliwszej od niego muzyce. O albumach dobieranych bez konkretnego klucza, starych i nowych, różnorodnych stylistycznie, zawsze nietuzinkowych. Zwykle kojarzonych z rockiem, chociaż odbiegających od klasycznej rockowej formy. Panie i Panowie, oto cykl o płytach, które czasem bolą, czasem bawią, ale niezmiennie intrygują. Na początek Acid Mothers Temple i „Univers zen ou de zéro à zéro”.

Acid Mothers Temple & The Melting Paraiso U.F.O.
‹Univers zen ou de zéro à zéro›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułUnivers zen ou de zéro à zéro
Wykonawca / KompozytorAcid Mothers Temple & The Melting Paraiso U.F.O.
Data wydania2002
Wydawca Fractal
NośnikCD
Czas trwania71:25
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Electric Love Machine10:33
2) Ange mécanique de Saturne10:31
3) Blues pour bible noire21:40
4) Trinité orphique02:31
5) Soleil de cristal et lune d'argent22:25
6) God bless AMT03:42
Wyszukaj / Kup
Muzykalność Japończyków jest powszechnie znana. Zachwycają się Chopinem, kupują miliony płyt, łącznie z tymi, które w Europie i w Stanach skazane zostały na zapomnienie. Jednakże mało kto wie, że Kraj Kwitnącej Wiśni to prawdziwa kopalnia psychodelii i eksperymentów. W tym miejscu wspomnieć należy takie nazwy jak Ghost, Boredoms, Boris, Ruins czy OOIOO. Przede wszystkim zaś Acid Mothers Temple – twór najbardziej szalony, najdziwniejszy i najciekawszy z wymienionych.
Trudno pisać o Świątyni Kwasowych Matek jako o regularnym zespole. Przeszkodą nie są nawet częste zmiany personalne – jest nią równoległe funkcjonowanie kilku składów połączonych głównie osobą Kawabaty Makoto, które odróżnia dopisany do podstawowego miana kolektywu sufiks1). Sprawy nie ułatwiają fuzje ze starszymi specami od pokręconych dźwięków: Gong i Guru Guru. Jedno wszak wcielenie, Acid Mothers Temple & Melting Paraiso U.F.O., bezsprzecznie dominuje i ono właśnie odpowiada za opisywaną pozycję.
Spośród dziesiątek wydawnictw sygnowanych tą nazwą, „Univers zen ou de zéro à zéro” jest prawdopodobnie jednym z najlepszych i esencjonalnym dla twórczości projektu. Prawdopodobnie, nie sposób bowiem poznać wszystkich, niekiedy czteropłytowych albumów grupy. Ten jest egzemplifikacją najważniejszych atrybutów formacji: od aspektów wizualnych – charakterystycznym elementem kilkunastu okładek jest mniej lub bardziej realistyczny wizerunek eksponującej swe bujne kształty niewiasty; przez słowne aluzje – tytuł krążka to nawiązanie do Univers Zero, legendy rockowej kameralistyki; po samą muzykę.
Numer otwierający – „Electric Love Machine” – szybki, motoryczny rock and roll, dzięki kakofonicznym solówkom rozciągnięty jest do dziesięciu minut. Energii dodają mu wszechobecne plamy z syntezatora, krótkie wokalne fragmenty zdają się nie mieć większego wpływu na odbiór. „Ange mécanique de Saturne” opiera się na akustycznej gitarze i czarującym, stylizowanym na dziecinny, śpiewie Cotton Casino. Ballada, tej samej długości, co poprzedni kawałek, wprowadza raczej w nim nieobecną dalekowschodnią atmosferę, przez kolejną godzinę pozostającą istotnym elementem układanki. Do końca ciągną się także dowody na wybitność Acidów, które, mimo niezaprzeczalnego uroku pierwszych kompozycji, stają się słyszalne dopiero chwilę później.
Meritum płyty to dwa, przedzielone niedługim, elektronicznym przerywnikiem, utwory monumentalne: „Blues pour bible noire” i „Soleil de cristal et lune d’argent”. Oba ponad dwudziestominutowe, oba ciężkie, transowe i utrzymane w średnich tempach. Pierwszy to praktycznie wariacja na temat krótkiej, gitarowej frazy. Przeszywające, nerwowe solówki i niemożliwie przeciągnięte pojedyncze dźwięki utrzymują odbiorcę na granicy wyczerpania i euforii. Gdy napięcie sięga zenitu, z pomocą przychodzi Casino, której delikatny, wzięty z innego muzycznego świata głos sprowadza ukojenie. Drugi kolos, chociaż mniej monotonny i lżejszy, jest kompozycją równie radykalną – po pięciu minutach hipnotyzowania kilkoma wciąż powtarzanymi, krótkimi wersami wokalistka milknie, by na pierwszy plan wysunęły się psychodeliczna improwizacja i spacerockowe, syntezatorowe efekty. Śpiew wraca dopiero pod koniec numeru. Po próbie takiej twórczości, „God Bless AMT” – krótki, zakończony bezlitosnym atakiem gitarowego zgiełku miszmasz ptasich trelów, chichotów, zawodzenia i wrzasków – nie powinien zaskakiwać.
Kiedy w 2006 roku Japończycy koncertowali w naszym kraju, tym razem pod szyldem Acid Mothers Temple & The Cosmic Inferno, Kawabata Makoto z właściwym sobie specyficznym poczuciem humoru pochwalił się publiczności znajomością polskiego zdania „kocham cię, zostań ze mną na noc”. I chociaż propozycja ta nie wydaje się szczególnie kusząca, gwarantuję, że kilka nocnych godzin z „Univers zen ou de zéro à zéro” będzie przeżyciem niezapomnianym.
koniec
19 grudnia 2008
1) Kwestia wymaga szerszego objaśnienia. Mamy więc Acid Mothers Temple & The Cosmic Inferno, Acid Mothers Temple SWR (alias Acid Mothers Temple mode HHH), a także jedyną załogę pozbawioną Makoty – Acid Mothers Temple & The Pink Ladies Blues. Za część kolektywu zwykło się także uważać The Mothers of Invasion, której nazwa hołduje słynnej grupie Franka Zappy.

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Od Maroka do Syrii droga wiedzie przez Paryż
Sebastian Chosiński

19 IX 2019

To nie jest debiut wymarzony. Francuskiej formacji Pelegrin sporo jeszcze brakuje do tego, aby okrzyknąć ją rewelacją. Ale jednak na „Al-Mahruqa” słychać pewne elementy, które pozwalają sądzić, że w przyszłości rockowy – a nade wszystko psychodeliczno-stonerowy – światek będzie mieć z paryżan pociechę.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Na cztery boskie wiatry
Sebastian Chosiński

17 IX 2019

Trzy i pół roku! tyle kazał czekać na swoją nową płytę holenderski kwintet Monomyth. Zespół, który w swej twórczości łączy wpływy psychodelii ze space- i krautrockiem, a nawet nie unika nawiązań do post-rocka i progresywnej elektroniki w stylu Tangerine Dream. To wszystko znajdziecie na trwającym zaledwie czterdzieści minut concept-albumie „Orbis Quadrantis”.

więcej »

Olbrzym, którego nie należy się bać
Sebastian Chosiński

12 IX 2019

Aż trudno w to uwierzyć, ale petersburski Piknik (Пикник) obchodził w ubiegłym roku czterdziestolecie istnienia. Co ciekawe, do dzisiaj w składzie grupy nie pozostał już ani jeden z jego założycieli; nie był nim nawet pełniący nieprzerwanie funkcję lidera od 1981 roku wokalista i gitarzysta Edmund Szklarski. Najnowszy album formacji, „В руках великана”, jest jej dwudziestym trzecim wydawnictwem z premierowym studyjnym materiałem.

więcej »

Polecamy

Lament zniewolonego ludu

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Lament zniewolonego ludu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Perwersyjna poezja miłosna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Gruby cover
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Z sąsiedzkim pozdrowieniem
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Hardkorowa terapia
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ino wpierw ciulnę ją sztachelką
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ups… tak im wyszło
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Do góry, kangury!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Który miś dla której dziewczyny
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Jesteś moim sercem, jesteś moją duszą
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Z tego cyklu

Fiordy, Warszawa i mroczna strona juhasa
— Mieszko B. Wandowicz

Zeuhl Cthulhu
— Mieszko B. Wandowicz

Hałas przekazany w genach
— Mieszko B. Wandowicz

Tegoż autora

O nienawiści; oraz o tym, szczo treba robyty z Lachamy
— Mieszko B. Wandowicz

O niedoskonałościach perfekcji
— Mieszko B. Wandowicz

Powieść o uciekaniu
— Mieszko B. Wandowicz

Dziwne owoce we wrocławskiej synagodze
— Mieszko B. Wandowicz

Mizantropia i makolągwy
— Mieszko B. Wandowicz

Byk kształtuje świadomość
— Mieszko B. Wandowicz

Esensja czyta: Listopad 2013
— Kamil Armacki, Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Jarosław Loretz, Daniel Markiewicz, Paweł Micnas, Beatrycze Nowicka, Joanna Słupek, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

W Geisterwelcie wilki łypią inaczej
— Mieszko B. Wandowicz

Boga najlepiej żuć powoli
— Mieszko B. Wandowicz

Obcy kontra Predator, czyli żądanie artyzmu
— Jakub Gałka, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.