Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 3 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Subiektywny Przegląd Muzyczny: Paprykowy industrial w wersji Mono
[ - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Kiedy przed paroma miesiącami przygotowywaliśmy muzyczne podsumowanie 2008 roku, miałem ogromny problem, aby wybrać dziesięć płyt, które zrobiły na mnie jako takie wrażenie. Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy nagle – wkroczywszy w rok następny – zostałem zalany całą masą znakomitej muzyki. Minęło dopiero niespełna pięć miesięcy, a już bym mógł z czystym sumieniem sporządzić swój Top Ten Anno Domini 2009. Dzisiaj kolejna piątka płyt szczególnie godnych uwagi.

Sebastian Chosiński

Subiektywny Przegląd Muzyczny: Paprykowy industrial w wersji Mono
[ - recenzja]

Kiedy przed paroma miesiącami przygotowywaliśmy muzyczne podsumowanie 2008 roku, miałem ogromny problem, aby wybrać dziesięć płyt, które zrobiły na mnie jako takie wrażenie. Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy nagle – wkroczywszy w rok następny – zostałem zalany całą masą znakomitej muzyki. Minęło dopiero niespełna pięć miesięcy, a już bym mógł z czystym sumieniem sporządzić swój Top Ten Anno Domini 2009. Dzisiaj kolejna piątka płyt szczególnie godnych uwagi.
John Frusciante, „The Empyrean”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Przed pięcioma laty John Frusciante zaskoczył wszystkich swoich fanów, wydając w ciągu dwunastu miesięcy sześć solowych płyt. W efekcie całkowicie opróżnił swoje muzyczne archiwa i na kolejny krążek artysty musieliśmy czekać aż do zimy 2009 roku. Album „The Empyrean” zawiera nagrania zrealizowane między grudniem 2006 a marcem 2008 roku, w których gitarzystę Red Hot Chili Peppers wspomagali między innymi Flea (kumpel z Red Hot), Josh Klinghoffer (tworzący z Johnem projekt Ataxia) oraz Johnny Marr (gość z zupełnie innej bajki, niegdyś w The Smiths i Electronic). Album to bardzo różnorodny. Obok instrumentalnej gitarowej ballady „Before the Beginning” zawiera najeżony elektroniką utwór „Dark/Light”. Obok redhotowego „Unreachable” znajduje się psychodeliczne „Heaven”. Obok zaśpiewanego w musicalowej konwencji „One More of Me” jest szaleńczy „Central”, w którym Frusciante tworzy znakomity gitarowy duet z Marrem. Wspólnym mianownikiem wszystkich utworów jest natomiast specyficzny śpiew lidera-wokalisty, który od razu zdradza, z kim mamy do czynienia. Do historii rocka „The Empyrean” pewnie nie przejdzie, co nie zmienia faktu, że jest on znakomitym portretem jednego z najwybitniejszych rockowych artystów ostatnich dwóch dekad.
Josh & Co. Limited, „Through These Eyes”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Liderem nowej brytyjskiej kapeli Josh & Co. Limited jest stary wyjadacz – Bryan Josh, już od ponad dekady pełniący honory lidera Mostly Autumn. To dość nietypowa kompania, starająca się łączyć estetykę rocka progresywnego (głównie spod znaku Pink Floyd) z wpływami rodzimego folku. Płyta „Passengers” (2003) udowodniła, że można to zrobić z niezwykłą wręcz finezją. W ubiegłym roku jednak – po nagraniu albumu „Glass Shadows” (2008) – Josh postanowił dać chwilę odpocząć swemu macierzystemu zespołowi i powołał do życia nowy projekt. W którym zresztą wydatnie wsparli go muzycy z obecnego składu… Mostly Autumn. Od porównań nie da się więc uciec. Muzyka zawarta na „Through These Eyes” jest przede wszystkim mniej folkowa, bardziej przebojowa, miejscami – choć niezbyt często – zahacza nawet o ambitny pop-rock. W czym zresztą nie ma nic złego. Najważniejsze bowiem jest to, że – choć melodyjne – piosenki Bryana nic nie straciły na swych artystycznych walorach. Hipnotyczne „Not a Dream” (z nawiązaniami do Steve’a Hacketta), motoryczne „Slow Down” (mające swoje korzenie w hard rocku), wreszcie przebojowe „Black Stone”, „Going Home”, tytułowy „Through These Eyes”, a nade wszystko „The Appian Way” już po pierwszym wysłuchaniu na długo zagoszczą w pamięci i sercu każdego entuzjasty progrocka.
Mono, „Hymn to the Immortal Wind”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Fani post-rocka nie mają na co ostatnimi laty narzekać. Bo choć zespoły ze stajni kanadyjskiego Constellation Records spuściły nieco z tonu, to jednak pałeczkę przejęły i z powodzeniem niosą dalej kapele pokroju islandzkiego Sigur Ros oraz japońskiego Mono. „Hymn to the Immortal Wind” to piąty krążek kapeli rodem z Tokio. Z całej ich dotychczasowej twórczości – najdoskonalszy. Album został nagrany w Chicago z udziałem orkiestry symfonicznej i pod czujnym okiem Steve’a Albiniego, który wyraźnie odświeżył nieco już zatęchłą formułę instrumentalnego rocka w wykonaniu muzyków z Kraju Kwitnącej Wisni. Mono wprost poraża – z jednej strony potęgą brzmienia, z drugiej depresyjno-magicznym klimatem, który nie opuszcza słuchacza od pierwszego do ostatniego dźwięku. Muzyka Japończyków uzależnia do tego stopnia, że jedyną rzeczą, którą chce się zrobić, kiedy już wybrzmią ostatnie tony „Everlasting Light”, to po raz kolejny odpalić „Ashes in the Snow” i całą podróż odbyć jeszcze raz. Tu piękno miesza się z grozą, nieskończony smutek z pierwotną siłą natury. Słuchając „Hymnu…”, niezwykle łatwo jest się zapomnieć i myślami powędrować daleko w kosmiczne przestrzenie. I piekielnie nie chce się z tych nieziemskich wojaży powracać!
:Wumpscut:, „Fuckit”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Monachijski Wumpscut to solowy projekt Rudolfa Ratzingera, pod tą nazwą wydającego płyty już od osiemnastu lat. Rudy przez lata wzbudzał kontrowersje, przeżywał wzloty (albumy „Bunkertor 7” z 1995 oraz „Boeses Junges Fleisch” z 1999 roku) i upadki, ale po wejściu w XXI wiek nie potrafił się zbytnio odnaleźć. Do teraz. Podwójny krążek „Fuckit” –na drugiej płycie umieszczono remiksy – to jedno z najwybitniejszych dokonań w światku electro-industrialu mijającej dekady. Utwory Ratzingera zyskały na melodyjności, zbliżając się tym samym do estetyki electro-gotyku. Praktycznie każdy z utworów to perełka: począwszy od „The Boo”, poprzez ponury „Cut to See how Much I Bleed”, transowy „Pooch”, aż po typowo industrialny – przywołujący łagrowe reminiscencje – „Gulag”. Muzyka Wumpscut zyskała oddech, a Rudolf – rzesze nowych fanów, którzy zapewne z zaskoczeniem będą odkrywać wcześniejsze dokonania artysty. Albumem „Fuckit” Ratzinger zawiesił sobie poprzeczkę niezwykle wysoko. Może nawet za wysoko. Bo aż strach pomyśleć, jak wielkim rozczarowaniem może się okazać kolejny krążek, jeżeli nie uda mu się dorównać poziomem swemu poprzednikowi. Ale tym będziemy się martwić dopiero za kilka miesięcy.
Neil Young, „Fork in the Road”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Nazwać tego kanadyjskiego artystę postacią kultową – to zdecydowanie zbyt mało. We współczesnej muzyce okołorockowej Neil Young to człowiek-instytucja. Mimo swych sześćdziesięciu czterech lat, z zadziwiającą systematycznością wciąż wydaje nowe płyty, stając się nie tylko wzorem do naśladowania, ale i źródłem inspiracji dla setek młodszych kolegów po fachu. „Fork in the Road” nie jest płytą idealną, nie jest też płytą nowatorską. Przy każdym utworze słuchaczowi towarzyszy bowiem myśl, że gdzieś kiedyś podobne dźwięki już słyszał. Najprawdopodobniej – u samego Younga. Na „Ragged Glory”, „Greendale”, „Living with War” bądź „Broken Arrow”. Ale czy to ważne? Neil kochany jest przez swych fanów właśnie za to, że się nie zmienia. Za pewność, że na nowej płycie artysty usłyszą oni kolejne countrowo-bluesowe wymiatacze z rzężącymi gitarami w tle (vide „Johnny Magic”, „When Worlds Collide”, „Fuel Line”, numer tytułowy), że nie zabraknie przejmujących ballad, wyśpiewanych chwytającym za serca i gardła głosem („Off the Road”, „Light a Candle”). Swoją drogą, niesamowite są te zmiany tonacji i płynne przejścia od indie-rocka po alt country, które już przed laty stały się znakiem rozpoznawczym Younga.
koniec
26 maja 2009

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Twardziele z Zagłębia Ruhry
Sebastian Chosiński

11 XI 2021

Postindustrialne krajobrazy różnie wpływają na mieszkańców regionów uprzemysłowionych – jednych przyprawiają o myśli depresyjne, innym dają kopa do aktywnej działalności. W przypadku muzyków zespołu Plaindrifter, który narodził się w niemieckim Gelsenkirchen, mamy do czynienia z tym drugim. Czego najjaskrawszym dowodem pełnowymiarowy debiut tria – album „Echo Therapy”.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.