Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 12 listopada 2018
w Esensji w Esensjopedii

Skit, czyli wywiad o mało określonej formie muzycznej

Esensja.pl
Esensja.pl
Hirek Wrona
Coraz mniej jest takich tematów w muzyce, które są nam kompletnie nieznane. Każdy dociekliwy, zainteresowany nie tylko życiorysem ulubionego wykonawcy, ale i wszelkimi przemianami we współczesnej muzyce, może się dziś sporo dowiedzieć dzięki mediom. Co jednak zrobić, kiedy interesujący nas temat wydaje się nie dość poważny do dyskusji dla dziennikarzy, artystów, a nawet niektórych fanów muzyki? Taki, który z tej racji nie ma dobrej definicji i jest… „czarną plamą”? Jedyną wówczas receptą na to jest rozmowa z kimś, kto zna się na muzyce. Z kimś pokroju Hirka Wrony. Później pozostaje już tylko to upublicznić.

Hirek Wrona

Skit, czyli wywiad o mało określonej formie muzycznej

Coraz mniej jest takich tematów w muzyce, które są nam kompletnie nieznane. Każdy dociekliwy, zainteresowany nie tylko życiorysem ulubionego wykonawcy, ale i wszelkimi przemianami we współczesnej muzyce, może się dziś sporo dowiedzieć dzięki mediom. Co jednak zrobić, kiedy interesujący nas temat wydaje się nie dość poważny do dyskusji dla dziennikarzy, artystów, a nawet niektórych fanów muzyki? Taki, który z tej racji nie ma dobrej definicji i jest… „czarną plamą”? Jedyną wówczas receptą na to jest rozmowa z kimś, kto zna się na muzyce. Z kimś pokroju Hirka Wrony. Później pozostaje już tylko to upublicznić.
Marek Nowacki: Jaka jest definicja skitu?
Hirek Wrona: Skit – moim zdaniem – to coś, co jest przerywnikiem na płycie. Może to być dźwięk słowny, słowno-muzyczny czy też efekt, który czemuś służy. Wprowadzający słuchacza w jakiś nowy element tej płyty lub spinający utwór wcześniejszy z następnym.
Skity były znane, od kiedy pamiętam. Skitem była na przykład niezwykle krótka kompozycja muzyczna Czesława Niemena pt. „Ptaszek Idiota” do słów wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. To był taki klasyczny skit, króciutki, kilkusekundowy utworek, który „spinał” jedną suitę z drugą. Skit, który pierwszy raz wprowadzał coś nowego do muzyki, zawierała płyta pt. „Symbol” nagrana przez Prince’a. To dwie rozmowy telefoniczne muzyka z dziennikarką, w trakcie których Prince na końcu przedstawia się jako Wiktor. Dzwoni do dziennikarki i mówi: Już nie jestem Prince’em. „My name is Victor”. Ten skit służył temu, by pokazać ciężki dla artysty okres, w którym zrywa kontrakt z wielkim koncernem muzycznym – Warner Music. Muzyk chciał w ten sposób artystycznie się wyzwolić.
Mnóstwo skitu jest w hip-hopie, ale to nie jest ich wynalazek. Od kiedy zaczęto nagrywać płyty, coraz częściej pojawiały się tzw. intra, jakieś zapowiedzi czegoś. Możemy je usłyszeć na pierwszych płytach jazzowych. Jeżeli miałbym doszukiwać się źródeł powstania skitu, to raczej w historii jazzu i wśród takich „zapowiadaczy”, którzy wychodzili na scenę i przed każdym koncertem mówili na przykład: „Panie i Panowie, teraz wystąpi król Nowego Orleanu, orkiestra Kinga Oliviera”. To był początek XX wieku. Przez wiele lat James Brown miał swojego „zapowiadacza”, którego tak naprawdę jedynym zadaniem było powiedzieć: „Przed wami ojciec chrzestny muzyki soul, James Brown”. To była jego jedyna funkcja, którą spełniał przed każdym koncertem.
M.N.: Ważną rolę w kształtowaniu się skitu odegrali również bluesmani.
H.W.: Dawniej bardzo popularne było opowiadanie jakiejś historii związanej z piosenką, która miała zostać przez nich odegrana. Takim kolejnym klasycznym skitem z lat 60., który przeszedł do historii bluesa, jest utwór słynnego, nieżyjącego już bluesmana – Screamin′ Jay Hawkinsa – „The Constipation Blues”. Hawkins swoją opowieść zaczyna od wyliczania, ile już powstało piosenek o miłości – szczęśliwej i nieszczęśliwej, o wojnie, protestach, o czarnych i białych, po czym zauważa, że nigdy nie powstała piosenka o robieniu kupy. I o tym jest utwór „The Constipation Blues”. Ten słynny skit w bluesie obrazuje historię bluesa i parodiuje stylistykę tej muzyki. Zwykle były to przecież opowieści o zniewoleniu czarnych, ich ciągłej pracy przy zbiorze bawełny wraz z wybijanym rytmem i akompaniamentem prostej gitary. Tu również możemy doszukiwać się źródeł skitu – w tyglu kulturowym stworzonym przez Nowy Orlean. Niewolnicy przywożeni z Afryki wznosili okrzyki, które zachęcały do rytualnych tańców, czyli na przykład wychodził szaman i rozpoczynał taniec o przywołanie deszczu. Uważam, że to również jest jakiś początek. Źródeł, które możemy potraktować jako początek skitu, jest naprawdę bardzo wiele.
M.N.: Muzyka z gatunku industrial wprowadziła wiele dźwiękowych wstawek do utworów, na przykład przemówienia polityczne lub odgłosy ulicy.
H.W.: Jeszcze przed muzyką industrialną możemy takie wstawki zauważyć. Przykładem może być płyta Marvina Gaye’a o wymiarze społeczno-politycznym – „What′s Going On” (wydana w 1971 roku – przyp. aut.), która zaczyna się od rozmowy i pytania: „What′s happen?”. Dopiero potem następuje utwór. Inne dźwiękowe wstawki możemy usłyszeć chociażby na płycie Beatlesów – „Orkiestra klubu samotnych serc sierżanta Pieprza” (nagrana w 1967 r. – przyp. aut.). Poza tym rock progresywny przed industrialem był pełen tego rodzaju skitów. Były to często zapowiedzi, opowieści. Proszę posłuchać „Wojny światów”. Aktor Richard Burton przepięknym, niskim głosem opowiada, jak to się wszystko zaczęło. Swoją cudowną angielszczyzną wprowadza w pompatyczny klimat symfonicznej muzyki (mowa o musicalu Jeffa Wayne′a na motywach słynnej powieści Herberta George′a Wellsa „Wojna światów” z 1978 roku – przyp. aut.). Silny związek skitu można więc dostrzec z obrazem.
Skitów w zasadzie w każdej muzyce jest mnóstwo, natomiast jako ich źródeł dopatrywałbym się, jak już mówiłem, w zapowiedziach samych koncertów wczesnej muzyki jazzowej, bluesa i muzyki gospel. Takich zapowiadaczy dziś nazywamy często MC. Skit jest prosty do zdefiniowania, ale aby doszukać się jego źródeł, trzeba prześledzić korzenie całej muzyki w ogóle. Z tej perspektywy typowy bard średniowieczny, który często nie umiał dobrze grać na instrumencie, a zamiast tego dobrze śpiewał i opowiadał różne historie, również wykorzystywał elementy, które możemy obecnie zauważyć w skicie. W tym wypadku uderzenie w struny mogło być takim skitem. Sama muzyka poważna często korzysta z krótkich dźwięków werbli, kotłów, skrzypiec czy fagotów. Wszystko to służy podniesieniu napięcia, dramaturgii symfonii lub opery. Ma to podkreślać i ułatwiać przekaz muzyki.
M.N.: Czy skit ma charakter żartobliwy?
H.W.: Nie można tego jednoznacznie stwierdzić. Choć tak się wydaje, to jednak nie służy tylko polepszeniu humoru. Skrzypce grające wysokie dźwięki towarzyszące scenie opery, w której strzała zraniła serce kochanki, mają wymiar tragiczny. A kiedy mówimy o dźwiękach podkreślających przemarsz wojska, to również nie ma w tym nic wesołego. To nie jest również tylko sztuka dla sztuki. Skit w setach DJ-a oznacza zmianę tempa, zmianę utworu. Jeżeli raper nagrywa krótki skit, to przekazuje to, co chce dalej powiedzieć. Jest to treść albo za krótka na cały utwór, albo nie potrzeba nagrywać specjalnie całego utworu do tego, by przekazać przesłanie lub ciekawy bit.
M.N.: Czy są jakieś negatywne strony skitu? Czy można w ogóle w takich kategoriach go rozpatrywać? Na hip-hopowym rynku muzycznym słyszy się stwierdzenia, że służą do zapchania płyty, czyli są tylko po to, by wypełnić nieudane utwory i sprzedać cały album. Czy uczestniczy w komercjalizacji muzyki?
H.W.: Nie można mówić o negatywnych stronach skitu. Skit czemuś służy. Jeżeli skity miałyby być tylko „wypełniaczami”, to po co robić 15 skitów, skoro można wydłużyć jeden utwór o 5 minut, zapętlając ten sam bit? Tworzenie 15 skitów do tego celu nie miałoby więc sensu. Jest to dla mnie nielogiczne. Argument, że skit służy do „zapychania”, jest absurdalny. W Polsce panuje w ogóle złe pojęcie komercji. Komercja oznacza coś, co jest popularne, co się sprzedało w dużym nakładzie. Jeżeli O.S.T.R.y „sprzedaje się”, to oznacza, że jest komercyjny. I takim artystą jest. O.S.T.R.ego trudno jednak podejrzewać, że nagrywa płyty tylko po to, żeby być komercyjnym artystą.
M.N.: Słowo „komercja” jest bardzo negatywnie nacechowane.
H.W.: A jest tak naprawdę znacznie bardzo pozytywne – świadczy o tym, że artysta odniósł sukces. U nas w Polsce nie ma określenia zastępczego na komercję. Jak coś jest nazywane „komerchą”, to jest to formułowane w znaczeniu zupełnie innym, czyli właśnie negatywnym. Nie ma żadnych wartości i jest niedobre. Zatem jeżeli używamy na płytach komercyjnych skitu, to automatycznie skity stają się komercyjne. To nie oznacza jednak, że one są złe!
M.N.: Niektóre formy skitu pokazują „nową twarz” artysty, to szeroko pojęty dowód jego autentyczności, że ma przemyślenia na temat własnej i cudzej twórczości.
H.W.: Skit może wyrażać stosunek emocjonalny samego artysty do swojej sztuki. Także jest to czasem krytyka w stosunku do innego artysty. Ja się jednak z tym nie zgodzę, że poprzez skit tworzona jest osobowość artysty. Doszukiwanie się w nim cech, dzięki którym istnieje lepsza relacja między artystą a słuchaczem, jest w moim przekonaniu bezcelowe. Przecież nie na wszystkich płytach są skity, a niektóre z nich uważane są za arcydzieła, do których wszyscy mają bardzo pozytywny stosunek, i do muzyki, i wykonawcy. Skit jest to taki sam utwór jak każdy inny na płycie. Z punktu widzenia prawa autorskiego skit podlega takim samym rygorom prawnym, jak każdy inny utwór muzyczny.
M.N. Jak powstają skity?
H.W.: W sposób dwojaki. Jest to zamierzony cel artysty, wtedy powstają tak jak inne utwory albo są efektem radosnej działalności twórczej. Coś się fajnego nagrało i można to wykorzystać na płycie jako łącznik czy też jako przekaz wynikający z tej płyty. Nie demonizowałbym wersji, że jest to nieskończony utwór, ale raczej poszedłbym tropem, że jest to albo przypadkowo nagrany dźwięk, który okazuje się bardzo ważny na tej płycie, albo specjalny nagrywany dźwięk słowno-muzyczny, który ma czemuś służyć.
M.N.: Czy w skicie można doszukać się jakiegoś związku z reklamą lub może propagandą?
H.W.: Najczęściej jako skit są używane fragmenty filmów. Dobrym przykładem może być ścieżka do filmu „Blues Brothers” i James Brown, który zresztą gra w jednej ze scen. Wciela się w postać pastora Kleofasa i przed swoim występem przemawia do wiernych zgromadzonych w kościele. Nie przypominam sobie, by skit reklamował w Polsce jakąś płytę. U nas w ogóle mało promuje się muzykę.
Najczęściej „skitowanym” człowiekiem jest Martin Luther King. Jego wypowiedzi używa mnóstwo czarnych artystów w różnych kontekstach. Jego nagrania radiowe są niezwykle popularne.
M.N.: Jaka jest przyszłość skitu? Czy wciąż ewoluuje?
H.W.: Nie wydaje mi się, aby skit ewoluował w jakimś konkretnym kierunku. Na pewno będzie się zmieniał, ponieważ zmienia się forma przedstawiania muzyki. Są bardziej „połamane” bity, z jednej strony więcej się tworzy na komputerach, z drugiej wielu wykonawców gra wszystko „na żywo”. Skity będą się zmieniały, tak jak się zmienia muzyka i kultura w ogóle na świecie. Nie sądzę jednak, by powstała specjalna dziedzina muzyki, która by się przykładowo miała nazywać „skit music”. Na pewno w jakiś sposób skit przeniknie do innych dziedzin sztuki i możemy już go odnajdywać. Na przykład każdy wstęp czy intro do tańca breakdance można traktować jako skit.
M.N.: Czy można mówić o popularności skitu w Polsce?
H.W.: Skit ma być użyteczny, o popularności nie można tu mówić. Tym bardziej że mało jest ludzi w Polsce, którzy interesują się muzyką. „Interesują” w sensie analizy i pisania o muzyce. Nie ma gdzie pisać, nie ma o kim…
M.N.: Może skity zmienią to jakoś?
H.W.: Wie pan co… Skity są fajne o tyle, że czasem w krótkich, żołnierskich słowach można rzeczywiście komuś porządnie przyłożyć.
koniec
9 kwietnia 2009

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Emocje są dla mnie w muzyce najważniejsze
Piotr Schmidt

19 VII 2018

Rok po nagraniu doskonałej płyty „Dark Morning” i na niespełna dwa miesiące przed publikacją – wypełnionego gwiazdami – albumu „Saxesful” postanowiliśmy dowiedzieć się od twórcy obu płyt, trębacza Piotra Schmidta, jak rozpoczęła się jego przygoda z jazzem, co dała mu współpraca z pianistą Wojciechem Niedzielą oraz czy jako pedagog widzi w swoim otoczeniu młodych artystów, którzy w przyszłości mogą wpłynąć na oblicze polskiego jazzu…

więcej »

Zawsze oczekiwałam od sztuki wzruszeń, a teraz pragnę ich dostarczać
Anna Przybył

9 V 2017

Debiutancka płyta Anny Przybył ma być powiewem świeżości na polskiej scenie lirycznego popu i piosenki poetyckiej. Artystka pod koniec kwietnia wydała „Pragnienia”, album nagrany we współpracy z kierownikiem produkcji i twórcą większości aranży Jackiem Hoduniem oraz realizatorem dźwięku, siedmiokrotnym laureatem Fryderyka, Leszkiem Kamińskim. Z młodą wokalistką, kompozytorką i poetką rozmawiamy o znaczeniu emocji, „Podwójnym życiu Weroniki” i Halinie Poświatowskiej.

więcej »

Traktuję jazz jako muzykę świecką…
Maciej Fortuna

18 XII 2014

Jest jednym z najaktywniejszych muzyków na polskiej scenie jazzowej, choć wiele jego projektów wykracza znacznie poza nawet szeroko rozumiany jazz. Nie tak dawno światło dzienne ujrzała, wysoko oceniona w „Esensji”, płyta nagrana przez Macieja Fortunę z artystami zza Oceanu – „The Last of the Beboppers”.

więcej »

Polecamy

Seria z karabinu maszynowego

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Seria z karabinu maszynowego
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dobra humppa, tylko z Finlandii
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Mrok i przerażenie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Potszebujesz krifi
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Knajpiana Kapela Oddech Silnika Sierżanta Hetfielda
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Sułtan swingu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Plus, nie minus
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zacznijmy od „gis”
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Czołowy przedstawiciel wieś punku
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Maaammaaa Juhuuu!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.