Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 kwietnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Paweł Muszyński, Marcin Wroński
‹Wielki Bestiariusz Praktyczny: Gobliny›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Muszyński, Marcin Wroński
TytułWielki Bestiariusz Praktyczny: Gobliny
OpisWielki Bestiariusz Praktyczny.
Na podstawie podróży i przygód niezliczonych Chyżopiętka de Bluma, przez tegoż spisany i ilustracjami opatrzony.
Gatunekfantasy, humor / satyra

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Gobliny

– Wybacz – odparłem – ale nie bardzo rozumiem. „Mataczyć” to w goblińskim języku kraść?
– Kraść też – odparł goblin. – Poza tym zabijać, za cicho siorbać przy jedzeniu, oszukiwać, wyłudzać, podszywać się, wyzywać, przeklinać, łupić, podpalać, truć, kłamać, grozić, kaleczyć, spiskować, zadawać głupie pytania…

Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Gobliny

– Wybacz – odparłem – ale nie bardzo rozumiem. „Mataczyć” to w goblińskim języku kraść?
– Kraść też – odparł goblin. – Poza tym zabijać, za cicho siorbać przy jedzeniu, oszukiwać, wyłudzać, podszywać się, wyzywać, przeklinać, łupić, podpalać, truć, kłamać, grozić, kaleczyć, spiskować, zadawać głupie pytania…

Paweł Muszyński, Marcin Wroński
‹Wielki Bestiariusz Praktyczny: Gobliny›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Muszyński, Marcin Wroński
TytułWielki Bestiariusz Praktyczny: Gobliny
OpisWielki Bestiariusz Praktyczny.
Na podstawie podróży i przygód niezliczonych Chyżopiętka de Bluma, przez tegoż spisany i ilustracjami opatrzony.
Gatunekfantasy, humor / satyra
Wyspa Albion to jedna z najbardziej zadziwiających krain świata. Wszyscy, nie tylko dzieci i bezzębni starcy, jedzą tam dużo owsianki, ponieważ jest im ona niezbędna do prawidłowego mówienia w ich języku. Poza tym Albiończykom wszystko kojarzy się w sposób najbardziej ordynarny. Gdy Ty, Czytelniku, widzisz krowę, myślisz zazwyczaj o jej mleku lub mięsie, ale człowiek urodzony na tamtej wyspie na widok jałówki niezawodnie zawoła „kał”. W każdym innym kraju, gdy zaproponujesz gościowi ciastka, ten powie uprzejmie „Czemu nie?”. Tylko Albiończyk napcha sobie usta owsianką i burknie z wyniosłością: „Łajno-t?”. Inną dziwną cechą tej nacji jest to, że karoce powozi się tam z miejsca pasażera, zaś pasażerowie siedzą na koźle woźnicy. Za to karczmy mają porządne, a mówią na nie „bap”, choć zwykle przesiadują w nich same chłopy. Właśnie gdy bawiłem w ich kraju i wracałem z bapu, postanowiłem zrobić sobie spacer po lesie. Liczyłem, że ujrzę wodną pannę albo wesołych rozbójników, jednak nie uszedłem daleko, gdy spotkał mnie wypadek. Nastąpiwszy na kępkę mchu, wpadłem nagle do głębokiej dziury. Wpierw sądziłem, że to zwykła nora białego królika, ale gdy spadłem na samo dno, zobaczyłem przed sobą ciemny, kamienisty tunel, którego żaden królik nie zdołałby wykopać. Ponieważ nijak nie mogłem wspiąć się z powrotem na górę, ruszyłem w głąb tej nory, licząc, że znajdę drugie wyjście. Wkrótce w kompletnych ciemnościach ujrzałem światełko. Przyspieszyłem więc kroku, niestety okazało się, że nie był to wylot z pieczary, ale przygaszona pochodnia leżąca na ziemi. Nie namyślając się, podniosłem ją i chciałem iść dalej. Wtem zatrzymał mnie skrzekliwy głos:
– Hej, ty! Mataczysz moją pochodnię!
Odwróciłem się i ujrzałem bardzo małą, pokraczną postać skuloną pod ścianą.
– Zgubiłem pierścień – skrzeczał stwór. – Baardzo cenny, złoty. Wieeelki skarb! Bez pochodni nie znajdę.
Natychmiast odgadłem, z kim mam do czynienia. Przede mną klęczał na czworakach goblin – małe, brunatno-zielone stworzenie zamieszkujące masowo takie właśnie pieczary. Gobliny to szeroko rozpowszechniony motyw ludyczny w wielu krajach. Prawdopodobnie ze względu na swoje szkaradzieństwo, które artyści nazywają „pięknem kontrastowym”, są wzorem dla kamiennych rzeźb ustawianych na gzymsach i przy ujściach rynien. W bogatych domach kupieckich istnieje także moda na małe porcelanowe goblinki stawiane na stołach zawsze w komplecie po jedenaście.
– Zamataczyłeś moją pochodnię – powtórzył zniecierpliwiony stworek.
– Wybacz – odparłem – ale nie bardzo rozumiem. „Mataczyć” to w goblińskim języku kraść?
– Kraść też – odparł goblin. – Poza tym zabijać, za cicho siorbać przy jedzeniu, oszukiwać, wyłudzać, podszywać się, wyzywać, przeklinać, łupić, podpalać, truć, kłamać, grozić, kaleczyć, spiskować, zadawać głupie pytania…
– Dobrze, dobrze – przerwałem. – Chyba już pojmuję.
– Skoro tak, to nie matacz, tylko oddawaj pochodnię – zażądał stwór.
– A, tak. Nie wiedziałem, że jest twoja. Wziąłem ją niechcący. Proszę, przepraszam.
– O! – zdziwił się mój pokraczny towarzysz. – Zamataczył i przeprosił. Rzadka rzecz. Chcę, byś zjadł dziś wieczerzę z moją rodziną. Nalegam! – zaskrzeczał i zniknął w maleńkim otworze w ścianie.
– A twój pierścień? – zawołałem za nim.
– Kółko z papierowego sreberka. Mała strata – doszło mnie z wnętrza tunelu. – Chodź, chodź!
Z trudem wgramoliłem się za goblinem i poczołgałem za nim. W końcu tunel wyszedł na wielką grotę rozmiarami przypominającą boisko do gry w polo. Całą jej podłogę i ściany obsiadły kłębiące się i piszczące gobliny. Na oko było ich około dwunastu tysięcy.
– To mój klan – zamachał łapami z dumą mój przewodnik. – Wcale nie największy w naszych podziemiach, ale jeden ze starszych. Ja jestem głową rodu – rodu Krantzerbachów. Wszyscy tutaj to moi potomkowie.
Gobliny często nazywa się podziemnymi królikami, jednak gdyby królik zobaczył możliwości mnożenia się tych stworzeń, poczułby się nikim i wpadłby w nałogi. Ciąża trwa u nich trzy godziny. W każdym miocie jest najmniej czterdzieści młodych, z których każdy osiąga dojrzałość płciową po dwunastu minutach. Przy czym gobliny dzielą się na dwie płcie z czystej formalności. Nie ma najmniejszego znaczenia, kto z kim się parzy – zazwyczaj oboje rodzice zachodzą w ciążę. Co ciekawe, także gobliny już ciężarne mogą zostać zapłodnione po raz wtóry. Wtedy rodzą odpowiednio więcej młodych.
Ilustracja: Krzysztoff Kain May
Ilustracja: Krzysztoff Kain May
Krantzerbach usadowił mnie przy jednym z większych skupisk, gdzie jego najbliżsi pożerali właśnie zdechłego szczura z kiszonym mchem. Jak to przy wieczerzy bywa, gospodarz zaczął mi opowiadać o swoich kłopotach. Cały jego klan pracował w rodzinnej wytwórni ciasta „Krantzerbach i synowie” i wyrabiał mdłe ulepki z glonów porastających ściany podziemi. Aby dodać im smaku, do każdego bochna wkładano jeden liść. Czasem był to liść laurowy, czasem kasztanowy lub lipowy, ale najczęściej wierzbowy. Właśnie skończył się zapas owej przyprawy i Krantzerbach musiał pilnie wyruszyć na obchód miejsc, gdzie uschnięte liście spadają do podziemi różnymi otworami. Żaden z synów nie mógł go zastąpić, bo – jak powiedział – komu chciałoby się pracować dla firmy, w której przypada mu 0,02 % udziałów. Tymczasem zbliżała się rada plemienna goblinów, na której zjawiają się starsi wszystkich rodów, by reprezentować swoich ziomków. Mój gospodarz poprosił mnie, bym zastąpił go na zebraniu, jako że słynę mądrością i obyciem. Przystałem na to, ale wpierw chciałem, by goblin zapoznał mnie z dotychczasową pracą tego zgromadzenia, jego procedurami działania i celami istnienia. Krantzerbach spełnił moją prośbę i udaliśmy się razem do goblińskiej biblioteki prawa, gdzie składowane są wszystkie uchwały wydane przez radę plemienną. Wąskie tunele prowadziły nas raz prosto, raz zaś pionowo w dół.
– Nie można by zrobić skośnych tuneli dla wygody? – spytałem, po raz kolejny spadając na twarz.
– Uchwała rady – odparł mój przewodnik. – Mogą być tylko korytarze pionowe i poziome.
W bibliotece znalazłem więcej podobnych zarządzeń, na przykład uchwałę o ochronie danych osób. Każde imię miało tam wycenioną wartość jak złoto czy srebro.
– Bardzo mądra uchwała – zapewniał mnie Krantzerbach. – Co byś zrobił, jakby ci ktoś ukradł imię? Rodzina by nie wiedziała, czy jesteś swój. Nie mógłbyś też już przedstawiać się innym ludziom!
Następnego dnia poszedłem na posiedzenie rady plemiennej. Na sali rozsiadło się kilkudziesięciu przedstawicieli, jednak długo nic się nie działo, bo czekaliśmy na przewodniczącego, pana Grimmenweltza, ze względu na władzę, jaką dzierżył, przezywanego czasem Doktorem Klucznikiem. Według tradycji przewodniczącym powinien być przedstawiciel najstarszego rodu, jednak Grimmenweltzowie – choć mieszkali w podziemiach zaledwie 666 lat – wykazali się nadzwyczajną płodnością i dlatego zdołali zakrzyczeć całą radę. W końcu zjawił się bardzo gruby goblin o ciemnozielonej skórze. Zdjął czapkę, odsłaniając łysą, połyskującą czaszkę, jednak zaraz założył ją z powrotem i usiadł na kamiennym fotelu. Widząc jego pyzatą jak księżyc mordkę, pojąłem, czemu mówi się, że jedyną rzeczą, której Grimmenweltz boi się śmiertelnie, to lustrowanie się w zwierciadle.
– Zaprawdę powiadam, rozpoczynamy posiedzenie rady plemiennej goblinów – rozpoczął głosem zaskakująco piskliwym jak na kogoś tak postawnego. – Przystępujemy do głosowania nad uchwałą o nałożeniu dwudziestoprocentowego podatku na ciasto przyprawiane liśćmi. Uchwała zostanie przyjęta.
Wszystkie gobliny po kolei zaczęły mówić „za”. Gdy przyszła moja kolej, powiedziałem:
– Przeciw.
Na sali zapanowało niewielkie zamieszanie. Pan Grimmenweltz uśmiechnął się dobrotliwie i upomniał mnie:
– Powinien pan rzec „za”. Przecież powiedziałem, że uchwała zostanie przegłosowana.
– Nie mogę tak zagłosować – odparłem – ponieważ ta uchwała godzi w interesy rodu, który reprezentuję. Jeśli zostanie przyjęta, to piekarnia „Schwindel & Schwindel & Schwindel…”, która przyprawia ciasto jedynie solą, niechybnie zdominuje cały rynek pieczywa.
Przewodniczący pokiwał głową z politowaniem.
– Oczywiście, panie przedstawicielu. Przecież o to właśnie chodzi. Nadmienię tylko, że gdyby pan Krantzerbach, podobnie jak pan Schwindel, dawał mi cenniejsze prezenty niż pierścionki wycięte ze sreberka, to może i on dostawałby korzystne uchwały.
– Zaraz, zaraz – zawołałem. – A co z uchwałą nr 12 z posiedzenia rady CCLXIII? Artykuł trzeci mówi, cytuję „Aby promować jakość naszego pieczywa, zwalnia się je od podatku, pod warunkiem że ciasto zostało posolone lub ciasto liść ma.” Dzisiejsza uchwała jest bezspornie sprzeczna z tamtą, a to oznacza, że pan przewodniczący popełnia mataczenie!
Przez salę przetoczył się pomruk zaskoczenia. Pan Grimmenweltz zasępił się, jakby obmyślał, co odpowiedzieć. Po paru długich minutach podniósł się z miną mówiącą „mam”.
– To są – zaintonował, dokładnie cedząc słowa – oszczerstwa skalkulowane na zbijanie kapitału politycznego moim kosztem.
Wszystkie gobliny zaczęły wtedy gwizdać i krzyczeć.
– Panie przewodniczący, obawiam się, że owies uderzył panu do głowy – upomniał go delikatnie pan Schwindel. Pan Grimmenweltz zdjął czapkę i zajrzał do środka.
– Faktycznie – powiedział. – Dziękuję, panie Schwindel. – I wysypał na podłogę garść ziarna. – Co to ja miałem…? Aha. Panie archiwisto, niech pan będzie tak miły i przyniesie uchwałę, na którą powołał się przedstawiciel Chyżopiętek.
Mały goblin w meloniku wybiegł z sali i po chwili wrócił z uchwałą zapisaną na garbowanej szczurzej skórze. Przewodniczący wziął ją, poślinił paluch i wymazał z uchwały słowa „lub ciasto liść ma”. Następnie pokazał ją wszystkim z uśmiechem.
– Widzicie tu coś o liściach? Bo ja nie.
– To jest jawne mataczenie! – krzyknąłem wzburzony.
Jednak Grimmenweltz zupełnie to zignorował i zaintonował po swojemu:
– Zaprawdę powiadam, głosujemy nad uchwałą o wykluczeniu z prac rady pełnomocnika pana Krantzerbacha, mecenasa Chyżopiętka. Uchwała zostanie przegłosowana.
Wszystkie gobliny kolejno powiedziały „za”, po czym Grimmenweltz skazał mnie na tysiąc złotych grzywien grzywny za złamanie nowej uchwały.
Na szczęście w drodze na posiedzenie rady zdążyłem lepiej poznać podziemną krainę goblinów i wiedziałem już, którędy wydostać się na powierzchnię. Uciekłem więc czym prędzej, a za mną toczył się po tunelach głos przewodniczącego Grimmenweltza, który dudnił: „Pan jest zerem, panie Chyżopiętek!”. Od tamtego czasu unikam goblinów jak ognia. Niestety wyliczyłem sobie, że przy ich tempie mnożenia się nie minie kilka lat, jak nigdzie na świecie nie będzie miejsca, gdzie nie rządziłyby gobliny.
koniec
11 marca 2005

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Listopad dla Polaków niebezpieczna pora
— Agnieszka Szady

Sss!
— Wojciech Gołąbowski

Z dziejów piątego żywiołu
— Wojciech Gołąbowski

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Sfinks
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Satyr
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Wilkołak
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Podwójniak
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Golem
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Krasnoludy
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Gnom
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

W trakcie

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.