Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 kwietnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Paweł Muszyński, Marcin Wroński
‹Wielki Bestiariusz Praktyczny: Podwójniak›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Muszyński, Marcin Wroński
TytułWielki Bestiariusz Praktyczny: Podwójniak
OpisWielki Bestiariusz Praktyczny.
Na podstawie podróży i przygód niezliczonych Chyżopiętka de Bluma, przez tegoż spisany i ilustracjami opatrzony.
Gatunekfantasy, humor / satyra

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Podwójniak

Stwór ów ma ciało i kręgosłup miękkie jak glina i kiedy tylko zechce, w dowolną postać może się zmienić. Nie czyni tego bynajmniej z ciekawości dla życia innych ani by poprawić sobie prezencję. Kieruje się wyłącznie chęcią zysku, a jego pazerność nie zna granic.

Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Podwójniak

Stwór ów ma ciało i kręgosłup miękkie jak glina i kiedy tylko zechce, w dowolną postać może się zmienić. Nie czyni tego bynajmniej z ciekawości dla życia innych ani by poprawić sobie prezencję. Kieruje się wyłącznie chęcią zysku, a jego pazerność nie zna granic.

Paweł Muszyński, Marcin Wroński
‹Wielki Bestiariusz Praktyczny: Podwójniak›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Muszyński, Marcin Wroński
TytułWielki Bestiariusz Praktyczny: Podwójniak
OpisWielki Bestiariusz Praktyczny.
Na podstawie podróży i przygód niezliczonych Chyżopiętka de Bluma, przez tegoż spisany i ilustracjami opatrzony.
Gatunekfantasy, humor / satyra
Opowiedziałem wam już nader wiele moich przygód i pewnie niejeden z Czytelników zdumiał się, że można ich przeżyć tak wiele. Ja jednak tego dokonałem, ale że nie jestem z żelaza, po bodaj setnej przygodzie nagle poczułem się strasznie głodny. Postanowiłem zatem odwiedzić miasto Krakka słynące z uniwersytetu, nieżywego smoka i znakomitej gastronomii. Jedna gospoda była słynna szczególnie, a zwała się niezwykle: „U Doppelgängera”. Stała przy samym Dużym Rynku, więc przeoczyć ją było trudno, a przy tym przyciągała oczy nazwą, której znaczenia nikt nie potrafił zgadnąć. Ledwie więc zobaczyłem szyld tak różny od dobrze wszystkim znanych „Pod Pulchną Gęsią”, „Pod Kogucim Udkiem”, „U Kachny”, „Pod Dwoma Sosnami”, zaraz zapragnąłem sprawdzić, co kryje się wewnątrz.
Kiedy wszedłem, zobaczyłem olbrzymi tłum gości. Kłębili się tam zarówno studenci, jak i profesorowie uniwersytetu pospołu z żołnierzami i najemnikami, przyjezdnymi chłopami i wyjezdnymi kupcami. Byli nawet żebracy, którzy ciężko zarobione przez kogoś innego grosze postanowili wydać na kaszę i piwo właśnie w tym przybytku. Z niemałym więc trudem znalazłem dla siebie skrawek ławy, gdzie mogłem przycupnąć. Gospodarz kazał mi czekać na siebie nader długo, nie miałem jednak o to pretensji, bo nie brało się to z lenistwa, ale niezwykłej wprost uwagi, jaką poświęcał każdemu gościowi. Rozmawiał właśnie z jakimś garbatym brodaczem, chyba profesorem, zachwalając jego ostatnią pracę naukową. Widząc, że potrwa to chwilę, postanowiłem siorbnąć łyk wina ze szklanicy mego sąsiada, który akurat zasnął spity na stole. Zdumiałem się, dlaczego znamienici goście lubują się w napojach przypominających smakiem skwaśniały sok, i już rozczarowany chciałem wyjść, gdy karczmarz przypadł do mnie z uśmiechem. Przez moment zdało mi się, że musiałem już go gdzieś spotkać, bo był jakby do kogoś podobny. Nagle zrozumiałem – karczmarz miał spiczastą bródkę – dokładnie taką, jaką ja wtedy nosiłem. Lecz dziwna rzecz, gdy obsługiwał profesora, zdawała mi się ona dużo dłuższa, ale to pewnie dlatego, że nachylał się przy nim tak bardzo.
– Witam! – zakrzyknął. – Słynny pan Chyżopiętek! Jak miło nam pana gościć! A już straciliśmy nadzieję, że zechce nas pan odwiedzić.
Zdumiałem się nieco. Nie o to chodzi, że nie wiedziałem, jaki jestem słynny, lecz doświadczenie nauczyło mnie już, że właściciele szynków są mało zainteresowani światem i moje nazwisko rzadko im cokolwiek mówi. Ale ten najwidoczniej należał do wyjątków.
– Jestem, panie Chyżopiętku – kontynuował – wielkim amatorem podróżniczych opowieści i muszę ci powiedzieć, że twoje właśnie przygody ukochałem sobie najbardziej. Są to bowiem przygody najpiękniejsze z pięknych i najciekawsze z ciekawych, dowodzące przy tym niebywałej roztropności, odwagi, męstwa i szlachetności. Dlatego zaraz każę przynieść z piwnicy dzban najlepszego wina, które podaję tylko znamienitym gościom. Wiem, że ty, człek bywały w świecie, docenisz jego wysoką jakość. Już niosę! Na jednej nodze! – zawołał i pobiegł po wino.
Gdy go skosztowałem, początkowo zdawało się nieco podobne w smaku do tego, którego upiłem wcześniej od mego kompana, lecz już po chwili poczułem, że jest to jednak trunek dużo wykwintniejszy. Tymczasem karczmarz chwalił siedzącego naprzeciw mnie chłopa, że nikt prócz niego nie potrafi wyhodować zboża, które ma w kłosie aż trzy ziarenka. Wieśniak pokraśniał z dumy i zamówił potrójną pieczeń. Biesiadowaliśmy więc radośnie, gdy naraz do karczmy wkroczył dumnym krokiem niejaki Zadrzynos von Dumm, podróżnik sławny, lecz w relacjach ze swych przygód nie stroniący od fantazji i nieco zarozumiały. Gospodarz jak zwykle był kimś zajęty, więc nowy gość sam ruszył poszukać sobie miejsca. Nie znalazł niczego dla siebie i zawrócił do drzwi, gdzie jednak spotkał karczmarza. „Zapewne tłumaczy mu, żeby sobie poszedł” – pomyślałem, widząc, jak szynkarz szepce coś Zadrzynosowi do ucha. Potem gospodarz odwrócił się i nagle, ujrzawszy mnie, bardzo się zatroskał.
– Niech mnie bogi pokarają! – zawołał. – Jak ja mogłem cię, panie Chyżopiętku, usadzić na takim mizernym skrawku ławy. Wybacz, że dopiero teraz to zauważyłem. Pozwól, iż wyrównam ci to i przesadzę na osobny stolec, który trzymam dla szczególnie zaszczytnych gości.
Pobiegł na zaplecze i przyniósł siedzisko, które z daleka wyglądało jak zwykła skrzynia po gąsiorach z winem. Posadził mnie na nim w drugim krańcu sali i odkryłem, że faktycznie siedzenie było szczególnie wygodne, choć trochę się bujało. Sądziłem, że gdy tylko Zadrzynos sobie pójdzie, zostanę poproszony o opowiedzenie którejś z moich przygód, więc przymrużając oczy, szukałem w pamięci jakiejś szczególnie zajmującej. Jednak naraz dojrzałem, że von Dumm wcale nie wyszedł, a gospodarz właśnie sadza go na moim niedawnym miejscu przy stole. Ledwie powstrzymałem śmiech, patrząc, jak ten bałwan siada niby król na ławie, którą przed chwilą karczmarz uznał za niegodną mej osoby. W dodatku dał tamtemu jakieś podłe żarcie, a podróżniczyna zajadał się nim niby kawiorem, co jakiś czas obrzucając zarozumiałym spojrzeniem całą salę. Także na mnie czasem spoglądał z miną, jakbym co najmniej był jakimś obdartusem siedzącym na połamanej skrzyni i pijącym kocią urynę.
Ilustracja: Krzysztoff Kain May
Ilustracja: Krzysztoff Kain May
Karczmarz też wyraźnie miał go dość. Ilekroć spojrzał na tego grubasa, zaraz puchł w oczach, zapewne z irytacji. Zresztą powiedział mi nawet kilka razy, że strasznie go mierzi ten pyszałek, bo w niczym nie dorównuje mnie.
Trudno mu się dziwić. Wyobraźcie sobie, że w pewnej chwili ten arogant Zadrzynos podniósł się z miejsca i zawołał:
– Hej, karczmarzu! A może chcielibyście, bym opowiedział gościom jedną z mych przygód, skoro tak je uwielbiacie?
Gospodarz nachylał się właśnie nad jakimś najemnikiem i zapewniał go, że nie dalej jak przed tygodniem widział prestiżowy ranking Gildii Kondotierów, w którym ów żołdak znalazł się w pierwszej trójce, o cztery miejsca przed jakimś Geraltem z Rivii czy Rivem z Geraltii – dokładnie nie pamiętam. Ale na słowa Zadrzynosa karczmarz urwał w pół zdania, podniósł się i spojrzał na mnie nerwowo. Podbiegł zaraz do von Dumma i jął szeptać mu coś na ucho. Nic mnie to wprawdzie nie obchodziło, ale pomyślałem, że podsłucham, jak mówi temu głupkowi wprost, że nikt tu nie chce słuchać jego fanfaronady. Podniosłem się niby to pożyczyć od kogoś sól i usłyszałem, jak gospodarz gdera:
– O niczym innym nie marzyłem, mój drogi Zadrzynosie! Wstrzymaj się jednak chwilę, aż wyjdzie ten gbur Chyżopiętek, o którym mówiłem ci, że tak mnie denerwuje. To podły awanturnik. Gotów byłby mi interes w nocy spalić, gdybym pozwolił tobie, nie jemu opowiadać...
I wtedy nagle wytrzeźwiałem, zrozumiawszy, że w tej z pozoru tak miłej gospodzie los zetknął mnie z najbardziej podstępnym potworem, jaki tylko może chodzić po świecie. Karczmarz był bowiem podwójniakiem, czyli mieniakiem, jak mówią niektórzy. Stwór ów ma ciało i kręgosłup miękkie jak glina i kiedy tylko zechce, w dowolną postać może się zmienić. Nie czyni tego bynajmniej z ciekawości dla życia innych ani by poprawić sobie prezencję. Kieruje się wyłącznie chęcią zysku, a jego pazerność nie zna granic. Podwójniak wydrze z Ciebie, Czytelniku, ostatni grosz, udając cokolwiek zechce, choćby Twą babcię staruszkę. Jedni uczeni zwą to polimorfią, inni transformatywnością, a kto wymyśli dłuższe słowo, dostaje lepszą posadę. Ale wszyscy zgodnie stwierdzają, że walczyć z tym nie sposób. A jednak mieniak z gospody był po trzykroć bardziej niebezpieczny od tych, które zbadali naukowcy. Zamiast podszywać się pod bogacza lub udawać dawno zaginionego brata dziedziczącego spadek, on zmieniał się zawsze w swoich rozmówców i wmawiał im tym sposobem, co chciał. Któż bowiem nie zaufa samemu sobie? A w moim przypadku wrodzona szlachetność i sympatyczne oblicze okazały się szczególnie zdradliwe. Teraz jednak, gdy odkryłem, jak mnie oszukano, postanowiłem dać nauczkę obmierzłemu mieniakowi. Wróciłem szybko na miejsce i zawołałem głośno, by wszyscy usłyszeli:
– Panie gospodarzu! Czy już powiedziałeś temu człowiekowi, że nikt nie chce słuchać jego pijackich majaków?
Karczmarz bardzo się zakłopotał. Podbiegł zaraz do mnie i nachylił mi się do ucha.
– Tak, tak właśnie mu powiedziałem. Ale mów, proszę ciszej, bo ten szaleniec zaraz gotów zrobić burdę.
– Wybacz, dobry panie gospodarzu! – powiedziałem poważnie, wstając. – Wybacz, ale teraz to już sprawa podróżniczego honoru.
Niespiesznie podszedłem do mego konkurenta.
– Wiec to ty jesteś ów Zadrzynos, którego opowieści nasz karczmarz nazywa bredzeniem przekupnej baby? – zapytałem z rękami niedbale zatkniętymi za pas.
– Panie karczmarzu, obiecaliście wyrzucić tego pętaka za drzwi, a tymczasem poszliście w kąt zmawiać się przeciw mnie – odpowiedział tamten bełkotliwym głosem.
– Tak mu tylko gadam – zachichotał karczmarz nerwowo. – To wieśniak. Pomyślałem, że uwierzy w te oczywiste bzdury.
– Jakże to? – udałem zdziwienie. – To nie uważasz mnie już, karczmarzu, za najlepszego z podróżników?
– Ależ jesteś mi droższy niż brat – miotał się gospodarz. Patrzył teraz jednocześnie na mnie i na Zadrzynosa, a jego twarz dziwnie drgała, jakby sama nie wiedziała już, co ma przedstawiać.
Von Dumm też zrozumiał, co się święci, i postanowił rozstrzygnąć sprawę raz a dobrze. Złapał dzban wina i zdzielił nim karczmarza po łbie. Ten zamrugał nieco zamroczony, ale szybko się pozbierał i wydarł: „Strażnik! Strażnik!”. Wtedy obecni z karczmie najemnicy pochowali się pod stoły, a studenci i profesorowie uniwersytetu powtórzyli jak echo: „Stażnik! Strażnik!”. Takoż i straż miejska zaraz się pojawiła, by zaprowadzić porządek. Zadrzynos i ja usiłowaliśmy wyjaśnić zbrojnym, że karczmarz jest oszustem, a pobiliśmy go jedynie w imię prawdy i sprawiedliwości. Jednak to my zostaliśmy zaaresztowani za urządzanie burd, bo mieniak z łatwością ich omamił. Nie przypominał już nikogo poza praworządnym karczmarzem i ze łzami w oczach dziękował strażnikom:
– Jak to dobrze, że panowie zjawili się tak szybko. Nie cierpię tych podróżników, a od ich kłamliwych opowieści to dosłownie flaki się człowiekowi przewracają. Dlaczego o was, panowie, nikt ballad nie snuje, tylko najwyżej opowiadają nieprzyzwoite dowcipy? Przecież to wy bronicie nas wszystkich przed złoczyńcami. O, jak panowie ich ładnie, równo związali! Dzięki, stokrotne dzięki!
koniec
13 marca 2005

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Listopad dla Polaków niebezpieczna pora
— Agnieszka Szady

Sss!
— Wojciech Gołąbowski

Z dziejów piątego żywiołu
— Wojciech Gołąbowski

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Sfinks
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Satyr
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Wilkołak
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Gobliny
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Golem
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Krasnoludy
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Gnom
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

W trakcie

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.