Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 kwietnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Paweł Muszyński, Marcin Wroński
‹Wielki Bestiariusz Praktyczny: Wilkołak›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Muszyński, Marcin Wroński
TytułWielki Bestiariusz Praktyczny: Wilkołak
OpisWielki Bestiariusz Praktyczny.
Na podstawie podróży i przygód niezliczonych Chyżopiętka de Bluma, przez tegoż spisany i ilustracjami opatrzony.
Gatunekfantasy, humor / satyra

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Wilkołak

— Bardzo bym chciała odwdzięczyć ci się, panie! Miałam kiedyś taką księgę, gdzie był opisany sposób mistrza Karola Ernesta na prawdziwie długą przyjemność... O, mam to, czego szukałam!

Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Wilkołak

— Bardzo bym chciała odwdzięczyć ci się, panie! Miałam kiedyś taką księgę, gdzie był opisany sposób mistrza Karola Ernesta na prawdziwie długą przyjemność... O, mam to, czego szukałam!

Paweł Muszyński, Marcin Wroński
‹Wielki Bestiariusz Praktyczny: Wilkołak›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Muszyński, Marcin Wroński
TytułWielki Bestiariusz Praktyczny: Wilkołak
OpisWielki Bestiariusz Praktyczny.
Na podstawie podróży i przygód niezliczonych Chyżopiętka de Bluma, przez tegoż spisany i ilustracjami opatrzony.
Gatunekfantasy, humor / satyra
Pewnego późnego lata wędrowałem sobie w najlepsze przez bory i lasy, a celem mej podróży była mała wieś Gawliki. „Czy to wieś zaklęta? A może słynna jakaś?” — spytasz zapewne, Czytelniku. Otóż nie, to wieś zupełnie zwyczajna, ale nigdy jej nie widziałem, więc wiedziony podróżniczą skrupulatnością postanowiłem to nadrobić. Gdy znalazłem się już niecały dzień drogi od Gawlików, nagle ujrzałem leżącą na środku gościńca starowinkę przygniecioną przez dużą naręcz chrustu.
— Och, pomóż mi, szlachetny panie! — zawołała na mój widok.
Zawsze chętnie ruszam z pomocą takim staruchom, bo wiem doskonale, że jedna na tysiąc okazuje się zaczarowaną królewną, a wtedy niewielki wysiłek przynosi człowiekowi dobry dochód. Dlatego podbiegłem ochoczo także do niej.
— Oczywiście chętnie wam pomogę, babciu — rzekłem i uwolniłem ją od ciężaru. Zmarkotniałem trochę, widząc, że nie zmienia się w piękną dziewicę, cóż — było to jednak dopiero pięćset dwudzieste siódme babsko spotkane podczas mych podróży. No ale dla pewności zaofiarowałem się zanieść chrust, gdzie zechce.
Poszliśmy więc razem do jej domu. Mieszkała w głębi kniei zupełnie sama. Była zbyt stara, by samodzielnie zaopatrzyć się w opał na zimę, a nie miała nikogo, kto by jej pomógł. Jak powiedziała, żyła w tym lesie najdłużej i miała swoje staruszkowe zasady. Wiedziała, że prędzej czy później zima przyjdzie i że nie ma na to innej rady, jak zbierać chrust od przedwiośnia.
Pomogłem jej schować drewno i dałem się zaprosić do środka. Usadziła mnie przy stole, a sama niespokojnie kręciła się po swojej skromnej, niewielkiej chatce.
— Bardzo bym chciała odwdzięczyć ci się, panie! Miałam kiedyś taką księgę, gdzie był opisany sposób mistrza Karola Ernesta na prawdziwie długą przyjemność... O, mam to, czego szukałam!
Wygrzebała z jakiegoś zakamarka brązową, płaską tabliczkę, która nie przypominała niczego, co znałem. Położyła ją na stole i rzekła z dumą:
— To czekolada. To się je. Mistrz Ernest zaleca jednak, by czekolada była mężczyźnie wpychana do ust przez piękną dziewczynę. Wtedy smakuje najlepiej.
— O! — rozpromieniłem się na te słowa. Czyżby to jednak była królewna, tylko zaczarowana wyjątkowo solidnie? — Niech dunder świśnie i zły czar pryśnie! — zawołałem, tak jak mnie kiedyś nauczył pewien wędrowny mag.
Ale starucha nie zmieniła postaci. Za to wydrapała kawałek czekolady paznokciami długimi na dwa cale, ulepiła brązową kulkę i uniosła na wysokość mojej twarzy.
— No, otwieraj buźkę — rzekła ze szczerbatym uśmiechem. Poczułem, że dreszcze przechodzą mi po plecach. Nie, to z pewnością nie mogła być królewna. Nawet zaczarowana!
— Właściwie to nie wypada mi, jako człekowi szlachetnemu, przyjmować nagrody za udzielenie wam pomocy, bo było to moim obowiązkiem — powiedziałem zakłopotany. — No, i chyba będę już musiał iść.
Baba wzruszyła ramionami, po czym włożyła czekoladę do ust, oblizując brudne paluchy.
— Masz rację, że chcesz już iść — rzekła. — Jeśli idziesz do wsi, to wychodząc teraz, powinieneś dotrzeć tam akurat przed zmrokiem. Po zachodzie słońca lepiej unikaj lasu — dodała, grożąc palcem. — Grasuje tam wilkołak. Wyje po nocach, więc wiem.
Już stałem w drzwiach, kiedy przypomniała sobie coś jeszcze:
— Wiem, że nie chcesz przyjmować ode mnie prezentów, ale w drodze możesz zgłodnieć. Weź, proszę, ten kołacz.
Chleb był pulchny i świeży, a co najważniejsze, stara kobieta nie chciała mnie już nim karmić osobiście. Przyjąłem więc bochen i grzecznie się pożegnałem. I rzeczywiście — tuż przed zmrokiem dotarłem do wsi Gawliki. Najadłszy się w drodze kołaczem, nie musiałem prosić nikogo o strawę, a jedynie szukałem noclegu.
— Będziesz, panie, spał na sianie w oborze — rzekł mi pierwszy napotkany chłop wyraźnie ucieszony tym, że nie wpraszam się na wieczerzę.
— Czy to nie jest niebezpieczne? — spytałem ostrożnie. — Słyszałem, że wilkołak kręci się po okolicy. Nie chciałbym, by się do mnie w nocy zakradł. Może lepiej ulokuj mnie, gospodarzu, gdzie indziej.
— Wilkołak? — zdziwił się ten. — Nie, nie ma w tym miesiącu wilkołaka. Pełnia jest od kilku dni. Gdyby był w lesie, na pewno w nocy usłyszelibyśmy wycie. Śpij, panie, bez obaw.
Rad nie rad poszedłem spać w otwartej oborze, a świeżym świtem zbudziło mnie zamieszanie we wsi. Złapałem gospodarza i spytałem, co się dzieje.
— Wilkołak, panie! — wołał przerażony. — W nocy zagryzł mi krowę! Musisz, panie, zostać jeszcze we wsi, aż się pełnia skończy. Gdybyś teraz ruszył w drogę, nocą niechybnie zdybałby cię w lesie. Umieszczę cię na poddaszu obory. Nie będę cię narażał na śmierć.
Ilustracja: Krzysztoff Kain May
Ilustracja: Krzysztoff Kain May
Nie myśl, Czytelniku, że boję się wilkołaków. Co to, to nie! Wiesz przecież, że dawałem sobie radę z wieloma groźniejszymi potworami. Cóż mogła przy nich znaczyć bestia tylko ciutkę większa od zwykłego wilka, która w dodatku za dnia jest człowiekiem, a tylko podczas pełni księżyca zmienia się w wilkopodobną maszkarę? Uczeni zgodnie zwą skłonność do takiej przemiany likantropią, ale różnią się w dociekaniach na temat jej przyczyn. Słyszałem już wiele teorii. Niektórzy uważają likantropię za rodzaj choroby zakaźnej, która niczym wodowstręt bądź wampiryzm przenosi się w wyniku ugryzienia. Inni sądzą, iż jest ona wynikiem opętania przez duszę zabitego wilka. Ja osobiście zawsze skłaniałem się do tezy, że wszelkie bolączki ciała i ducha biorą się wyłącznie z popijania posiłków zbyt małą ilością wina. Jednak jak to było z wilkołakami, nie wiedziałem, bom dotąd tylko o nich czytał, a spotkać — nie spotkałem żadnego. Warto więc było odwiedzić Gawliki, skoro zupełnie niespodziewanie czekała tam na mnie nowa podróżnicza przygoda!
Jeszcze tego dnia razem z moim gospodarzem udałem się na pastwisko, gdzie leżała zagryziona krowa. Cokolwiek dopadło to nieszczęsne stworzenie, nie pozostawiło z niego zbyt wiele. Ślady zębów świadczyły, że zbrodni dokonało jakieś potężne zwierzę. Odciski stóp wskazywały na niespotykanej wielkości wilka o wielkich pazurach, ale widać było ślady tylko dwóch łap. Wkoło znalazłem też mnóstwo psiej sierści.
Potem chłop zaprosił mnie na obiad, ale po raz pierwszy w życiu wcale nie miałem na to chęci. „Chyba ten kołacz od staruchy bardzo był syty” — pomyślałem. Wieczorem położyłem się na nocleg na poddaszu obory, wciągając za sobą drabinę. Nie spałem jednak długo, bo w środku nocy zbudziły mnie krzyki. Stanąłem w drzwiach poddasza i ujrzałem kłębiący się na dole tłumek ludzi z pałkami i pochodniami.
— Hej! — zawołałem. — Co się tam dzieje?
— Cud, panie, żeś żyw! — odkrzyknął z dołu gospodarz. — Wilkołak zakradł się do ciebie na górę. Widzieliśmy go i słyszeliśmy, jak wył. Byłby cię zagryzł, aleśmy go przepędzili.
— Widziałam, jak cień skoczył z góry i uszedł do lasu! — zawołała jakaś sąsiadka. Musiała to być jedna z tych osób, o których się mówi, że mają sokoli wzrok, bo ja w ciemności nocy ledwie odróżniałem chłopów od bab, mimo że oświetlały ich pochodnie. Oni mnie zapewne widzieli jeszcze gorzej.
— Teraz — rzekłem — to już jest sprawa osobista! Obiecuję wam, że jutro rozprawię się z tym wilkołakiem tak, że nie będzie on już was gnębił ani podczas tej, ani żadnej kolejnej pełni. A dziś bestia już zapewne nie ośmieli się powrócić. Idźcie więc spać.
Powoli ludzie rozeszli się do chałup, a ja obmyłem tylko twarz wodą, bo strasznie się czułem nieświeży, i ległem z powrotem na sianie. Nim zasnąłem, trapiły mnie myśli, jak też można pokonać wilkołaka. Jeśli rzeczywiście zdołał się wspiąć na poddasze, a potem swobodnie zeskoczyć, to musiał być potężniejszy, niż dotychczas sądziłem. W końcu jednak, mimo złych myśli, zdołałem usnąć. Sen dobrze mi zrobił, bo rano okazało się, że nie potrzebuję golenia tak pilnie, jak mi się zdawało jeszcze w nocy. Przez cały dzień szykowałem się na potyczkę z wilkołakiem. Znalazłem nawet w tobołku srebrną kulę, którą wygrałem kiedyś w kości albo tryktraka — dokładnie nie pamiętam.
— Błagam cię, panie, opamiętaj się! — próbował mnie powstrzymać gospodarz. — Nikt nie pokona wilkołaka. A nawet jeśli będziesz miał szczęście i się jakoś rozminiecie, to może cię schwytać wiedźma.
— Wiedźma? — spytałem zaskoczony.
— Tak, panie. Mamy tu w lesie wiedźmę. Od niej właśnie wszelkie zło idzie. Zbłąkanych ludzi ta potwora zwabia do swej chaty. Daje im afrodyzjak, który wygląda jak lepkie gówno, a gdy ci to zjedzą, zakochują się w niej i idą z nią do łoża. Tym sposobem ona ich zabija, zarażając potworną chorobą. Gdy zaś zemrą, zjada ich trupa! — Tu chłop wybałuszył oczy i zrobił efektowną pauzę, po czym kontynuował: — Wiedźma zbiera też na naszych polach wszystkie kłosy zboża ze sporyszem. Z zakażonych sporyszem ziaren robi mąkę, a z niej chleb, który daje tym, co odmówią jej nocnej uciechy. A nawet dziecko wie, że sporysz zawiera złe alkaloidy, tfu, na psa urok. One właśnie powodują ergotyzm, padają na mózg i do wilkołactwa prowadzą.
— Wiesz, gospodarzu? — rzekłem po chwili zastanowienia. — Chyba właśnie podsunąłeś mi najlepszy sposób na pokonanie bestii.
To powiedziawszy, pozbyłem się srebrnej kuli i pałki, i poszedłem do lasu nieuzbrojony. Gdy zaś następnego dnia rano wróciłem do wsi cały i zdrów, ludzie nie mogli wprost uwierzyć własnym oczom.
— Szlachetny panie! — wołał gospodarz. — Byliśmy pewni, że cię wilkołak zagryzł nocą w lesie. Wieś też ponownie nawiedził ten stwór z piekła rodem.
— Strasznie dziś był rozbrykany! — dodała skwapliwie gospodyni. — Całą noc ganiał po wsi wszystkie baby, wybierał nam wino z piwnic i zabił pięć najtłustszych kur.
— Wiem, wiem — rzekłem. — Ale nie martwcie się. Tuż przed świtem spotkałem ja tego gagatka i rozprawiłem się z nim na dobre. Zapewniam was, że odejdzie już na zawsze i więcej nie wróci. Mnie także czas już was opuszczać, więc bywajcie.
I tak, żegnany przez rozradowanych wieśniaków, płaczących niemal ze szczęścia, opuściłem Gawliki. Przez pozostałe dni pełni unikałem gościńca, a gdy tylko zatrzymywałem się na posiłek, obficie zapijałem kury winem. Bowiem każdy, kto ma olej w głowie, wie, że nawet najgorszą chandrę wyleczyć może tylko alkohol. I kuracja podziałała, bo wkrótce zdarzyło mi się podsłuchać dwie urocze mieszczki, plotkujące oczywiście na mój temat:
— A, Chyżopiętek! — szeptała jedna drugiej na ucho tak, że pół rynku słyszało. — W łożu jest jak mój chłop. Choćby nie wiem co, to nigdy nie zmienia się w zwierzę.
koniec
26 kwietnia 2005

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Listopad dla Polaków niebezpieczna pora
— Agnieszka Szady

Sss!
— Wojciech Gołąbowski

Z dziejów piątego żywiołu
— Wojciech Gołąbowski

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Sfinks
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Satyr
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Podwójniak
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Gobliny
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Golem
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Krasnoludy
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Gnom
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

W trakcie

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.