Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 marca 2019
w Esensji w Esensjopedii

Paweł Muszyński, Marcin Wroński
‹Wielki Bestiariusz Praktyczny: Sfinks›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Muszyński, Marcin Wroński
TytułWielki Bestiariusz Praktyczny: Sfinks
OpisWielki Bestiariusz Praktyczny.
Na podstawie podróży i przygód niezliczonych Chyżopiętka de Bluma, przez tegoż spisany i ilustracjami opatrzony.
Gatunekfantasy, humor / satyra

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Sfinks

– Ja – rzekłem. – Rano chodzę na czworakach, bo po nocnej zabawie zwykle boli mnie głowa i staram się dopełznąć do dzbanka z wodą. Potem wstaję na dwie nogi, żeby nie gorszyć innych. A wieczorem znów troi mi się w oczach, no i stąd trzy nogi.

Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Sfinks

– Ja – rzekłem. – Rano chodzę na czworakach, bo po nocnej zabawie zwykle boli mnie głowa i staram się dopełznąć do dzbanka z wodą. Potem wstaję na dwie nogi, żeby nie gorszyć innych. A wieczorem znów troi mi się w oczach, no i stąd trzy nogi.

Paweł Muszyński, Marcin Wroński
‹Wielki Bestiariusz Praktyczny: Sfinks›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Muszyński, Marcin Wroński
TytułWielki Bestiariusz Praktyczny: Sfinks
OpisWielki Bestiariusz Praktyczny.
Na podstawie podróży i przygód niezliczonych Chyżopiętka de Bluma, przez tegoż spisany i ilustracjami opatrzony.
Gatunekfantasy, humor / satyra
Wiele gór przebyłem, wiele rzek przekroczyłem, nic więc dziwnego, że napotkałem na swej drodze także wiele niezwykłych stworzeń. Do dziś bywa, że śni mi się po nocach Kuroliszek Mściciel z Rosołowa, Wynocha ze Świętego Lasu albo Glizda z Mantykoru. Ale to wszystko nic w porównaniu ze sfinksem, którego spotkałem niegdyś, idąc przez wyżyny Beocji.
Trzy dni wędrowałem już przez pagórki porośnięte kolczastymi krzakami. Podarły mi one ubranie na strzępy, zaś od nierównej, kamienistej drogi całe moje stopy stały się parą ogromnych odcisków. A wszystko to w słońcu piekącym i bez kropli wody w bukłaku. Gdy po trzech dniach dotarłem do porośniętej trawą przełęczy, miałem nadzieję, że odpocznę nareszcie i znajdę gdzieś źródełko, by się napić. Z całego zmęczenia nie przyuważyłem nawet, co siedzi na pobliskiej skale. Mało mi serce nie wyskoczyło, gdy ujrzałem w ostatniej chwili stworzenie jak z sennego koszmaru. Był to lew ze skrzydłami orła, a do tego z głową i biustem kobiety, czyli, jednym słowem, sfinks.
Znalazłem się, Drogi Czytelniku, w nad wyraz niebezpiecznym położeniu, sfinksy bowiem żywią się zmęczonymi i spragnionymi podróżnymi. Większość ludzi sądzi, że bierze się to z ich przyrodzonego okrucieństwa, ale jak wyjaśnił mi to kiedyś pewien przyrodnik imieniem Drwin – przyczyną jest złe przystosowanie do środowiska bytowania.
– Orzeł, proszę ja ciebie, Chyżopiętku – tak mi ów Drwin prawił – ma skrzydła, aby spaść z góry na ofiarę, lew zaś nie ma skrzydeł, by nic nie przeszkadzało mu jej gonić. A co ma zrobić taki sfinks? Wysila nogi, zdaje mu się, że pędzi, a tu nic z tego, bo skrzydła go wstrzymują jak ciebie, z przeproszeniem, za duże portki. Na koniec załóżmy, iż sfinks jakoś dogoni zdobycz. Gdyby był orłem, uderzyłby ją dziobem, gdyby zaś lwem – kłami. A ponieważ jego narząd gębowy niczym się nie różni od buźki naszej karczmarki Kachny, sfinks nie jest w stanie spożyć niczego, co się wyrywa, nawet bardzo niemrawo. I z tego, proszę ja ciebie, powodu te stworzenia siadają sobie zwykle przy niedostępnych przełęczach w nadziei, że czasem ktoś się tam ostatkiem sił przywlecze, a żeby już całkiem wyzbył się energii, zadają mu jeszcze zagadki. Wierz mi jednak, panie dzieju, to nader niepraktyczny sposób polowania i najdalej za kilka lat wszystkie sfinksy wyginą, a ich nisze ekologiczne zajmą lepiej przystosowane gryfy.
Traf jednak chciał, że gryfy widuje się niezmiernie rzadko, a sfinksy w niektórych stronach są istną plagą. Dlatego Drwin naraził się na drwiny środowiska naukowego, a ja, zamiast spokojnie napić się i odpocząć, stanąłem oko w oko z lwoorłobabą.
– Jestem sfinksem z przełęczy! – powiedział sfinks z przełęczy, wypinając dumnie biust. – Przepuszczę cię tędy, tylko jeśli odpowiesz na moje pytanie. Jeśli jednak mi nie odpowiesz, zjem cię żywcem!
Zmęczony i spragniony nie miałem ochoty na figle, więc rzuciłem może nieco bardziej opryskliwie, niż mam w zwyczaju odzywać się do dam:
– No to pospiesz się z tym pytaniem, bo szukam źródełka, a w gardle mi zaschło.
– Nie popędzaj potężnego sfinksa. Zadam ci teraz jedno pytanie. Możesz rzucić trzy odpowiedzi. Jeśli żadna nie będzie prawidłowa, zostaniesz pożarty. Jeśli masz przyjaciela, możesz skorzystać z jego pomocy, ale tylko raz. Wolno ci też prosić o jedną samogłoskę. Zasady są proste, więc zaczynamy: Kategoria: zwierzę. Co to jest? Rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech?
Ilustracja: Krzysztoff Kain May
Ilustracja: Krzysztoff Kain May
– To akurat będzie proste – powiadam, – bo tak się składa, że znam się na zwierzętach i innych stworach…. Niech no pomyślę… rano na czterech… hmm… Prawdopodobnie chodzi o kazuora z Antypodów. Widziałem jedno z tych osobliwych stworzeń. W sumie nóg ma siedem, ale o każdej porze dnia używa innego zestawu. Odpowiedź to kazuor.
– Błąd! – zaśmiał się sfinks. Tu mnie rozzłościł zupełnie swą arogancją ten stwór bezczelny. Powiadam mu więc:
– A skąd ty wiesz, bestio dziwaczna? Byłaś może na Antypodach kiedyś?
– Niestety nie – westchnął potwór. – Mam za krótkie łapy. Gdy próbuję chodzić, piersiami szoruję o ziemię, a to bardzo bolesne. Nie dojdę nawet za tą górę, a co dopiero na Antypody. Ale tak czy siak znam odpowiedź na moją zagadkę i na pewno nie jest nią kazuor. Masz jeszcze dwie próby. Chcesz samogłoskę?
– Dziękuję, nie jestem głodny – odparłem, zastanawiając się, co powinienem zrobić. Udzieliłem bez wątpienia prawidłowej odpowiedzi, a sfinks jej nie uznał. Żadna kłamliwa, a pasująca, też nie przychodziła mi do głowy. I wtedy przypomniałem sobie, co mówił mi uczony Drwin – sfinks właśnie na to liczy, że będę tracił siły na główkowanie i wtedy na pewno nie zdołam uciec. Należy więc nie myśleć, zwłaszcza że i tak mam jeszcze jedną odpowiedź na zmarnowanie.
– Ja – rzekłem. – Rano chodzę na czworakach, bo po nocnej zabawie zwykle boli mnie głowa i staram się dopełznąć do dzbanka z wodą. Potem wstaję na dwie nogi, żeby nie gorszyć innych. A wieczorem znów troi mi się w oczach, no i stąd trzy nogi.
– Na bogów! – wykrzyknął zrozpaczony sfinks. – Zgadłeś. No już, wynoś się na tę swoją przeklętą przełęcz i nachlej się wody ze swojego zafajdanego źródełka. A jak ją będziesz chłeptać, niech ci stoi przed oczami biedny, głodujący sfinks, któremu chyba przyjdzie skończyć na dnie przepaści. No, wynocha! Nie lubię cię!
Patrzyłem na zrozpaczoną bestię i z nagła poczułem żal dla tej nieszczęsnej ofiary matki Natury. Zacząłem więc pocieszać sfinksa:
– Zamiast mazgaić się jak baba, lepiej użyj bystrości orła i mądrości lwa, i wymyśl trudniejszą zagadkę.
Potwór przetarł z trudem łzy ogromną lwią łapą i zachlipał, że nie wie, czy potrafi.
– To proste – powiedziałem. – Najlepiej wymyśl pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi. Na przykład: Gdzie diabeł mówi dobranoc?. Albo: Kiedy skończy się recesyja gospodarcza?. Albo jeszcze lepiej: Co to jest? Nie śpi, nie pije, a chodzi i bije.
– Wiem, to straż miejska! – próbował zgadnąć sfinks.
– Nie, to taka eksperymentalna maszyna do mierzenia czasu. Nazywa się zegar. Na pewno nikt się nie domyśli, bo to durny wynalazek, do niczego nie służy i dlatego porządni ludzie go nie używają. No bo powiedz sam, sfinksie, czy czas to bela płótna, żeby go mógł sobie mierzyć byle kmiotek?
Sfinks radośnie wyprężył lwi ogon i zamachał skrzydłami, jakby wierzył, że wzniesie się w powietrze. Zapowiedział, że do wieczora na pewno wymyśli nową zagadkę tak przeraźliwie trudną, że może ja jeden bym sobie z nią poradził.
Potem już sam ruszyłem dalej na przełęcz, gdzie odzyskałem siły i skąd poszedłem prosto do pobliskiego miasta Teby. Tam wkrótce dowiedziałem się, że niedługo po mnie chciał przejść przez góry niejaki Edyp. Miał on ponoć jakiś kompleks i by go sobie zaleczyć, postanowił złupić to miasto i spalić je do gołej ziemi. Napotkał jednak sfinksa, który zadał mu pytanie: Na ilu nogach wieczorem chadza kazuor z Antypodów?. Edyp myślał i myślał, aż od tego myślenia opadł z sił i został zjedzony. Od tego czasu za moją namową wdzięczni tebańczycy podrzucają sfinksowi ochłapy mięsa, gdy tylko zbraknie mu zmęczonych podróżników.
Natomiast doktor Drwin przysłał mi tylko chłodny list, w którym oznajmił, że skreśla mnie ze spisu swoich znajomych, ponieważ zachwiałem mechanizmem doboru naturalnego i przeze mnie nie udało mu się obronić pracy habilitacyjnej.
koniec
10 czerwca 2005

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Listopad dla Polaków niebezpieczna pora
— Agnieszka Szady

Sss!
— Wojciech Gołąbowski

Z dziejów piątego żywiołu
— Wojciech Gołąbowski

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Satyr
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Wilkołak
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Podwójniak
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Gobliny
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Golem
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Krasnoludy
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Wielki Bestiariusz Praktyczny: Gnom
— Marcin Wroński, Paweł Muszyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.