Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Maciej Żytowiecki
‹Wadliwy zbawiciel›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMaciej Żytowiecki
TytułWadliwy zbawiciel
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 1979, urodziłem się w Gdyni i za wyjątkiem niewielkich przerw, pozostaję jej wierny. Pasjonuję się literaturą, kinem. Lubię podróżować i uwielbiam zdobywać wiedzę z przeróżnych, zazwyczaj niezwiązanych ze sobą dziedzin.
GatunekSF

Wadliwy zbawiciel

1 2 3 4 »
Patrzą na siebie odrobinę zdziwieni, najwyraźniej nie spodziewali się, że jeszcze potrafię. Ja również jestem zaskoczony, bo chyba pierwszy raz od wypadku słyszę własny głos. Inaczej go zapamiętałem. Brzmię jak ktoś inny, jakbym zamieszkał w cudzym ciele.

Maciej Żytowiecki

Wadliwy zbawiciel

Patrzą na siebie odrobinę zdziwieni, najwyraźniej nie spodziewali się, że jeszcze potrafię. Ja również jestem zaskoczony, bo chyba pierwszy raz od wypadku słyszę własny głos. Inaczej go zapamiętałem. Brzmię jak ktoś inny, jakbym zamieszkał w cudzym ciele.

Maciej Żytowiecki
‹Wadliwy zbawiciel›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMaciej Żytowiecki
TytułWadliwy zbawiciel
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 1979, urodziłem się w Gdyni i za wyjątkiem niewielkich przerw, pozostaję jej wierny. Pasjonuję się literaturą, kinem. Lubię podróżować i uwielbiam zdobywać wiedzę z przeróżnych, zazwyczaj niezwiązanych ze sobą dziedzin.
GatunekSF
1. Mój dom
Siedzę w wygodnym skórzanym fotelu – naprzeciw stół, za nim telewizor. Ekran jest pokryty kurzem.
Na blacie i na podłodze tysiące rozrzuconych zdjęć. Jest ich tak dużo, że tworzą drugi dywan, leżąc na tym prawdziwym. Godzinami przetrząsałem albumy, bezskutecznie poszukując zdjęcia dziewczyny.
Koralina. Słowo, które brzmi jak melodia. Z mojego gardła wydobywa się jęk, właściwie skowyt jak u katowanego psa.
Brudny kineskop ukazuje wnętrze pokoju, w którym zawsze lubiłem przebywać. Siadywałem w tym właśnie miejscu i oglądałem telewizję. Na zewnątrz wirował czarny śnieg, przed którym ludzie umykali w panice, podczas gdy panie dziennikarki spokojnie powtarzały, że to tylko opada popiół.
Wstaję i, przecinając kobierzec fotografii paskudną blizną, kuśtykam na balkon. Otwieram drzwi i wiatr wita mnie potępieńczym jękiem.
Łapię dłońmi barierkę, tak mocno, że kości palców stękają, jakby miały pęknąć. Widzę zwiędłe kwiaty w donicach… chyba kiedyś je podlewałem, teraz zapomniałem. Nie jestem pewien. Moje dłonie wędrują, niczym blade pająki szukające ofiary. Nurzają się w ziemi. Z pulchnej gleby wyrzucają korzenie, podważają małe drzewka, a te padają jak po kataklizmie. Ziemia jest zimna i nie ma żadnej różnicy pomiędzy mym ciałem a nią.
Marszczę brwi. Nie widzę tak dobrze jak niegdyś. Gdzieś pode mną rozlewa się pejzaż szarego blokowiska, gdzieś przede mną sterczy kilka budynków, identycznych jak ten, w którym mieszkałem. Wybite szyby, w środku ciemność. Na dole zepsuta, popękana jak twarz księżyca droga, z robakami trawiącymi jej dawną gładkość.
Nie, to nie są robaki.
Ręce mam cały czas zanurzone w glebie i nie chcę ich wyjmować, jednak wychylam się poza barierkę, aż ścięgna krzyczą ostrzegawczo i wreszcie widzę, że to idą tacy jak ja. Wloką się w parodii marszu, w upiornym pochodzie i każdy niesie żółty pakunek przewiązany na krzyż sznurkiem. Niektórzy nie mogą chodzić, więc czołgają się trzymając mniejsze paczki w zębach. Powolna procesja w końcu dotrze do celu, bo poczta musi być dostarczona.
Wstaję i wyciągam dłonie z ziemi. Pomiędzy palcami jak wąż prześlizguje się czerwony stwór zbudowany z cieniutkich pierścieni.
Witaj, mały przyjacielu.
2. Moje osiedle
Koralina w mojej głowie. Jest jej tam dużo i nie wiem, jak mogło się tyle zmieścić. Skąd jej eleganckie gesty, skąd kuszące spojrzenie i napięte spodnie na pośladkach. Szpara pomiędzy zębami i cienkie usta, zagryzione, jakby zgłodniała.
Jest jej tam dużo, bardzo dużo, brak miejsca dla reszty martwych ludzi ze zdjęć.
Wychodzę na dwór. Mijam trawnik, kolejne grządki i widzę ogrodnika. Niezgrabnie przesuwa grabiami po trawie, choć w miejscu, gdzie stoi, prawie już jej zabrakło. Stoi na malutkiej wysepce ziemi pośrodku morza wyblakłej zieleni. Połamane kości ud sterczą na boki, przebijając skórę. Nigdzie nie pójdzie, ale wciąż próbuje wypełnić powierzone mu zadanie. Spoglądam na niego, a on podnosi głowę – jego jedyne oko jest blade i prawie wypada z oczodołu. Chce chyba coś powiedzieć, ale słyszę tylko świst powietrza, nic więcej.
Idę dalej. Pogruchotana noga spowalnia mój marsz, stopa zahacza o nierówny bruk i każdy kamień, a ja chwieję się, jakbym tańczył. Pamiętam tańce. Muzyka zawsze dopasowywała się do każdego ruchu Koraliny.
Jak na zawołanie z jednego z okien sączy się melodia… Dla mnie melodie nie mają już sensu – brzęczą niezrozumiale, irytują. Słyszę inaczej: nie całość, lecz każdy dźwięk z osobna i zaczynam się bać, że moje myśli pękną, spłyną po ścianach czaszki, wyciekną uszami i nosem. I stanę.
Nie mogę stanąć.
Wiem, że muszę się skoncentrować, bo gdzieś tam jest Koralina. Gdzieś na drugim osiedlu, zbyt daleko, bym mógł do niej dotrzeć o własnych siłach.
Skręcam z drogi, ruszam przez boisko szkolne, rozumiejąc nagle, co powinienem robić dalej. Kiedy przechodzę przez ulicę, jakiś samochód hamuje z piskiem, zostawiając śmierdzące czarne ślady palonej gumy. Uderza mnie w udo, coś zgrzyta, coś pęka we mnie w środku, ale nie zatrzymuję się. Idę dalej, bo nic nie może mnie powstrzymać.
Z auta wybiega człowiek, przygląda się masce pojazdu i krzyczy.
3. Nasz autobus
Przykładam dłonie do pleksiglasu. Moje paznokcie przypominają zęby, są grube, twarde i żółte. Pierścienica wysuwa się z rękawa i wraz ze mną śledzi rozkład jazdy. Dobrze, że postanowiła zostać.
Jej główka podąża za moim palcem, zawsze jest tam, gdzie wskazuję. Razem śledzimy cyfry. Rozpoznaję je bez trudu, chociaż nie pamiętam, co oznaczają. Cyfry to ilość. Mogą określić, ile mam palców… dlaczego więc są tutaj? Na liście są też zbitki liter, czyli słowa. A ja, chociaż mogę odczytać każdą pojedynczą literę, nie jestem w stanie ich zebrać w jeden dźwięk.
Pierścienica stuka ostrą główką w czarny zawijas, myśli chyba, że spotkała koleżankę, która pożera własny ogon. Stuka i puka, ale pleksi jest nieubłagane.
I wtedy nadjeżdża autobus. Jest duży i czerwony, z czarnymi tablicami na szybach i świecącymi zielono numerami na nich, podzielony na dwie części połączone ciemną, gumową harmonijką. Właśnie takim do niej jeździłem.
Drzwi rozsuwają się z sykiem, a ja łapię poręcz i wspinam się po wysokich schodach. Wewnątrz jest pusto, miejsca siedzące wolne. Kiedyś je zajmowałem, ale dzisiaj nie potrzebuję. Nogi już nigdy nie będą boleć.
Pojazd rusza, a jego gumowana podłoga drga. Podnosi się, to znów opada jak fale błota.
Autobus jest przedzielony aluminiową siatką tak w połowie długości, druty krzyżują się po skosie jak wzór na kuchennym obrusie w moim domu. Widzę przez nie takich jak ja, stłoczonych, zgniatających się nawzajem w tylnej części. Brak tam krzeseł, bo ich również nie bolą nogi. Patrzą gdzieś w dal, w stronę czegoś oddalonego, czegoś dla mnie niewidocznego. Z pozoru jesteśmy tacy sami, jednak chyba coś nas różni.
– Pogubiłeś się, ścierwo? – Lecę do przodu, żeby rozsmarować się na szybie jak owad, który miał nieszczęście wpaść na pędzące auto.
Odwracam się powoli, coś cieknie z moich ust. Ślina.
– Przysięgam, że robią się coraz głupsi. – Obaj mężczyźni są biali, mają blond włosy i wyglądają bardzo podobnie. Ubrani w beżowe kombinezony, noszą opaski z czerwonym krzyżem na białym tle. Czyściciele. – Nie obchodzi mnie, co gadają urzędasy, Defizytan gówno daje i sam to wiesz. Gniją im mózgi, zapominają nawet najprostszych poleceń, rozłażą się jak karaluchy po mieście. Popatrz na tego tu. Jak się nazywasz, ścierwo?
Szarpie za koszulę. Guziki fruną jak komety. Przygląda się wypalonej na mojej piersi liczbie.
– Siedemset…trzynaście – odczytuje.
– Czekaj – odzywa się drugi. Łapie blaszkę, której z początku nie zauważyli, bo zaplątała się w poły koszuli. – To fabryczny, pewnie zlazł z taśmy… Chociaż nie wiem… Sprawdź numerację w kajecie.
Wyciągają zeszycik w białej okładce z czerwonym krzyżem pośrodku i szybko przerzucają kartki. Drapią się po głowie jeden z drugim, jak lustrzane odbicia.
– Lata mi to, wiesz? – mówi któryś po niechlujnym przestudiowaniu podręcznika. – A może nam coś powiesz, co?
Szturcha mnie mocno, aż uderzam plecami w szybę. Ta drży niebezpiecznie, zaś mężczyźni rechoczą.
– Verigold – wymawiam z trudem.
Patrzą na siebie odrobinę zdziwieni, najwyraźniej nie spodziewali się, że jeszcze potrafię. Ja również jestem zaskoczony, bo chyba pierwszy raz od wypadku słyszę własny głos. Inaczej go zapamiętałem. Brzmię jak ktoś inny, jakbym zamieszkał w cudzym ciele.
– Verigold? Dlaczego to powiedział?
– Nie wiem, ale chyba powinniśmy go zatrzymać. Może jest wart więcej niż na to wygląda?
– Masz rację – wzdycha ten z książeczką. – Wypuścimy go i jeszcze będziemy mieć kłopoty.
– Słuchaj, ścierwo. – To do mnie się zwracają. – Masz stać w tym miejscu i czekać, aż po ciebie przyjdziemy, rozumiesz?
Kiwam głową. Z mojego gardła wydobywa się jęk. Uśmiechają się zadowoleni, jeden nawet klepie mnie po ramieniu, po czym odchodzą do przodu przedziału. Widzę, że siadają przed monitorem. Oglądają wiadomości, kiwają głowami i przeklinają pod nosem.
Elegancka kobieta, z krawatem i liczbą „24” w rogu ekranu, opowiada o czymś z przejęciem. Obraz drga raz za razem, pojedyncze szare nitki prują utkany malunek. Za jej plecami przewijają się sceny konania i pożogi. Słyszę słowa: „śmierć”, „zaraza”, „eskalacja”… ale właśnie widzę znajomy przystanek, więc gdy drzwi ustępują z sykiem, wysiadam. Czyściciele biegną w moją stronę, jest jednak za późno.
Patrzę jak odjeżdżają z przyklejonymi do szyby, wykrzywionymi złością twarzami.
1 2 3 4 »

Komentarze

10 XI 2010   14:06:24

Ciekawy styl, plastyczny, oszczędny i w pewnym sensie elegancki.
Nastrój też jest, w dodatku konsekwentnie budowany i podtrzymywany. Tak trzymać, Macieju Włodzimierzowiczu.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Fotoilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pocztówka ze Sztokholmu
Joanna Krystyna Radosz

24 XI 2018

Mogła nie znać środowiskowych plotek, nie wiedzieć, kto się ożenił, a kto rozwiódł, ani który klub wyszkolił najwięcej juniorów, ale doskonale znała daty meczów, szczególnie tych ważnych. Za kilkanaście godzin Paweł i Marcin mieli poprowadzić swoje drużyny w boju o finał Ekstraligi. Na razie jednak wciąż trwała noc, a niedawni i przyszli rywale jedli zgodnie z jednej tacy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Rozstaje
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

20 X 2018

Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Lipiec 2016
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Magdalena Kubasiewicz, Jarosław Loretz, Anna Nieznaj, Beatrycze Nowicka, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Amelia w chmurach
— Maciej Żytowiecki

Duży Bob
— Maciej Żytowiecki

hcsoB
— Maciej Żytowiecki

Znak
— Maciej Żytowiecki

Powrót ojca
— Maciej Żytowiecki

Skrzynia
— Maciej Żytowiecki

Mój (nie)przyjaciel demon
— Magdalena Kubasiewicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.