Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

Piotr Sender
‹Cień miasta›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPiotr Sender
TytułCień miasta
OpisPiotr Sender, rocznik 1990. Redaktor naczelny magazynu kulturalno-literackiego „Doza”. Świeży niewolnik Politechniki Gdańskiej, której armia porwała go spod olsztyńskiej wioski. Wojownik próbujący wygrać z lenistwem. Ofiara braku czasu i zbyt długiego snu. Marzyciel do potęgi i władca wyobraźni. Debiutował na łamach kwartalnika „Qfant”.
Gatunekgroza / horror, realizm magiczny

Cień miasta

1 2 3 6 »
Każdy ma swój cień, nieprawdaż? Miasto również go posiada. To miejsce jest zapomniane. Znajdują się tu rzeczy zgubione, niepotrzebne i niechciane. Można się tu znaleźć jedynie przez upadek. Jedynie, gdy zostaniesz zapomniany i staniesz się niewiele więcej wart od cienia.

Piotr Sender

Cień miasta

Każdy ma swój cień, nieprawdaż? Miasto również go posiada. To miejsce jest zapomniane. Znajdują się tu rzeczy zgubione, niepotrzebne i niechciane. Można się tu znaleźć jedynie przez upadek. Jedynie, gdy zostaniesz zapomniany i staniesz się niewiele więcej wart od cienia.

Piotr Sender
‹Cień miasta›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPiotr Sender
TytułCień miasta
OpisPiotr Sender, rocznik 1990. Redaktor naczelny magazynu kulturalno-literackiego „Doza”. Świeży niewolnik Politechniki Gdańskiej, której armia porwała go spod olsztyńskiej wioski. Wojownik próbujący wygrać z lenistwem. Ofiara braku czasu i zbyt długiego snu. Marzyciel do potęgi i władca wyobraźni. Debiutował na łamach kwartalnika „Qfant”.
Gatunekgroza / horror, realizm magiczny
Siedzę i patrzę na moje dłonie, które tańczą po klawiaturze. Pląsają we własnym rytmie, wstukując kolejne wyrazy. Stara maszyna skrzeczy i ostrzega, że nie wytrwa długo. Modlę się, by dała mi skończyć.
Miarowe „stuk, stuk” odbija się od szarych ścian pomieszczenia. Jeszcze kilka dni temu panował tu porządek, lecz odkąd pojawił się nowy właściciel, wszystko zarasta kurzem. Zagubione rzeczy, zupełnie jak moje myśli, walają się, tworząc stertę niepotrzebnych śmieci. Zapomniane marzenia i przedmioty pojawiają się i znikają, jakby chciały dać do zrozumienia, że nie należą do mnie. Mam nadzieję, że przynajmniej te pierwsze uda mi się zatrzymać.
Do tej pory spoglądałem na pluszowego misia, który pojawił się na drewnianym stole. Ciemnoniebieskie futro, zmechacone przez lata przytulania, i czerwony nosek przypominały mi o dzieciństwie. Każdy był kiedyś w raju.
Dzięki pluszakowi uśmiechnąłem się kilka razy. To wystarczyło, aby zyskać siłę i chęci do dalszego pisania. Wszyscy mają jakąś motywację; pieniądze, kochanka, niesienie pomocy. Ja miałem misia, który zniknął i zabrał wenę.
Mówi się, że pisarz nie odczuwa czegoś takiego, jak natchnienie. Albo pisać potrafi, albo nie. Twierdzą, że chodzi tylko o przekazanie historii – siadasz i opowiadasz. Na początku kartce, która wchłania atrament wraz z opowieścią, później bliskim, znajomym i w końcu redakcji. Niech ci, co tak myślą, wyjaśnią mi, dlaczego nie potrafię poprawnie złożyć zdania? Dlaczego literki zacierają się, a wyrażenia zasnuwają mgłą, której moja wyobraźnia nie potrafi przebić?
Misia widocznie ktoś znalazł. Przypomniał sobie o nim i postawił na szafce. Zapewne jakieś dziecko zaczęło się nim bawić. Ta myśl nieco mnie uspokaja. Wiem, że w takim wypadku maskotka wróci. Poczekam, aż malec przestanie interesować się zabawką i odłoży ją w kąt lub miś znów spadnie za mebel i pokryje się kurzem. Przynajmniej dam maszynie odpocząć. Jest już stara i zapewne od lat leży na strychu.
Odrywam dłonie od klawiatury. Drżą lekko i powoli przypominają sobie, jak się odpoczywa. Chciałbym skończyć opowieść, gdyż nie jestem pewien, ile czasu mi zostało. Może kiedyś zostanie znaleziona, ktoś ją przeczyta i dowie się całej prawdy. O ile nie stwierdzi, że to fantastyka. Czasami życie jest bardziej zdumiewające niż niejedna książka czy film.
Mam nadzieję, że zdążę.
Czekam i słucham. To tu, to tam znikają i materializują się przedmioty. Towarzyszy temu delikatny odgłos, jakby ktoś powoli kładł je na ziemię. Stare kapcie, zgubione złotówki, zepsute zabawki – wszystko wala się wokół moich stóp.
Biorę zapisane, szare kartki. Niepewnie patrzę na pierwszą stronę. Przełykam ślinę, zwilżając zaschnięte gardło. Bałbym się spojrzeć teraz w lustro i zobaczyć cień człowieka.
Czytam na głos…
• • •
Najbardziej bałem się pustych stron, na których miga samotny kursor. Czasami śniłem o nich. Był to nudny, długi sen, po którym budziłem się zalany potem.
Tak było i tym razem.
Zasnąłem przy biurku. Długopis odcisnął mi się na policzku, ręka zdrętwiała, a głowa zrobiła się mokra, jakbym dopiero co wyszedł spod prysznica. Podniosłem się powoli i pomyślałem, że nadal śpię. Przede mną stał wielki, stary monitor, który wyświetlał białą stronę z wczesnych wersji programu Microsoft Word. Była pusta i nie była złym snem.
Dziwiłem się, że jeszcze nie zwariowałem. Jeżeli rzeczywistość człowieka jest taka sama, jak jego największy koszmar, to co może się z nim stać? O ile nie chce umrzeć – pozostaje obłęd. Diabeł chciał, żebym nie pisał, Bóg, abym nie oszalał. Czemu tak walczyli o moją duszę?
Wstałem i przeciągnąłem się. Zapomniałem otworzyć okno, więc było duszno. Pewnie dlatego zasnąłem.
Kiedyś bardzo lubiłem przebywać w tym małym, ciasnym pokoju. Białe ściany z jednym oknem i reprodukcją „Słoneczników” van Gogha, miękkie biurowe krzesło i delikatna elektroniczna muzyka mówiły, że jestem u siebie. Książki – jedne na półce, inne rozrzucone po kątach – oraz stosy kartek na podłodze dawały mi poczucie szczęścia.
Teraz pokój jest więzieniem. Obozem pracy, do którego wchodzę z odrazą. Nie do wiary, że Eden może przeobrazić się w piekło.
Przetarłem oczy i wyłączyłem komputer. Wypiłem ostatni łyk zimnej kawy, aby odegnać resztki snu, zanim wyszedłem na zewnątrz. Czekał tam na mnie kolejny koszmar, z którym musiałem się zmierzyć. Nienawidziłem kłamać.
Żyłem w sporym mieszkaniu, którego zaletą była cena i wygląd. Schludne, czyste i tanie. Trzy pokoje: jeden przerobiony na sypialnię, drugi na salon, trzeci na gabinet, a oprócz tego kuchnia, łazienka, ubikacja i przedpokój. Białe, niedawno pomalowane ściany, nowe meble i czyste wykładziny przydawały mu ekskluzywności. Rachunki małe, czynsz również, za to okolica kiepska. Naprzeciwko bloku, od strony, gdzie mieścił się balkon mojego mieszkania, stał wielki, rozwalający się biurowiec. Jedna z zagranicznych firm doprowadziła go do ruiny, podobno ze względu na swoją upadłość i wysokie odszkodowanie za straty. Tak czy siak, teraz moje luksusowe cztery kąty chowały się w jego cieniu.
Nagle podskoczyłem ze strachu, a serce zabiło mocniej. Ktoś był w domu. Poszedłem to sprawdzić.
Gdy tylko wszedłem do salonu, usłyszałem za plecami szuranie. Odwróciłem się powoli, wyobrażając sobie, że jestem na celowniku uzbrojonego włamywacza.
– Czemu jesteś taki spięty? Stało się coś? – zapytała Ania.
Odetchnąłem z ulgą i przekląłem swoją wyobraźnię.
– Boże, aleś mnie przestraszyła! Myślałem, że jesteś w biurze. Co tak wcześnie?
– Wcześnie? Przecież już osiemnasta, od dwóch godzin jestem w domu.
– Osiemnasta? – zdziwiłem się.
– Nie chciałam ci przeszkadzać w pracy i nie zaglądałam do gabinetu. Nie słyszałeś, jak wchodziłam?
– Nie. Byłem zajęty pisaniem. Widocznie zbytnio mnie zaabsorbowało – skłamałem.
Podszedłem do Anny i przytuliłem ją mocno. Poczułem na plecach jej drobniutkie dłonie. Chciało mi się płakać, lecz nie mogłem zdradzić, że coś jest nie tak.
– Kocham cię, ty mój pisarzu. – Pocałowała mnie w usta.
Uśmiechała się do mnie, a jej widok powinien odegnać smutek. To zawsze działało. Niestety, dobrze wiedziałem, że nie jest szczęśliwa. Czułem, że gdzieś za uśmiechem i piękną twarzą kryje się zawód. Zdradzał to błysk w oku i lekko drgające kąciki ust, jakby miała za chwilę wybuchnąć płaczem.
Oboje nie mówiliśmy prawdy.
Jakiś czas temu, siedząc jak zwykle przed klawiaturą i pustą stroną, odebrałem telefon od wydawcy.
– Piotr, słucham… Dzień dobry, panie Andrzeju… mhm… coś nie tak z drukiem? Kiedy? Teraz? Dobrze, będę za pół godziny, do zobaczenia. – Rozłączyłem się i schowałem komórkę do kieszeni.
Wstałem, zabrałem kilka kartek z biurka i wyszedłem z pokoju. W pośpiechu założyłem buty i narzuciłem kurtkę.
– Kochanie! Wychodzę do wydawnictwa! Mają jakiś problem! – krzyknąłem, zagłuszając dźwięk suszarki, której używała Anna.
Nie czekając na odpowiedź wybiegłem z domu.
Po powrocie okazało się, że ktoś przeglądał pliki w moim komputerze, który zapomniałem wyłączyć przed wyjściem. Jestem przeczulony na punkcie pisania. Jeśli chodzi o literki, jestem pedantem. Nie urywam zdań, kończę pisać partiami, tekst od razu jest sformatowany. Czasami zdarzy mi się niechlujny zwrot, który zaznaczam i zostawiam na później. Ale jedna samotna literka na końcu opowiadania, tuż za kropką, jest jak czarna owca w białym stadzie. Trudno jej nie zauważyć. Do tego dochodzi treść już napisana – dwadzieścia stron, przez pół roku, w które wpatruję się codziennie i przez wiele godzin. Nie ma mowy, abym się pomylił.
Moja małżonka znała prawdę.
Postanowiłem zachować się jak mężczyzna i powiedzieć wszystko. Koniec z kłamstwami o ciągłym i efektywnym tworzeniu. W mojej głowie istniał zamknięty sejf, a w nim potrzebne do pisania literki. Niestety, nigdzie nie mogłem znaleźć klucza otwierającego zamek. Wziąłem głębszy oddech i ruszyłem do salonu. Anna siedziała na skórzanej sofie i oglądała film. Obok niej, na szklanym stoliczku, stał kubek z parującą herbatą, której aromat rozniósł się po całym pokoju.
– O, jesteś już – zauważyła i odwróciła się w moją stronę. – Jak w wydawnictwie? Pokazałeś im już powieść? – Uśmiechnęła się.
– W wydawnictwie? – Przełknąłem ślinę. – A wszystko dobrze. Wypiłem z prezesem kawę, opowiedziałem, co u nas. A właśnie, masz pozdrowienia i kazał mi cię ucałować. – Usiadłem na sofie i pocałowałem Annę w czoło.
1 2 3 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Sörensen
Bartek Szumowski

24 VIII 2019

A dla mnie to definicja życia. Tysiące poranków, kiedy powtarzamy sobie, że tym razem musi być dobrze. Setki przedmiotów, które teraz na pewno będą warte wydanych na nie pieniędzy. Książkowe ścierwo, które wystarczyło zareklamować jako literackie odkrycie, a je kupiliśmy. Pracodawcy, którzy mają nie wyjść na tych, co widzą w podwładnych niewolników, i pracownicy, którzy przecież nie mogą być przygłupami od A do Z. Przyjaźnie zawiązywane, bo niemożliwe, żeby wszyscy okazywali się na końcu (...)

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Pochłonięty przez cień
— Magdalena Kubasiewicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.