Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 listopada 2019
w Esensji w Esensjopedii

Piotr Sender
‹Cień miasta›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPiotr Sender
TytułCień miasta
OpisPiotr Sender, rocznik 1990. Redaktor naczelny magazynu kulturalno-literackiego „Doza”. Świeży niewolnik Politechniki Gdańskiej, której armia porwała go spod olsztyńskiej wioski. Wojownik próbujący wygrać z lenistwem. Ofiara braku czasu i zbyt długiego snu. Marzyciel do potęgi i władca wyobraźni. Debiutował na łamach kwartalnika „Qfant”.
Gatunekgroza / horror, realizm magiczny

Cień miasta

« 1 2 3 4 6 »

Piotr Sender

Cień miasta

Nie ująłem jej za rękę, jak to zazwyczaj czyniłem, gdyż moje mokre dłonie drżały ze strachu. Starałem się jak mogłem, by głos mi nie zanikał.
– A powieść? Podoba mu się? – zapytała z naciskiem.
Spojrzałem na telewizor. Ulubiony lekarz mojej żony właśnie mówił pacjentce, że ma raka i umrze, usychając jak niepodlewana róża. Powiedział prawdę – suchą i bolesną.
– Podoba. Przeczytał wszystko i czeka na następną cześć. Zostało mi już tylko zakończenie i podpisanie umowy. – Plan legł w gruzach.
– To dobrze – Odwróciła wzrok w stronę telewizora.
I wtedy coś pękło, a smutek rozlał się w jej oczach, pozostając tam do tej pory. Oboje wiedzieliśmy, lecz nikt nie potrafił się przyznać.
Teraz, wpatrując się w jej oczy, przypomniałem sobie tamten dzień. Musiałem coś zrobić, by odegnać przykre myśli.
Pocałowałem ją raz jeszcze i odsunąłem na wyciągnięcie rąk.
– Idę na spacer. Masz ochotę? – zapytałem.
– Chciałabym, ale zostało mi jeszcze trochę pracy. Kilka projektów muszę skończyć do jutra. Obejrzę do końca House’a i wracam do roboty. – Wskazała na grający telewizor.
– Nie ma sprawy. Pójdę zaczerpnąć świeżego powietrza i niedługo wrócę.
– Tylko uważaj na siebie. Ciemno już.
– Spokojnie, zabieram komórkę ze sobą i przejdę się tylko główną ulicą. – Wstałem i ruszyłem do przedpokoju.
Ubrałem się, po czym wyszedłem z mieszkania.
Na zewnątrz przywitało mnie mroźne listopadowe powietrze i kakofonia odgłosów ulicy. Napełniłem płuca świeżym powiewem wiatru i ruszyłem ścieżką pomiędzy jednorodzinnymi domkami. Mój blok szczycił się mianem „jedynego” w okolicy, a wokół niego znajdowało się pełno małych domostw elity Trójmiasta. Piękne ogrody, ogromne ogrodzenia, kamery i psy na posesji. Przynajmniej ludzie czuli się stosunkowo bezpiecznie.
Wyszedłem na główną ulicę Gdyni – aortę miasta, po której nieprzerwanie pędziły samochodowe krwinki. Ruszyłem przed siebie, nie za bardzo przejmując się tym, dokąd idę. W głowie nadal miałem wyraz oczu Anny. Jej uśmiech i smutek.
Ilustracja: <a href='mailto:a_wawrzaszek@wp.pl'>Artur Wawrzaszek</a>
Ilustracja: Artur Wawrzaszek
Dwa lata temu wydałem pierwszą powieść. Debiut, który przyniósł mi sporą sławę. Książki rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Trzy dodruki, masa spotkań literackich, nowe znajomości wśród pisarzy. Następnie czekało mnie trudne zadanie: podnieść poprzeczkę kolejną powieścią albo przynajmniej zachować poziom. Gorsza oznaczałaby klęskę. Czytelnicy byliby zawiedzeni, krytycy nie pozostawiliby na mnie suchej nitki, a koledzy po piórze stwierdziliby, że pierwsza książka była „literacką wpadką”. Niemniej jednak udało mi się podołać zadaniu. Po ośmiu miesiącach wydałem drugiego polskiego bestsellera – gwóźdź do mojej trumny. Od tamtego czasu nie napisałem nic sensownego. Utknąłem na dwudziestu stronach wstępu i gdy tylko zasiadam przez komputerem, zapominam nawet, jak się podpisać. Własne imię sprawia mi trudności, nie mówiąc już o książce.
Szedłem i rozmyślałem. Nie zauważyłem, kiedy zieleń Gdyni zamieniła się w sopocki ścisk. Wszędzie stały domy, sklepy i centra handlowe. Dopiero, gdy przystanąłem, poczułem ból w nogach – zrobiłem sporo kilometrów. Zatrzymałem się obok przystanku autobusowego i spojrzałem w odbicie na szklanej ścianie. Mimo ciemności dojrzałem twarz i zziębnięty, czerwony nos. Nikogo nie widziałem w pobliżu i pomyślałem, że autobus musiał niedawno odjechać. Wyjąłem komórkę i spojrzałem na zegarek. Wędrówka zajęła mi dwie i pół godziny. Na szczęście Anna jeszcze nie dzwoniła. Moje podejrzenia sprawdziły się, gdy zobaczyłem rozkład jazdy. Następny autobus miałem dopiero za godzinę. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że jestem niedaleko stacji „eskaemki”. Ruszyłem w jej stronę.
Na peronie było tłoczno. Wszystkie ławki pozajmowane, pod daszkiem pełno ludzi, ścisk i wrzawa. Szybka Kolej Miejska jednak nie była taka szybka i właśnie się spóźniała. Przedzierałem się przez tłum jak Indiana Jones przez las tropikalny. Rozpychałem ludzi na lewo i prawo. Musiałem dojść do maszyny, w której mógłbym kupić bilet. Gdy tylko stanąłem przed dotykowym ekranem, uśmiechnąłem się pod nosem. „Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się waszym filozofom” – słowa Szekspira rozbrzmiały mi w głowie – w jego czasach nawet nie marzono o takich cudach techniki.
Sięgnąłem do kieszeni.
– Kurwa mać – powiedziałem na głos, nie przejmując się ludźmi naokoło.
Zapomniałem portfela. Zresztą, teoretycznie nie potrzebowałem go na spacerze. Zdenerwowany spojrzałem na monitor, na którym migał czerwony napis „MASZYNA NIECZYNNA”. Uśmiechnąłem się ironicznie. Widocznie nie było mi pisane kupić tego biletu.
Ryzyk fizyk. Będą kanary, to będą. Może ze względu na tłum odechce się im sprawdzania biletów?
Spojrzałem na zegarek. Dwudziesta czterdzieści pięć. Skąd tyle osób o tej porze na stacji? Czyżby wracali z pracy? W takich chwilach byłem dumny z nienormowanych godzin.
SKM-ka przyjechała. Zatrzymała się z piskiem i sykiem. Czekałem aż ludzie ruszą i zajmą siedzenia. Ja mogłem postać – to tylko dwa przystanki. O dziwo, nikt nie wstał z miejsca. Jeszcze bardziej zdenerwowany, szybko rozepchnąłem tłum i wsiadłem do kolejki. Ledwo zdążyłem przed zamykającymi się drzwiami. Kląłem na czym świat stoi.
W środku było pusto i ciepło. Czułem się jak na wystawie malarskiej. W śmierdzącym przedziale oglądałem pobazgrane i pomalowane przez kibiców Lechii i Arki ściany. Usiadłem na czerwonym, plastykowym krześle, dając odpocząć nogom. Niewygodne oparcie wbijało się w plecy. Wychyliłem się, żeby spojrzeć przez drzwi do następnych przedziałów. Wszystkie wydawały się puste. Dziwne.
– Przynajmniej masz gdzie siedzieć i nikt nie zagaduje cię o pogodzie albo świńskiej grypie. Ciesz się – powiedziałem na głos, pewien, że nikt nie usłyszy.
Nim się obejrzałem, SKM-ka zatrzymała się na drugiej stacji. Wstałem i machinalnie wyszedłem z przedziału.
Nagle z zamyślenia wyrwała mnie zbliżająca się ziemia. Poślizgnąłem się i upadłem tuż za progiem, o mało nie spadając w dziurę pomiędzy kolejką a peronem. Zginąłbym na miejscu. Mimo to nie byłem w najlepszej sytuacji. Leżałem na ziemi, dusząc się i kaszląc. Gęste opary spalenizny i siarki drażniły płuca. Z trudem podniosłem się i pobiegłem przed siebie – byle dalej od SKM-ki.
Nie wiedziałem, jak to możliwe. Pociąg zawsze zostawiał po sobie charakterystyczny zapach, kiedy hamował – szyny ścierały się z kołami wydzielając smród spalenizny, lecz nigdy tak intensywny. Czułem się, jakbym przyjechał do piekła. Usiadłem na schodach prowadzących na ulicę. Oddychałem głęboko. Miałem już dosyć dzisiejszego dnia. Marzyłem, żeby przytulić Annę i pójść spać.
– Ostatnia prosta i będę w domu. Osiem minut spacerkiem – dodawałem sobie otuchy.
Wstałem ostrożnie. Lekko kręciło mi się w głowie. Wciągnąłem głęboko powietrze, które nie śmierdziało już tak intensywnie. Wszedłem po schodach i zatrzymałem się zdezorientowany.
Nie poznawałem własnej dzielnicy.
Pierwsze, co pomyślałem, to że pomyliłem przystanki. Pojechałem za daleko albo wysiadłem za wcześnie. Przez chwilę próbowałem przypomnieć sobie, co jest za i przed Redłowem. Wzgórzem Świętego Maksymiliana to nie było, Orłowem tym bardziej. Dalej ani bliżej pojechać nie mogłem. Musiałem wysiąść dobrze.
Do tego nic nie widziałem. Peron SKM-ki nikł w mroku – w ogóle nie był oświetlony. Na ulicy paliła się jedna latarnia, pod którą stałem. Jej światło tworzyło wokół mnie krąg, niczym jupiter na teatralnej scenie. Sto metrów dalej, przy najbliższym skrzyżowaniu, jarzyła się kolejna samotna lampa.
Wszystko wokół zdawało się inne, a zarazem podobne. Wmawiałem sobie, że to przez noc; kształty się zamazują, cienie wydłużają, a facet na bilbordzie reklamujący pastę do zębów, który rano był uśmiechnięty, teraz patrzy na mnie złowrogo, jakbym coś mu zrobił. Nie, to niemożliwe.
Powoli ruszyłem w stronę domu. Na ulicach i chodnikach nie spotkałem nawet ducha. Aleja Zwycięstwa, główna aorta, była pusta, jakby ktoś spuścił z miasta jego krew. Nie słyszałem nawet dalekich odgłosów samochodów. Panowała cisza, którą mącił jedynie wiatr, pogrywając na śmieciach, drzewach i szczelinach.
Budynki wydawały się dziwne. Niby je rozpoznawałem – sklepy, bloki, domy, ale coś było w nich nie tak. Z początku nie wiedziałem co. Przystanąłem, spoglądając na jeden z wieżowców. Nikł w chmurach.
« 1 2 3 4 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Chleb
Iwona Michałowska

5 X 2019

Pożyczam bułkę ze straganu Kodiego. Jutro i tak nikt jej nie kupi. Żuję. Rozalia mówi, że jego pieczywo ma smak. Kogo obchodzi smak? Chleb ma wypełnić żołądek. Bułka trochę cierpka, jakby dodał do niej jakiejś goryczki. Wieje coraz mocniej, na wszelki wypadek zwijam daszki straganów. Siostra Kodiego jest dość odporna, a jednak już poszła. On pewnie też byłby odporny, gdyby nie ta blizna. Zranił go brat, nim odszedł z wiatrem. Tym samym, który zabrał moją matkę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Pochłonięty przez cień
— Magdalena Kubasiewicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.