Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 września 2020
w Esensji w Esensjopedii

Maciej Wrześniewski
‹Potwór w szafie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMaciej Wrześniewski
TytułPotwór w szafie
OpisAutor pisze o sobie:
Dwadzieścia lat, student drugiego roku w SGH (kierunek finanse i rachunkowość), od bieżącego roku również prawa na Uczelni Łazarskiego. Książkofil zafascynowany literaturą fantasy plus w coraz większym stopniu sf. Interesujący się dodatkowo polityką, ekonomią, prawem (stąd kierunki studiów) oraz w mniejszym stopniu zagadnieniami społecznymi i psychologią. Nie zapominając, nałogowy gracz na Xboxie i nie tylko. Piszący od pięciu lat z licznymi dłuższymi i krótszymi przerwami.
Gatunekgroza / horror, sensacja

Potwór w szafie

1 2 3 4 »
Czy mogła zareagować w inny sposób? Nagle jak diabeł z pudełka (a raczej z samego piekła) w domu samotnie wychowującej dwójkę dzieci kobiety pojawił się obcy facet w ciemnej skórzanej kurtce, z czarną, sportową torbą o demon wie jakiej zawartości. Niezwykle głęboka, w kształcie poszarpanego półksiężyca blizna na policzku z pewnością nie dodawała mi uroku.

Maciej Wrześniewski

Potwór w szafie

Czy mogła zareagować w inny sposób? Nagle jak diabeł z pudełka (a raczej z samego piekła) w domu samotnie wychowującej dwójkę dzieci kobiety pojawił się obcy facet w ciemnej skórzanej kurtce, z czarną, sportową torbą o demon wie jakiej zawartości. Niezwykle głęboka, w kształcie poszarpanego półksiężyca blizna na policzku z pewnością nie dodawała mi uroku.

Maciej Wrześniewski
‹Potwór w szafie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMaciej Wrześniewski
TytułPotwór w szafie
OpisAutor pisze o sobie:
Dwadzieścia lat, student drugiego roku w SGH (kierunek finanse i rachunkowość), od bieżącego roku również prawa na Uczelni Łazarskiego. Książkofil zafascynowany literaturą fantasy plus w coraz większym stopniu sf. Interesujący się dodatkowo polityką, ekonomią, prawem (stąd kierunki studiów) oraz w mniejszym stopniu zagadnieniami społecznymi i psychologią. Nie zapominając, nałogowy gracz na Xboxie i nie tylko. Piszący od pięciu lat z licznymi dłuższymi i krótszymi przerwami.
Gatunekgroza / horror, sensacja
Są chwile, kiedy potrafię zapomnieć,
że za kulisami świat trawi straszliwa wojna,
a koszmary nie są tylko złym snem.
- Baltazar Batal
Wszystko stało się równie raptownie jak pobliskie uderzenie pioruna.
Za oknem eksplodował przebijający chmury, zielony słup światła, niczym pozbawiony kapelusza atomowy grzyb. Pogrążony w letargu laptop ożył – na ekranie wystrzeliły czerwone cyfry obliczeń. Nie tracąc czasu, poderwałem słuchawkę staromodnego, karminowego jak szminka telefonu, który zawczasu postawiłem na biurku. Wpisałem numer poprzedzony obowiązującym tamtego dnia szyfrem. Skrzywiłem się, słysząc przeraźliwe trzaski na linii. Po dłuższej chwili zastąpił je głęboki i chropowaty głos Zatuza.
– Mamy go – powiedział, po czym zawahał się. Zdążyłem zaczerpnąć nerwowy oddech, zanim rozwiał moje wątpliwości. – Sądząc po minie Natalii, to kolejny samotwór. Kolejne pudło. Kurwa.
– W takim razie…
– …Plan Ostrej Brzytwy – dokończył za mnie ostro.
Trudno było się spodziewać innego obrotu sprawy. Mimo to wciąż nie znałem odpowiedzi na pytanie, które ostatnimi nocami spędzało mi sen z powiek.
– Szefie… Arma i Netal. Co z nimi?
Zatuz wydał charczący dźwięk, który u niego mógł oznaczać westchnienie.
– Nie przeżyli – odrzekł ochryple. – Arma straciła przytomność, zanim zdążyła mu pomóc. Sobie zresztą też. Wykrwawiła się na śmierć.
Dwie ofiary. Kolejne dwie świeczki na ołtarzu naszej cholernej kaplicy chwały.
– Czasami… – zebrało mi się na żałośnie wyniosłe słowa. – Czasami nie wiem, czy nie staramy się złapać w worek wiatru.
– Nie musisz się tłumaczyć, Baltazarze – odparł sucho. Mimo hardości w jego głosie wiedziałem, że śmierć żołnierzy nigdy nie stanowiła dla szefa zwykłej straty. Nie oznaczała wyłącznie przesunięcia kreski na drugą stronę bilansu i napisania lakonicznego raportu z żądaniem uzupełnienia garnizonu. Zatuz, choć w połowie potwór, równie często jak podlegli mu ludzie musiał osuszyć niejedną butelkę, zanim mógł odnaleźć pozbawiony snów sen.
W powietrzu niczym katowski topór wisiała inna paląca kwestia.
– Co z dziećmi? – zapytałem pozornie od niechcenia.
– Kod trzy. – Zamyślił się, jakby chciał dodać coś jeszcze. – Bez odbioru – dodał i bezceremonialnie się rozłączył.
Zazwyczaj trudno mi zrozumieć „odmienność” szefa. Ale tym razem miałem wrażenie, że sumienie gryzie na równi nas obu. Tylko że grzech miał się dokonać moimi rękoma.
• • •
– Panie Michałkowski! Błagam, niech pan tam nie idzie!
Niestrudzenie wchodziłem po schodach. Pani Agnieszka, w której domu zagnieździł się samotwór, uwiesiła się rękawa skórzanej kurtki, próbując mnie zatrzymać. Sprawy nie ułatwiał jej nastoletni syn, zawzięcie szarpiący moją torbę. Cóż, nie zdało się to na wiele. Mimo szczupłej budowy ciała, po latach treningu i sycenia się resztkami emocji wysysanymi z dzieci za pomocą świec Leukotii, miałem dość siły, aby powalić ciosem słonia. W ogólnej szamotaninie (w której szczęśliwie nie brała udziału córka pani Agnieszki) stanęliśmy na drewnianych klepkach pierwszego piętra. Z otwartych drzwi sypialni na końcu korytarza padało słabe światło.
– Uspokójcie się wszyscy, do cholery jasnej! – ryknąłem, wyszarpując się jednocześnie z uciążliwego uchwytu matki i syna.
Domownicy zamarli z wyrazem zgrozy na twarzach. Nic dziwnego – mam wyjątkowo potężny, basowy głos. Dostrzegłem, że oczy dziewczynki zaszkliły się ze strachu.
W myślach zmełłem przekleństwo.
Ukląkłem i spojrzałem najłagodniejszym wzrokiem, na jaki pozwalała sytuacja, w niebieskie jak niebo oczy dziecka. Czerwony sweterek z misiem, jaki miała na sobie, rozbawił mnie. Jeśli pamięć mnie nie myli, sam nosiłem kiedyś podobny.
– Przyszedłem, żeby wam pomóc, maleńka. Żeby zniszczyć to, co nie pozwala ci spać – wyszeptałem uspokajająco
Pogładziłem dziewczynkę po policzku. Nie jestem mistrzem pocieszania, ale chociaż tyle mogłem zrobić.
– Panie Michałkowski…
Wstałem. Spojrzałem nachmurzonym wzrokiem na kobietę w brunatnym polarze i staromodnej, niepasującej do niczego spódnicy.
– Pani Agnieszko, nazywam się Baltazar Batal. Powtórzę jeszcze raz: nazwisko w gazecie jest fałszywe. Mamy tutaj do odwalenia kawał brudnej roboty. Inaczej pani córka nigdy nie uwolni się od tego skur… – ugryzłem się w język – … od tej bestii. To nie są żarty. Myślę, że zdążyła się pani o tym przekonać.
– Ale, ale, ale… – Kobieta zacięła się jak zdarta płyta. – Ja nic o panu nie wiem! – wypaliła w końcu.
– I nie dowie się pani więcej niż uznam za słuszne. Wiedza, jaką dysponuję, jest ściśle tajna. Uprzedzę pani pytanie: nie jestem, jak podaje reklama w tygodniku, egzorcystą.
– W takim razie kim? – zapytała strachliwie.
– Kimś, kto może wam pomóc. Nikim mniej i nikim więcej.
Jeśli wcześniej oczy pani Agnieszki wypełniał strach, to teraz przerodził się on w mieszankę kompletnej dezorientacji i przerażenia. Chociaż czy mogła zareagować w inny sposób? Nagle jak diabeł z pudełka (a raczej z samego piekła) w domu samotnie wychowującej dwójkę dzieci kobiety pojawił się obcy facet w ciemnej skórzanej kurtce, z czarną, sportową torbą o demon wie jakiej zawartości. Niezwykle głęboka, w kształcie poszarpanego półksiężyca blizna na policzku z pewnością nie dodawała mi uroku.
Niestety, nie mogłem powiedzieć więcej niż kilka słów wyjaśnienia. W tym osobliwym przypadku dyskusja zawsze rodziła tylko kolejne dyskusje. Walczę w tej wojnie od zbyt wielu lat, żeby o tym nie wiedzieć. A rozkaz to rozkaz.
Jednak coś w środku kazało mi nieco załagodzić kuriozalną sytuację. Nazwijmy to strzępem sumienia.
– Nikomu nie stanie się krzywda, obiecuję. To tylko…
„Cholera! I co mam teraz powiedzieć!? Że jestem członkiem oddziału walczącego ze strachem, który Bóg raczy wiedzieć czemu zaczął organizować się w żywe istoty!?”
– Pani Agnieszko, to tylko praca. Najlepiej nie wdawać się w szczegóły – westchnąłem, wyzywając się w duchu od najgorszych idiotów. – Który to pokój?
– Panie Mi… Baltazarze! Tam naprawdę jest potwór!
Pokiwałem w nic nieznaczącym geście głową.
– Aha – skomentowałem w końcu.
Kierowany przeczuciem spojrzałem w szklące się oczy dziewczynki. Niczym w tanim, amerykańskim horrorze, z paznokciami w buzi, zerkała nerwowo na drugie drzwi po lewej. Bez zastanowienia ruszyłem przed siebie. Pani Agnieszka zaczęła krzyczeć, żebym tego nie robił, jednak dwa kroki dalej kładłem już rękę na łuszczącej się klamce. Bez dalszych ceregieli wszedłem do środka. Domownicy zamilkli jak nożem uciął, ale z ciszy udało mi się wyłowić szept chłopca:
– On nas zabije.
„Potwór, czy też mnie uznał za potwora?”
W pokoju było ciemno. Niebo, spowite koroną burzowych chmur, ciskało trupiobladymi piorunami. W blasku kolejnej błyskawicy wynurzyła się stojąca pośrodku przeciwległej ściany zwykła, stara szafa. Jednak moje oczy widziały więcej niż oczy domowników. Kanciasty mebel otaczała zwiewna korona ciemności, jakby gnieżdżący się wewnątrz potwór pożerał światło wyładowań atmosferycznych. Oznaczało to, że bestia nie należała do najsłabszych. Cholera.
– Niech pani zapali światło – powiedziałem, zebrawszy się na uprzejmy ton.
Ilustracja: <a href='mailto:a_wawrzaszek@wp.pl'>Artur Wawrzaszek</a>
Ilustracja: Artur Wawrzaszek
Jak widać, nie tędy droga. Nie doczekałem się reakcji. Odwróciłem się, przybierając marsową minę. Nie jestem złym człowiekiem. W większości przypadków współpracowałem z mordercami, gwałcicielami czy wariatami, którzy stanowią tylko trzy pierwsze pozycje na liście ofiar. Przypadki „normalnych” rodzin trafiały się niewiele częściej niż dobry artykuł w brukowcu.
Z wyrazu twarzy pani Agnieszki wyczytałem mieszaninę strachu i histerii. Nie wróżyło to dobrze. Wiedziony procedurami, ale przede wszystkim doświadczeniem, wiedziałem, że powinienem wykluczyć ją z wydarzeń, nie przebierając w środkach. Inaczej… szkoda gadać. W najgorszej wersji przyszłości wszyscy stalibyśmy się wyssanymi ze snów i życia trupami.
Błysk! Nagle wpadłem na ryzykowny pomysł.
– Trudno, poradzę sobie bez światła – mruknąłem lodowato.
– Panie Baltazarze! – pisnęła kobieta.
Szybkim krokiem podszedłem do szafy. Otworzyłem drzwiczki na oścież. W środku wisiały dziewczęce ubrania. Na dolnej półce leżały zabawki i buty, na górnej zaś czapki i różne drobiazgi. Zza pleców dobiegł mnie łomot.
1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Luka w pamięci
Marianna Szygoń

12 IX 2020

Przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Tuaranga
Piotr Zawada, Magdalena „Majik Czar” Czarnecka

4 VII 2020

Ostrzeżenie: opowiadanie tylko dla czytelników dorosłych!

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Zerwany kwiat
Marcin Pindel

21 VI 2020

Zostawiwszy za sobą bacówkę, przy której wygrzewał się na słońcu piękny owczarek, minąłem kierdel owiec, a pięć minut później dotarłem na szczyt. Kapliczka stała niedaleko charakterystycznego pasa drzew porastającego niemal łysy wierzchołek. Już na miejscu odwróciłem się w kierunku, z którego przyszedłem. Szczyty Tatr wciąż pobłyskiwały bielą, ale Babia Góra zdążyła się już pozbyć swojej śnieżnej czapy.

więcej »

Polecamy

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.