Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 stycznia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Grzegorz Wiśniewski
‹Mój brat, Kain›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorGrzegorz Wiśniewski
TytułMój brat, Kain
OpisGrzegorz Wiśniewski debiutował na łamach „Nowej Fantastyki” znakomicie przyjętym opowiadaniem cyberpunkowym „Manipulatrice”. Publikowany tekst „Mój brat, Kain” należy również do tego gatunku, rzadko podejmowanego przez rodzimych autorów.
Gatunekcyberpunk, SF

Mój brat, Kain

Grzegorz Wiśniewski
1 2 3 6 »
Moje ciało składa się płynnie do pozycji kokutsu-dachi, z prawą nogą wysuniętą do przodu i lewą lekko ugiętą, unoszącą właściwy ciężar ciała. Dłonie zamierają wyciągnięte do przodu, mniej więcej na wysokości mostka. Wyostrza mi się wzrok i słuch.
Na szczęście nie ma żadnego celu w pobliżu. Nagły ruch, hałas, ostre światło – nie wiem, może coś jeszcze – wszystko to może sprowokować reakcję tego, co wszczepiono mi w podświadomość.

Grzegorz Wiśniewski

Mój brat, Kain

Moje ciało składa się płynnie do pozycji kokutsu-dachi, z prawą nogą wysuniętą do przodu i lewą lekko ugiętą, unoszącą właściwy ciężar ciała. Dłonie zamierają wyciągnięte do przodu, mniej więcej na wysokości mostka. Wyostrza mi się wzrok i słuch.
Na szczęście nie ma żadnego celu w pobliżu. Nagły ruch, hałas, ostre światło – nie wiem, może coś jeszcze – wszystko to może sprowokować reakcję tego, co wszczepiono mi w podświadomość.

Grzegorz Wiśniewski
‹Mój brat, Kain›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorGrzegorz Wiśniewski
TytułMój brat, Kain
OpisGrzegorz Wiśniewski debiutował na łamach „Nowej Fantastyki” znakomicie przyjętym opowiadaniem cyberpunkowym „Manipulatrice”. Publikowany tekst „Mój brat, Kain” należy również do tego gatunku, rzadko podejmowanego przez rodzimych autorów.
Gatunekcyberpunk, SF

Would you like to know the truth?
Of what side′s there, to have the proof
I found out just which side you′re on
Where would you end?
In heaven
Or in hell?
1.
W oddali wyje syrena policyjnego kutra. Narasta, gdy pojazd zbliża się do skrzyżowania, a potem opada, gdy kuter skręca nad kanał i pędzi na złamanie karku wzdłuż Nassaukade. Odrapane ściany budynków na głębokiej niby kanion ulicy przez chwilę omywa czerwone, migające światło.
Znowu zamieszki wyznaniowe. Gdzieś na południu. W virtualwizji jak zwykle zwalą wszystko na Janczarów, jakby inni terroryści nawrócili się przez ten czas na pokój i dobrą wolę.
Podnoszę wzrok wyżej, na spokojne, nocne niebo. Blade punkciki nielicznych gwiazd z trudem przebijają się przez świetlną łunę miasta. Widzę ich może ze trzy… najwyżej pięć. Chłodny, świeży podmuch wiatru wpada przez otwarte okno i szeleści haftowanymi ręcznie zasłonami.
Dziewczyna u mojego boku mruczy coś przez sen. Nastawiam ucha, ale ona przytula się do mojego ramienia i milknie. Krótko ścięte, jasnoblond włosy łaskoczą moją skórę. Przyglądam jej się ponownie; ciemność dodaje jej ciału tajemniczego powabu. Jest drobna i sympatyczna. Ma małe piersi i buzię szesnastolatki. Nie jest właściwie w moim guście, ale przy niej czuję się bezpieczniejszy. Takie towarzystwo nie grozi mi zbyt łatwym uwolnieniem impulsu.
A nie chciałbym jej zabić.
Muskam dłonią jej włosy. Ona znów mruczy niczym kotka i przewraca się na brzuch. Przeszkadzała jej szorstka elsderma blokera, obejmująca mój łokieć. Siadam na łóżku opuszczając nogi na podłogę. Przykrywam dziewczynę prześcieradłem aż po brodę i maszeruję po perskim dywanie do łazienki. Dyskretne światło zapala się automatycznie.
Całą ścianę na wprost wejścia zajmuje lustro. To niedobrze. Nie lubię swojego odbicia, trudno jest mi spojrzeć sobie w oczy. Często próbuję, ale teraz odjeżdżam wzrokiem gdziekolwiek w bok. Zegar, wkomponowany w fantazyjną umywalkę z ceramiki keiku, pokazuje pół do trzeciej. Wstające słońce wkrótce oznajmi nowy dzień. Powinienem czuć senność, ale nic z tego. Mam coś spieprzone w pniu mózgowym i rzadko sypiam. Zwykle godzinę lub dwie na dobę. Podobno skróci mi to życie; chyba, że ci goście od Kaina potrafią mnie od tego uwolnić.
Kolejna noc, w którą nudzę się jak zwykle.
Zaglądam przez przezroczyste drzwi łazienki do pokoju. Dziewczyna chyba śpi wystarczająco mocno. Za dobra okazja, aby ją zmarnować. Odpinam rzepy blokerów i rzucam je pod lustro. Czuję, jak skóra w okolicach obu ramion i obu kolan przyjmuje to z radością. Ślady od dermatrod mam już odciśnięte chyba na stałe. Delikatnie masuję sobie skórę.
Z rolki na ścianie oddzieram skrawek hydroabsencyjnego filtru i naklejam sobie na nozdrza. Potem wchodzę do kabiny Wodnego Pyłu.
Kompresor zaczyna pracować z ledwo słyszalnym szelestem. Kabinę wypełnia chmura rozpylonej wody, otula mnie delikatnie jak objęcia kochanki. Po całym ciele spływa mi fala przyjemnego ciepła, akompaniuje jej wszechobecny zapach letniego deszczu. Rano, zgodnie z moim życzeniem, zmienili filtry zapachowe. Przymykam oczy. Nareszcie chwila odprężenia. Coś, na co w towarzystwie rzadko mogę sobie pozwolić.
Mogę swobodnie myśleć.
Ta nazwa, nazwa konsorcjum podana przez Kaina. Borsig-ViviTech. Jakby znajoma. A może nie.
Myślę o Kainie, śpiącym spokojnie w pokoju po drugiej stronie korytarza. Przed oczami przesuwają mi się sceny z naszego rozstania przed rokiem. Klnę ostro, prawie na głos. Nie wolno mi wracać myślami do tamtych wydarzeń, nie raz sobie to obiecywałem. Tamte wspomnienia wzbudzają we mnie silne emocje, a silne emocje mogą spowodować…
I wtedy nagle to czuję. Coś jakby skręt w głowie, zakończony przeszywającym wszystkie mięśnie elektrycznym szokiem. Wyprężam się momentalnie, dławiąc nieprzyjemne uczucie utraty panowania nad własnym ciałem. W duszy narasta mi fala lodowatej paniki, ale prawie natychmiast tłumię ją z wprawą. Mam w końcu prawie dwa lata praktyki.
Moje ciało składa się płynnie do pozycji kokutsu-dachi, z prawą nogą wysuniętą do przodu i lewą lekko ugiętą, unoszącą właściwy ciężar ciała. Dłonie zamierają wyciągnięte do przodu, mniej więcej na wysokości mostka. Wyostrza mi się wzrok i słuch.
Na szczęście nie ma żadnego celu w pobliżu. Nikt nie wymachuje bronią, nikt nie krzyczy, nie zamierza się do ciosu. Nikt nie wykonuje gwałtownych ruchów. Łazienkę wypełnia tylko aromat letniego deszczu i delikatny szum wodnego pyłu. W myślach dziękuję dziewczynie za to, że śpi. Tak naprawdę impuls nie potrzebuje wyraźnego celu i w tym leży mój największy problem. Nagły ruch, hałas, ostre światło – nie wiem, może coś jeszcze – wszystko to może sprowokować reakcję tego, co wszczepiono mi w podświadomość.
Nagle jestem wolny. Impuls zanika.
Zaczynam wychodzić z transu. Odzyskuję władzę w mięśniach, prostuję się wolno i przyciskam plecy do zimnych kafelków. W całym ciele czuję pulsujący ból. To nic, przyzwyczaiłem się. Impuls przejmuje sterowanie gruczołami wydzielania wewnętrznego i wpuszcza mi do krwiobiegu niesamowity koktajl hormonów, aby wycisnąć z ciała jak najwięcej. Tyle, że potem próbuje raptownie przywrócić stan wyjściowy. I robi to szybko. Za szybko, aby mogło się obejść bez bólu. Cierpię w milczeniu, zaciskając zęby.
Wzrok i słuch wraca do porządku. Na chwilę tracę czucie. To nieprzyjemny moment, na szczęście trwa krótko. Czucie wraca. Ból też, ale nieistotnie słaby. Podnoszę dłoń przed oczy. Widzę jak drży, to widomy znak, że znów jestem sobą. W uszach uspokaja się dudnienie pracującego ciężko serca. Sięgam do ściany i obniżam temperaturę wodnego pyłu. To pomaga.
Jak zwykle po aktywacji impulsu przychodzi mi na myśl ampułka szwajcarskich prochów, ukryta w jednej z kieszeni mojego płaszcza. Gość, który mi ją sprzedał, zwinął ją z filii korporacji CIBA-Geigy, tej od różnych farmakologicznych śmieci. To miał być lek na Alzheimera i DSN; syntetyczny makrowirus dokonujący beta-przemiany systemu nerwowego. Mocna rzecz. Facet zaklinał się, że CIBA nie odważyła się tego przetestować.
Zawsze to jakieś wyjście.
Raptownie wracam myślami na ziemię, gdy kątem oka dostrzegam otwierające się drzwi od łazienki. Moja dziewczynka wchodzi do środka mocno trąc zaspane oczka. Otwiera drzwi kabiny i pakuje się w moje ramiona. Nie wiem co robić, zakładać blokery czy ryzykować pozostanie bez nich. Ta mała, nieświadoma niebezpieczeństwa, przytula się do mnie i owija mi nogę wokół biodra. Woń wiosennego deszczu przenika mnie całkowicie, rozluźniam się i zamykam ją w ramionach.
Moja podświadomość przyłącza się.
2.
Zawsze sądziłem, że wszystko mam już za sobą. Dobro. Zło. I wszystko to, co pomiędzy. Ale złudzenie prysło, gdy trzy dni temu moja przeszłość powróciła.
Malowałem akurat, jeśli można to tak nazwać. Polegało to głównie na przelewaniu pędzlem błękitnej farby z palety wprost w linie, przebiegające przez całe płótno. Blokery na łokciach mocno mi przeszkadzały, więc linie te były dość umownie proste. Wyrównałem je bez powodzenia, po czym zabrałem się za równomierne pokrywanie dołu obrazu odcieniem zieleni, dobieranym całą godzinę.
Oczywiście nie mam żadnych zadatków na malarza i prawdę mówiąc nie interesuje mnie to. Po prostu lubiłem samo gmeranie pędzlem w farbach i rozsmarowywanie ich po pustej płaszczyźnie. To koiło moje myśli, pomagało się skoncentrować. I chociaż na moment zapomnieć o przeszłości, napierającej na mój umysł jak zimna, betonowa ściana.
Prywatny ośrodek, w którym zamknąłem się z własnego wyboru leży w małej wiosce Ankeveen, w pobliżu Amsterdamu. Jakieś dziesięć mil na południowy wschód od przedmieść. Składa się na niego kompleks ośmiu różnych budynków, stojący wewnątrz ograniczonego wysokim ogrodzeniem, eksterytorialnego obszaru. Miałem tam wszystko, czego tylko mogłem zapragnąć: VR-łączność z całym światem, najlepsze symulacje i gry dostępne w Necie, narkotyki, dziwki, kompletną opiekę medyczną. Mojego prawa do prywatności bronił tuzin najemników, automatyczne działka i sfora zcyborgizowanych brytanów. Paradise, raj na ziemi. Tak to nazywają.
Właściwie cała zieleń znalazła się na płótnie, gdy niespodziewanie w apartamencie rozległ się świst videofonu.
– Połączenie z gabinetem dyrektora van der Vlygta. Czy przyjmie je pan? – odezwał się automat modulowanym, żeńskim głosem.
Zignorowałem go. Jak zawsze. Tyle że tym razem sygnał nie umilkł po dwóch próbach.
To było dziwne. Personel doskonale wiedział, że jeśli rezydent ośrodka od razu nie przyjmuje połączenia, to nie ma ochoty na rozmowę. A jeżeli nie ma on na coś ochoty, należy uszanować jego wolę.
Odłożyłem na moment pędzel i zacząłem obserwować podwieszony pod sufitem, sterowany głosem V-Phone Hitachi. Dlaczego van der Vlygtowi, szefowi Paradise, nagle zaczęło zależeć na rozmowie ze mną? Jak dotąd widziałem go raz. Wystarczy.
W tym momencie ścienny ekran TFT ożył. Uruchomiony zdalnie.
– To już lekka przesada… – zacząłem z naciskiem, ale umilkłem, gdy trafiłem oczami na obraz.
1 2 3 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »
Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Dobry glina
Marianna Szygoń

19 X 2019

Gość nie wyglądał na przejętego cudownym ocaleniem. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał na kogoś, komu bycie martwym nie zrobiłoby wielkiej różnicy. Blady, z woskową cerą i mętnym spojrzeniem, przypominał raczej żywego trupa niż poborcę zaległych czynszów.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Listopad 2014
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Paweł Micnas, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Chwała ogrodów, błoto i morze
— Michał R. Wiśniewski

Kategoria A
— Michał R. Wiśniewski

Niewielka wojna
— Michał Kubalski

Noel Profesjonał
— Grzegorz Wiśniewski

Wiedźmińska Opowieść Wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Tolkienowska opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Tygrys! Tygrys! Tygrys!
— Grzegorz Wiśniewski

Obca opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Pies, czyli kot
— Grzegorz Wiśniewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.