Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 29 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Anna Brzezińska
‹A kochał ją, że strach›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Brzezińska
TytułA kochał ją, że strach
Opis"A kochał ją, że strach" jest debiutanckim opowiadaniem znanej pisarki, dwukrotnej laureatki nagrody im. Janusza A. Zajdla i współwłaścicielki Agencji Wydawniczej Runa, pierwotnie opublikowanym na łamach "Magii i miecza". Za ten właśnie tekst Anna Brzezińska odebrała swą pierwszą nagrodę polskiego fandomu.
Gatunekfantasy

A kochał ją, że strach

Anna Brzezińska
« 1 2 3 »

Anna Brzezińska

A kochał ją, że strach

- Myślałem, że posprzątam, drew narobię - sprostował szybko (chociaż właściwie nie wiedział, co). - Dach załatam... Toż widzicie, że strasznie wam przecieka... Gnój rozrzucę - dokończył w ostatnim, rozpaczliwym porywie.
Babunia Jagódka milczała wystarczająco długo, by łzy stanęły mu w oczach.
- Siedem dni służby - zadecydowała wreszcie sucho. - I ani dnia krócej.
- Jacy wy dobrzy jesteście - rozpromienił się Szymek. - To ja tu wpadnę jutro, jak tylko słonko zajdzie, i zrobię, co trzeba.
- Miałam na myśli służbę stacjonarną - skrzywiła się Babcia. - Znaczy się, ty i twoje świnie sprowadzacie się na tydzień do mnie. Wóz albo przewóz.
Przez pokryty skułtunionym żółtym włosem łeb Szymka przemknęło tragiczne przeczucie drwin, jakimi obrzucą go sąsiedzi. Wybąkał podziękowanie i przybity powlókł się, by oznajmić świniom wieść o przeprowadzce.
Wbrew jego obawom Babunia Jagódka nie nalegała, by zamieszkał w chacie, i zakwaterowała go całkiem przyzwoicie, w obórce.
- Idę do dworu - oznajmiła. - Wisenka ostatnio zalega z zapłatą, wino już na wyczerpaniu. Wrócę wieczorkiem, a ty tymczasem załataj daszek. Tylko do studni nie zaglądaj. To bardzo szczególna studnia.
- Nic się, Babuniu, nie martwcie - zapewnił ją skwapliwie. - Ja nie z tych.
Babunia uśmiechnęła się pod nosem (a nos miała wielki jak czerwona bulwa, z nieodzowną kapką zawieszoną na końcu) i żwawo oddaliła się ścieżynką. Skoro tylko zniknęła, Szymek odetchnął swobodniej. Koło wychodka znalazł pokaźną stertę trzciny do krycia dachu i bez zwłoki wdrapał się na drabinę. Myśl o Jarosławnie dodawała mu skrzydeł. Bo też kochał ją, że strach.
Kiedy koło południa słońce przygrzało mocniej, uznał, że najwyższy czas odpocząć. Upewnił się, że świnie spokojnie ryją u podnóża trzech dębów ocieniających polankę, pogroził pięścią ulubionemu capowi Babuni, napluł na płot, napił się kwaśnego mleka - ale wciąż coś go dręczyło. Wreszcie powoli, ostrożnie, zbliżył się do studni. Cembrowina wydała mu się całkiem zwyczajna. Czujnie rozejrzał się wokół, jednak nic nie zwiastowało rychłego nadejścia wiedźmy.
- Ja tylko tak... - usprawiedliwił się w duchu. - Raz rzucę okiem. W końcu niby czemu mam nie zajrzeć? A może złoto tam Babunia chowa wyłudzone od Wisenki? No, raz kozie śmierć. Zaglądam.
I zajrzał. Zobaczył własne wytrzeszczone ze strachu niebieskie ślepia i niemądrze rozdziawioną gębę. Ale kiedy się tak gapił, w głębi studni coś zabulgotało, zaszumiało rzewnie i dobiegł go ukochany, słodki głos Jarosławny.
- Co tak stoisz, leniu ty śmierdzący! - przemówił głosik młynarzówny, a za plecami Szymka-W-Studni pojawiło się jej wdzięczne ramię i zdzieliło go w łeb tłuczkiem do kartofli. - Znowu się obijasz? Ze zbożem przyjechali, migiem gnaj wóz rozładować, bo ojcu poskarżę! - i na powierzchni studni z bulgotem poczęła formować się postać Betki młynarza.
Szymek przezornie nie czekał, co zrobi Betka, który był znany z ciężkiej ręki i plugawego charakteru. Odskoczył od studni, nim zdążył sobie przypomnieć, że to tylko obrazek na wodzie, i do wieczora nie odrywał się od dachu. Wszakże wizerunek Jarosławny napełnił jego serce słodką błogością. Byli razem w studni! Przemówiła do niego! Przekomarzała się z nim!
Robota wprost paliła mu się w rękach. Babunia Jagódka wróciła o zmierzchu i z podziwem rzekła:
- Aleś się uwinął, Szymek! - A potem poczęstowała go skalmierskim winem.
Napitek rozrzewnił chłopaka i jeszcze bardziej wzmógł tęsknotę za Jarosławną. W połowie drugiej flaszki gospodyni też najwidoczniej wpadła w dobry nastrój, bo zaczęła nachalnie zwoływać do flaszki nietopyrki; nieszczęsne nietopyrki, które dotychczas spokojnie zwisały z belek i bynajmniej nie miały ochoty na dworski rarytas, w popłochu furkotały po izbie. Zachęcony swobodnym nastrojem biesiady chłopak zadał dręczące go od południa pytanie:
- A co takiego dziwnego z waszą studnia, Babuniu?
- Widzisz, Szymek - wiedźma czknęła i przyjaźnie klepnęła go po ramieniu - to studnia czarowna jest i podstępna, bo to już taka tradycja w tej profesji, że każda wiedźma musi mieć coś czarownego i podstępnego, czy to wrednego demona we flaszce po porzeczkowej nalewce, czy kije-samobije, czy to osła, co raz sra złotem, a raz czystym gównem i nigdy nie wiadomo, na co mu ochota przyjdzie. Ja mam studnię. Znaczy się, jak kogoś polubi, to ładnie śpiewa i pokazuje mu przyszłość. A jak kogoś nie lubi, to starczy, że zajrzy, czy wody się napije, a stanie się coś strasznego.
- Ojejej - przeląkł się Szymek. - A co strasznego?
- No, z tym to różnie bywa - pogodnie wyjaśniła Babunia. - Jedni się zmieniają w żaby, inni zasypiają na sto lat, a był też jeden taki, co tylko raz się przejrzał i z beczeniem pognał w las. Wydawało mu się, że jest jeleniem. Podobno potem naprawdę się w niego zmienił. Wisenka powiada, że ten wieniec przy palenisku w starościńskim dworcu jest po nim, ale to niesprawdzona wiadomość. Wiesz, jak jest z Wisenką.
Szymek nie wiedział, ale zimny dreszcz spłynął mu po kręgosłupie aż do lędźwi i z powrotem. Pożegnał się pospiesznie, życzył Babuni dobrej nocy i pognał do swojej szopy. Nietopyrki skorzystały z okazji i wypadły za nim przez niedomknięte drzwi, a zaczajony za rogiem chaty cap dotkliwie ubódł go w zadek.
- Czekaj, cholero! - rozdarł się chłopak. - Rychło ty skończysz w kotle!
Spał źle. Śniło mu się, że znowu zajrzał do studni i zmienił się w kozła.
O poranku Babunia Jagódka obudziła go waleniem kosturka w ścianę szopki i zagnała do czyszczenia szamba. Smród był taki, że nawet świnie uciekły, ale Szymek pracował wytrwale i marzył o Jarosławnie.
Marzył tak intensywnie, że pod wieczór znów zajrzał do studni.
Co prawda, w nic się nie zmienił, lecz trochę zdziwiło go to, co ujrzał. Była tam jego umiłowana Jarosławna. Dostojna i dostatnia, na kształt pękatej dzieżki do ciasta, z dwoma zasmarkanymi dzieciakami przy spódnicy, wypędzała świnie z warzywnika. Chłopak popatrzył na nią podejrzliwie: nie, żeby mu się przestała podobać, ale była jakaś odmieniona, minę miała kwaśną i nie szczędziła nierogaciźnie kopniaków. Cóż i tak kochał ją okrutnie, aż strach. Ale najgorsze było to, że cudne lewe oko Jarosławny zezowało na niego w jakiś złośliwy, zimny sposób.
Posmutniały powrócił do czyszczenia szamba.
- Coś ty taki markotny, Szymek? - spytała po powrocie Babunia.
- Śmierdzi strasznie - burknął.
- Przez ciernie dąży się do miłości - filozoficznie oznajmiła starowinka. - Tylko przez ciernie.
Potem znów urządzili sobie pijatykę. Wiedźma opowiadała zamkowe plotki, piła, jak chłop i podtykała mu pod nos marynowane śledzie z cebulą. Szymek uznał, że naprawdę niezła z niej babina. Wygrał w karty dwa sznury prawdziwych korali, a Babunia na koniec tak się spiła, że tylko bełkotała:
- Przez ciernie, przez ciernie...
Mamrotanie zaniepokoiło trochę Szymka i wyniósł się po cichu - nigdy nie wiadomo, czy po pijaku nie rzuci w niego nieopatrznie jakimś zaklęciem. Nim usnął, w jego głowie zakołatała myśl, że ze zmęczenia musiał coś przeoczyć. Toć to niemożliwe, żeby Jarosławna krzywo na niego patrzyła. Postanowił sumiennie to nazajutrz sprawdzić.
Co też uczynił. Jarosławna nie tylko krzywo na niego patrzyła, ale też donośnie przeklinała ku uciesze sąsiadów. Z rozpaczy Szymek-W-Studni poszedł się upić do karczmy, a Jarosławna mściwie nie wpuściła go na noc do komory. Na koniec ułożył się w krzakach za młynem, z daleka od drogi, żeby się wieść o jego mężowskim pohańbieniu nie rozniosła po całej wsi. W krzyżu go kłuło od targania worów z mąką, w brzuchu burczało z głodu, nawet studnia bulgotała jakoś... szyderczo.
Szymek tak się zasmucił, że pocieszyła go dopiero dokładka pierogów z jagodami. A Babunia Jagódka robiła wyśmienite pierogi.
Tego wieczoru nawet nie powąchał wina, bo w zapale porządków uprzątnął też górę koziego łajna zalegającego pod płotem na tyłach chatki. Niestety, okazało się, że Babunia ma jakąś teorię na temat użyteczności kozich odchodów. Wrzeszczała strasznie i wygrażała mu kosturkiem, zaś Szymek, choć nie rozumiał słowa "destylacja", pojął, że Babunia jest bardzo zła i postanowił nie wchodzić jej w drogę. Na wszelki wypadek przespał się przy świniach. Jakoś mu bydlątka dodawały odwagi.
Jeszcze przed świtem pognał do studni, jednak nie spotkała go żadna przyjemna niespodzianka. Jarosławna wybiła warząchwią zęba Szymkowi-W-Studni, a kiedy chciał jej mężowskim prawem złoić skórę, zagroziła, że niech tylko zakrzywi na nią palec, a tatuś przegna go z domu na zbity pysk. Wygłosiła długą mowę o tym, że musiała całkiem zgłupieć poślubiając świniopasa, spotwarzyła go od gołodupców, a na końcu skrupulatnie wyliczyła cztery krowy posagu, pierzynę, poduchy oraz morgi, które ma odziedziczyć. Potem pojawił się Betka i zagnał go do roboty w młynie. Kątem oka Szymek-W-Studni dostrzegł, że jego ukochana, cudna Jarosławna śmieje się w kułak, a młynarczycy wtórują jej z zapałem.
Zacisnął zęby i postanowił, że nie będzie więcej zaglądać za cembrowinę. Babunia miała rację. Studnia była niebezpieczna. Niebezpieczna, złośliwa i wredna.
Naprawił płot, zaś Babunia najwyraźniej mu wybaczyła, bo w południe kazała mu odpocząć. Słoneczko przygrzewało, muchy bzyczały sennie i resztę dnia chłopak spokojnie przedrzemał pod dębem.
« 1 2 3 »

Komentarze

10 IV 2011   12:33:52

Wydaje mi się, że się zakochałam:):) Niech będzie już poniedziałek i niech co prędzej otworzą osiedlową bibliotekę. I niech, niech będzie ona stosownie wyposażona!

27 XII 2012   11:35:23

Żenada. Co to w ogóle ma być!? Jeżeli takie opowiastki otrzymują nagrodę to znaczy, że z kondycji polskiej fantastyki jest gorzej jak źle.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Wiedźmie kłamstwa
— Anna Nieznaj

Królewny i karliczka
— Magdalena Kubasiewicz

Esensja czyta: Listopad 2014
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Paweł Micnas, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Gdzie diabeł nie może, tam wiedźmę pośle
— Magdalena Kubasiewicz

Oczy błękitne jak niebo
— Magdalena Kubasiewicz

Esensja czyta: Styczeń 2011
— Jędrzej Burszta, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Joanna Słupek, Agnieszka Szady, Monika Twardowska-Wągrowska, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Jak dawniej nie będzie
— Jędrzej Burszta

Esensja czyta: Grudzień 2009
— Jędrzej Burszta, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Marcin T.P. Łuczyński, Daniel Markiewicz, Beatrycze Nowicka, Monika Twardowska-Wągrowska, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Kołatka w kształcie łba kota czyli o tym, że nic się nie kończy
— Karina Murawko-Wiśniewska

Chwała ogrodów, błoto i morze
— Michał R. Wiśniewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.