Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Istvan Vizvary
‹Poproszę hordę krwiożerczych demonów (których nie sposób pokonać)›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorIstvan Vizvary
TytułPoproszę hordę krwiożerczych demonów (których nie sposób pokonać)
OpisAutor pisze o sobie:
Zawodowo zajmuje się projektowaniem programów komputerowych. Interesuje się ewolucją i powstaniem życia, sztucznym życiem i sztuczną inteligencją. W numerze 12/2010 „Science Fiction, Fantasy i Horror” ukazało się jego opowiadanie „Hel, mój ulubiony pierwiastek”.
Gatunekgroteska, groza / horror, humor / satyra

Poproszę hordę krwiożerczych demonów (których nie sposób pokonać)

1 2 3 8 »
Cisnął żarówkę z furią, jakby chciał mieć pewność, że nie przeżyje spotkania z kamienną posadzką. Chociaż nie spadała dłużej niż sekundę, wydawało się to trwać całe godziny. Leciała prosto, bez dramatycznych obrotów i koziołków, szklaną bańką w dół. W ostatniej chwili przestraszyłem się, że duch wydostanie się na wolność i wszystkich nas zabije albo coś jeszcze gorszego, więc rzuciłem się, żeby chwycić ją tuż nad podłogą, ale oczywiście spóźniłem się.

Istvan Vizvary

Poproszę hordę krwiożerczych demonów (których nie sposób pokonać)

Cisnął żarówkę z furią, jakby chciał mieć pewność, że nie przeżyje spotkania z kamienną posadzką. Chociaż nie spadała dłużej niż sekundę, wydawało się to trwać całe godziny. Leciała prosto, bez dramatycznych obrotów i koziołków, szklaną bańką w dół. W ostatniej chwili przestraszyłem się, że duch wydostanie się na wolność i wszystkich nas zabije albo coś jeszcze gorszego, więc rzuciłem się, żeby chwycić ją tuż nad podłogą, ale oczywiście spóźniłem się.

Istvan Vizvary
‹Poproszę hordę krwiożerczych demonów (których nie sposób pokonać)›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorIstvan Vizvary
TytułPoproszę hordę krwiożerczych demonów (których nie sposób pokonać)
OpisAutor pisze o sobie:
Zawodowo zajmuje się projektowaniem programów komputerowych. Interesuje się ewolucją i powstaniem życia, sztucznym życiem i sztuczną inteligencją. W numerze 12/2010 „Science Fiction, Fantasy i Horror” ukazało się jego opowiadanie „Hel, mój ulubiony pierwiastek”.
Gatunekgroteska, groza / horror, humor / satyra
1.
– Gdzie macie żarówki? – zapytałem miłego pana w garniturze, który pilnował porządku w naszym osiedlowym supermarkecie.
Spojrzał na mnie uważnie, wietrząc pewnie jakiś podstęp, i wskazał mi dłonią regał ze sprzętem oświetleniowym, obok którego stałem.
– Miałem na myśli normalną żarówkę. Ta przepaliła się po dwóch dniach. – Wyciągnąłem z kieszeni energooszczędne cudo, które nabyłem niedawno w tym samym sklepie.
– Proszę pytać w informacji, o tam – odpowiedział wymijająco i odszedł uśmiechnięty. Nie byłby taki zadowolony, gdyby to jemu pozostała już tylko godzina i trzydzieści minut na kupienie tradycyjnej żarówki.
Rzuciłem się biegiem we wskazanym kierunku i ustawiłem na końcu długiego na kilkanaście osób ogonka. Z rosnącym niepokojem obserwowałem kolejnych petentów odchodzących ze skwaszoną miną od okienka. Czyżby cała partia była wadliwa?
Pół godziny później nadeszła moja kolej. Przedstawiłem zwięźle sprawę, a pracownica działu informacji po kilkukrotnym zasięgnięciu rady przez telefon, komputer i chyba jeszcze krótkofalówkę potwierdziła, że tradycyjnych żarówek nie dostanę.
– Mamy wyłącznie energooszczędne. Działają nawet sześciokrotnie dłużej niż tradycyjne i oszczędzają prąd – dodała dziewczyna, uśmiechając się szeroko. – Dziękujemy i zapraszamy ponownie.
– Rozważę to – mruknąłem do siebie. – Jeśli tylko uda mi się przeżyć do rana.
Przepełniony poczuciem porażki powlokłem się do wyjścia. Sięgałem już do kieszeni, żeby wyciągnąć telefon i zadzwonić pod numer ratunkowy, czyli do mamy, kiedy moją uwagę przyciągnęła długonoga licealistka, której za spódniczkę służył wyłącznie obcisły ściągacz od bardzo krótkiej kurteczki. Chwiejąc się na niebotycznych szpilkach, podeszła do stoiska z towarami przecenionymi i pochyliła się nad tacką czegoś, co wyglądało jak mnóstwo szminek, ale nie patrzyłem na towar zbyt uważnie, przyznaję. Początkowo zatrzymałem spojrzenie na smukłych udach dziewczyny, ale po chwili zorientowałem się, że w moim polu widzenia znajduje się coś budzącego o wiele silniejsze pożądanie.
Coś gładkiego i pięknie zaokrąglonego.
Coś staroświeckiego, prądochłonnego i dwudziestopięciowatowego.
Tak, tak, dobrze kojarzycie: żarówka.
Byłem uratowany!
Minąwszy zaledwie o kilka centymetrów pobłyskujące lycrą szesnastoletnie udo, moja ręka chwyciła oklejoną kilkunastoma metkami matową banieczkę. Potrząsając nią delikatnie, starałem się wychwycić charakterystyczny szelest zerwanego z uwięzi drucika, który wyjaśniałby, czemu żarówka została przeceniona o niemal równe dziewięćdziesiąt osiem procent. W hałasie, jaki mnie otaczał, nie miałem jednak najmniejszej szansy czegokolwiek usłyszeć, dlatego najdelikatniej, jak tylko umiałem, ułożyłem żarówkę w koszyku i pełen podnieconego oczekiwania ruszyłem w stronę kasy.
Czasami szczęście dopisuje nawet frajerom.
Tak przynajmniej wtedy myślałem.
2.
– Nie ma czegoś takiego jak przeceniona żarówka – poznajcie mojego gospodarza, Maksa, czwarty rok na drugim roku, podobnie zresztą jak ja. Jest żywą legendą, mówią na niego „Pan Tequila”.
– Nawet drucik jest cały, posłuchaj – podsunąłem mu banieczkę pod samo ucho. – Po prostu nikt już nie kupuje zwykłych żarówek. Dlatego są na wyprzedaży.
– Wkręć ją, to się przekonasz, czemu była na wyprzedaży. – Piotr ma nieco dłuższy staż, ale jest z nami w grupie. Jest kuzynem Maksa. Uwielbia rude dziewczyny, to jego jedyne dziwactwo.
Wkręciłem.
– Trzy, dwa, jeden – odliczyłem, próbując brzmieć beztrosko. – Pstryk!
Nic. Pomijając śmiech obydwu kuzynów, oczywiście.
Byłem skończony. Za piętnaście minut mijał termin postawionego mi przez Maksa ultimatum: działająca żarówka albo eksmisja. Czemu zawsze zostawiam wszystko na ostatnią chwilę?
– Proszę, maleńka, zrób to dla mnie. Zaświeć się, a obiecuję, kupię ci klosz – szepnąłem najciszej, jak umiałem i, przyznaję, pogłaskałem żarówkę. Wiem, że trudno uwierzyć, ale to podziałało. Drucik wprawdzie ledwie się zajarzył – wyraźnie było widać jego kształt: staroświecki, spiralny, jak z dawnych fotografii – ale przynajmniej uratowałem resztki honoru.
– Wiemy już, czemu cię było na nią stać, ale chyba sam widzisz, że nie o to chodziło – Max zdawał się sugerować, że nie wywiązałem się z umowy. – Już lampka oliwna lepiej by się spisała, panie Teodorze!
Nie powiedziałem wam dotąd, jak mam na imię, ale teraz już chyba rozumiecie, dlaczego się tym nie chwalę.
– Zapewniam pana, że to coś gorszego i o wiele mniej wygodnego niż lampka oliwna – kobiecy głos wypełnił swym delikatnym brzmieniem przestrzeń ciasnej, blokowej łazienki. Nie byłem świadom podobnych talentów u żadnego z moich kolegów, ale obstawiłem Maksa.
– Który to? – warknął Max. Źle obstawiłem.
– Który to co? – zapytałem.
– Który z was robi sobie żarty, pytam! – uściślił Max, a potem zwrócił się do mnie. – Tak czy inaczej, Teo, masz czas do jutra. Tylko dlatego, że szczerze się starałeś, chyba pierwszy raz w życiu, przedłużam ci termin. O ile oczywiście przestaniesz udawać panią o aksamitnym głosie, bo jeśli nie, od razu zabieraj się do pakowania walizki. Chcę mieć w kiblu żarówkę, która świeci, zrozumiano?!
– Niestety nie mogę świecić jaśniej, ale z chęcią spełnię po jednym panów życzeniu – głos wydawał się nieco mocniejszy, ale dalej bardzo delikatny.
– Powiedziałem, żebyś skończył te żarty, bo zaraz naprawdę się wkurzę! No, chyba że dostarczysz mi w ramach programu spełniania życzeń skrzynkę tequili. Wtedy daruję ci tę błazenadę.
– Jak pan sobie życzy, panie Max, jeśli dobrze usłyszałam pana imię.
Szeroki uśmiech zastąpił groźnego marsa na twarzy mojego gospodarza. Czy naprawdę można go było kupić skrzynką wódy?
– W takim razie ja poproszę o cud dziewczynę, wiesz jaką – Piotr wciągnął się najwyraźniej w grę i poszedł na całość.
– Rudą i niezbyt chudą – dopowiedziałem. – To może i ja o coś poproszę.
– Słucham pana. – Chyba nawet moi koledzy musieli się już zorientować, że głos dochodzi od strony żarówki, wyglądali jednak na rozbawionych, nie zaś podejrzliwych, jak można by się spodziewać. Pewnie czekając na mnie, brali już coś i całość wydawała im się niezłym wygłupem, co z jakiegoś powodu bardzo mnie zirytowało. Postanowiłem przebić Piotra.
– Chciałbym, żeby horda krwiożerczych demonów, których nie sposób pokonać, grasowała po mieście i polowała na studentów zarządzania – wyrzuciłem z siebie jednym tchem.
– Teo, odbiło ci? Rozumiem, że jesteś zdenerwowany. Masz czas do jutra wieczór, a teraz chodźmy stąd! Wyprowadzka odroczona – rzucił Max i poszedł do przedpokoju zakładać buty. Szli z Piotrem na imprezę. – Może zabierzesz się z nami, co? Przyda się ktoś, kto umie robić drinki.
Po co miałbym siedzieć w domu?
Jak zwykle zapomniałem pogasić światła.
3.
– Teo, nie spodziewałem się tego po tobie! – donośny głos Maksa przeniósł mnie na sam skraj snu, a nawet trochę dalej.
– Nie kupiłem jeszcze nowej, przepraszam – zacząłem się tłumaczyć. – Zaraz wyjdę do miasta. Potrzebuję jeszcze tylko pół godziny snu.
– Spokojnie, śpij sobie, ile tylko chcesz. Nie wiem wprawdzie, skąd wziąłeś tyle kasy, ale to twoja sprawa. – Ja i sporo pieniędzy? Coś się nie zgadzało.
Z trudem odwróciłem w jego kierunku głowę wypełnioną wirującym we wszystkich kierunkach alkoholem i otworzyłem oczy. Stał w drzwiach, trzymając w dłoni butelkę tequili.
– Nie wiem, o czym mówisz, ale nie szkodzi. W każdym razie mnie nie nalewaj – wymamrotałem i wróciłem do poprzedniej pozycji. Potrzebowałem jeszcze chociaż pół godzinki snu!
– Z tej jednej mógłbym ci nawet nalać, wyjątkowo – odparł Max. – Pozostałe dziewiętnaście zatrzymam dla siebie.
Gdybym mógł w tym momencie usiąść, na pewno bym to zrobił. Ograniczyłem się do ponownego otworzenia oczu. Kaloryfer chwiał się niebezpiecznie przed moją twarzą. Chwyciłem go i trochę się uspokoił.
– Skąd Max ma dziewiętnaście butelek tequili? – powiedziałem do kaloryfera, a potem szeptem przysięgłem, że nigdy więcej nie wypiję całej zawartości dwulitrowej, plastikowej butelki owocowego wina.
– Dwadzieścia butelek – poprawił mnie Max. – Tej jeszcze ciągle nie otworzyłem. Zapewne od ciebie, Teodorze.
Zamruczał coś jeszcze, wychodząc, ale już nie słuchałem. Chciałem tylko spać.
Śniła mi się pulchna, ruda dziewczynka, która skacze przez skakankę trzymaną w pyskach przez dwa wielkie psy. Zamiast oczu miały jarzące się czerwono żarówki.
1 2 3 8 »

Komentarze

06 VI 2011   10:57:39

Zacne opowiadanie. Przypominając sobie swoje studenckie czasy jestem wstanie stwierdzić, że wręcz realne, rzeczywiste.

14 I 2012   17:44:50

Świetne opowiadanie.

10 V 2013   20:20:09

Jakoś dotrwałam do końca. ;/ Chcę zapomnieć.

15 VIII 2013   09:26:18

W sumie fajne :), tylko sporo bledow

15 VIII 2013   09:28:56

W razie jakis pytan moj tel 794778195
pozdrawiam

15 VIII 2013   22:30:26

Skond clickash?

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Smok w szkatułce
— Anna Nieznaj

Tegoż autora

Przystawka, jakże udana
— Istvan Vizvary

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.