Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 6 kwietnia 2020
w Esensji w Esensjopedii

Julia Szajkowska
‹Niepołomni›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJulia Szajkowska
TytułNiepołomni
OpisAutorka pisze o sobie:
Urodziłam się w 1981 w Łodzi, tu ukończyłam studia – fizykę na PŁ, tu mieszkam razem z mężem. Pracuję jako tłumacz języka angielskiego. Publikacja opowiadania w „Esensji” to mój debiut literacki.
Gatunekfantasy, historyczna

Niepołomni

1 2 3 18 »
Po chwili uniosła głowę i spojrzała z pokorą w drewniane oblicze. Nieśpiesznie wyciągnęła przed siebie ramiona, szepcząc znów kipiące mocą słowa. Ten jeden raz, tak jak obiecała jej to Wielka Matka, miała prawo posłużyć się prawdziwą magią.

Julia Szajkowska

Niepołomni

Po chwili uniosła głowę i spojrzała z pokorą w drewniane oblicze. Nieśpiesznie wyciągnęła przed siebie ramiona, szepcząc znów kipiące mocą słowa. Ten jeden raz, tak jak obiecała jej to Wielka Matka, miała prawo posłużyć się prawdziwą magią.

Julia Szajkowska
‹Niepołomni›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJulia Szajkowska
TytułNiepołomni
OpisAutorka pisze o sobie:
Urodziłam się w 1981 w Łodzi, tu ukończyłam studia – fizykę na PŁ, tu mieszkam razem z mężem. Pracuję jako tłumacz języka angielskiego. Publikacja opowiadania w „Esensji” to mój debiut literacki.
Gatunekfantasy, historyczna
Angelus Domini
Jej świat odchodził w niepamięć.
Czuła to, choć zmiany nie były jeszcze zbyt wyraźne. Pozornie wszystko pozostało takie, jakim było jeszcze tego ranka – świeciło słońce, obłoki sunęły nieśpiesznie na tle błękitu, a ptaki jazgotały radośnie w koronach drzew.
Coś jednak zniknęło, pewne sprawy straciły sens, na świecie zabrakło nagle miejsca dla starych bogów. Od dziś miał należeć wyłącznie do ludzi.
Uniosła wzrok, by poszukać potwierdzenia na niewzruszonym obliczu posłańca. Stał przed nią dumnie wyprostowany, w bezruchu, jakiego nie osiągnęłoby żadne żywe stworzenie. Idealnie regularne rysy jego twarzy uderzały nienaturalną symetrią, odpychały miast budzić zachwyt. Nie kryły też żadnych wskazówek. Próżno doszukiwała się w nich śladów uczuć, choćby pogardy czy nienawiści.
Wreszcie napotkała jego wzrok. W jednej chwili skryte myśli i pragnienia wyparowały z jej umysłu, zostały odcięte od czasu. Nie było już wiatru, promieni słońca, zapachu traw ani ptasich treli – wszystko zamarło uwięzione pomiędzy dwoma uderzeniami serca.
Wtedy poruszył się on. Gest, który normalnie przemknąłby niezauważony, teraz poraził ją intensywnością. Zwykłe wzruszenie ramion nabrało nagle niewyobrażalnego znaczenia. Chwilę później zza pleców obcego wystrzeliły białe, skrzące się miliardem rozbłysków skrzydła. Rozwinęły się z cichym furkotem, olśniewając rozmiarami. Potem zamarły.
– ON przyjmuje hołd. – Dźwięk rozszedł się wyraźnie po całej łące, mimo że obcy nie poruszył bladymi wargami. – Przystaje na jej prośbę, przetrwają wszystko. – Zamilkł na chwilę, budząc w bogince nadzieję, że świat lada chwila odzyska dawny kształt. Nim jednak to nastąpiło, dodał: – Wszystko, czym ON, w swej niezmierzonej dobroci i łaskawości zechce ich doświadczyć.
Koło życia ruszyło niespodziewanie, a Anioł Pański zniknął w blasku Bożej Chwały, nie zaszczyciwszy nędznego bytu żadnym więcej spojrzeniem.
Jarzębina
I.
Gniezno, maj 966 r.
Nad Gnieznem powoli zapadał wieczór. Ludzie z najbliższego otoczenia księcia zgromadzeni w wielkiej sali dworzyszcza delektowali się chwilami wytchnienia po ciężkim dniu pełnym zwykłych obowiązków. Teraz już tylko służki krzątały się tu i tam – przemykały dyskretnie wzdłuż drewnianego stołu za plecami zgromadzonych w sali niewiast i mężów, roznosząc misy pełne parującej strawy.
Białogłowy szeptały między sobą o tym, co od kilku dni nie schodziło z ust wszystkich: wizycie dostojnych gości z Czech, wśród których znaleźli się sam książę pan znad Wełtawy i najstarsza z czeskich księżniczek. Mężczyźni, w takich chwilach spoglądający z wyższością na swoje żony i córki, tym razem również radzili ściszonymi głosami nad przyszłością kraju.
Trwająca od niemal pół miesiąca wizyta zakończyła się dziś odjazdem zbrojnego hufca do Pragi, ale życie w Gnieźnie nadal nie mogło powrócić na utarte tory. Służba i dworzanie gubili się bezustannie w domysłach, ciągle przerzucali się wiadomościami i plotkami.
Nikt nie wiedział, jakich rad udzieli władcy starszyzna ani jaką pozycję zajmą kapłani, ale wszyscy przeczuwali nadciągające nieuchronnie zmiany. Nikt nie wątpił, że od decyzji pana gnieźnieńskiego grodu miały zależeć losy nie tylko zebranych w sali dworzan, ale także ich dzieci, dzieci ich dzieci i dalej jeszcze, do tysięcznego pokolenia.
• • •
Mieszko popędził konia. Wierzchowiec przeszedł w galop, a książę poczuł, jak przyjemna dotąd struga wiatru nagle usiłuje wysadzić go z siodła. W uszach zawyła szalona, niepokorna pieśń. Ściany lasu zamykające się wokół połyskującego złotym piaskiem duktu rozmyły się w szaro-zieloną smugę, a Mieszko zaśmiał się donośnie.
Był wolny, niepowstrzymany, nieśmiertelny.
Ilekroć pędził przed siebie, czując rytm wybijany końskimi kopytami na ubitej ziemi, nabierał głębokiego przekonania, że nikt i nic nie zdoła go powstrzymać. Czas stawał dlań w miejscu, wszystkie sprawy traciły znaczenie. Wtedy wreszcie zostawał sam na sam z myślami, równie nieokiełznanymi i niespokojnymi co cisawy ogier, na którym gnał na spotkanie losu.
Od niedawna w myślach tych królowała bezsprzecznie ona.
Wiedział, że od jej obrazu nie uwolni się już nigdy. Od kiedy ujrzał ją w świcie Bolesława, od kiedy spojrzał w dumne, pewne siebie oblicze, wiedział, że jest już stracony. Oczarowała go w jednej chwili, skradła serce i rozum, zawładnęła całym jego życiem. Od tamtego dnia wszystkie działania miały prowadzić go wyłącznie do jednego celu.
Zdobyć ją, sprowadzić do grodu gnieźnieńskiego, uczynić panią tych ziem.
Nikt nie rozumiał gorączki, jaka ogarnęła młodego władcę. On sam nie potrafił orzec, skąd wypływało nieznane mu dotąd uczucie, którym los czy bogowie związali go ze starszą o pięć lat kobietą.
Dobrawa nie była nadmiernie urodziwa. Choć nadal dumnie nosiła swój wianek, lata panieńskie miała już dawno za sobą, a przecież coś w jej twarzy, może w rozumnym spojrzeniu sprawiło, że młody Mieszko widział ją przed sobą w każdej chwili, również podczas niespokojnych nocy, wypełnionych sennymi marzeniami.
Przemyślidka stanowiła kwintesencję kobiecości – właśnie, kobiecości. Próżno książę doszukiwałby się u niej podobieństw do wiotkich, ponętnych nałożnic, które co noc podsyłano do jego łoża. Dziewczęta te, choć niewątpliwie nadobne, były zaledwie podlotkami i mimo że wedle zwyczaju mogły już dawać mężczyźnie spełnienie, zupełnie nie interesowały władcy ogarniętego płomieniem splątanej z uczuciem żądzy.
Dobrawa była inna. Świadoma swych wdzięków, roztaczała wokół subtelną, nieodpartą aurę, przed którą zmysły Mieszka nie znalazły obrony. Na wspomnienie szerokich, rysujących się wyraźnie pod materią sukni bioder, podkreślanych jeszcze linią misternie plecionego pasa, krew w książęcych żyłach zaczynała żywiej krążyć. Prawie tracił dech, gdy próbował wyobrazić sobie kształt jej ciężkich piersi, falujących nieznacznie, ilekroć śmiała się perliście, rozbawiona jego uwagami.
Była na wyciągnięcie ręki. Od spełnienia pragnień dzieliły go tylko nic nieznaczący symbol, nieistniejące imię i jeden dziwaczny rytuał.
Krzyż, Najwyższy i chrzest.
Ta myśl rozgniewała go, jak zawsze, kiedy brutalnie wdzierała się do świata jego marzeń. Zirytowany popędził konia. Gorączkowo szukał wyjścia z tej sytuacji.
Co robić, co robić? Czy godziło się wyrzekać prawdziwych bogów w imię miłości? Czy można było wzgardzić ich opieką, narazić się na słuszny gniew w zamian za bajdy o domniemanej nagrodzie, jaka po śmierci czekała z rąk idola bez imienia?
Nie mogąc poradzić sobie samotnie z rozterkami, popędził w stronę świętego gaju Wielkiej Matki. Obiata ciążyła mu w sakwie przytroczonej do siodła.
Jechał tam, by błagać boginię o zrozumienie dla nowej wiary – to zakrawało na świętokradztwo – a przecież Mieszko wiedział, że nie pozostało mu już nic innego, że mógł jedynie zaufać mądrości Matki, jej miłosierdziu i poddać się z pokorą wyrokowi, jaki wyda.
A w razie potrzeby prosić, by zesłała nań zapomnienie.
Ledwie wjechał między pierwsze drzewa gaju, opadła go nagła niepewność. Świat przecież nie zmienił się, lecz między brzozami letni wieczór wyglądał zupełnie inaczej. W powietrzu aż kipiało od napięcia i magii. Całe zdecydowanie, cała odwaga księcia zniknęły bez śladu.
Ściągnął gwałtownie cugle, zatrzymując wierzchowca. Zwierzę zaprotestowało głośnym rżeniem. Chmara ptaków zerwała się do lotu z dzikim jazgotem, zasłaniając na chwilę niebo czarną chmurą. Książę zeskoczył z konia i jął uspokajać spanikowanego ogiera.
Kojący głos pana, wsparty dodatkowo argumentem w postaci suszonego jabłka, przywiódł w końcu zwierzę do porządku.
Mieszko jął badać uważnie otoczenie, szukając źródła rosnącego niepokoju, lecz nie dostrzegł nic poza plamami światła migoczącymi na leśnej ścieżce w miejscach, w których promienie zachodzącego słońca przeświecały leniwie przez zielony dach. Ciepły zefir poruszał brzozowymi liśćmi, które zdawały się szemrać niczym wartki strumień.
Tylko obecność człowieka mąciła spokój tego miejsca.
Młody władca odwrócił się gwałtownie. Przez chwilę nie mógł oprzeć się wrażeniu, że czuje na plecach czyjeś baczne spojrzenie, jednak cienie brzezinki nie kryły nikogo.
1 2 3 18 »

Komentarze

20 XII 2011   15:30:54

Bardzo dobre opowiadanie,

04 I 2012   22:39:40

Świetny tekst.Trochę bym się doczepiła ...eeee seksualnych motywów Mieszka,ale po za tym świetne.Te mysie kości!

07 I 2012   20:07:59

Super mieszanka postaci z tutejszej mitologii, pomysły na dramatyczną miłość niebanalne, całość trochę egzaltowana ale w granicach wytrzymania. Słabszą stroną jest język dziwnie czasem nie pasujący do dialogów postaci.

11 XII 2012   11:07:31

Pomysł zaskakujący. Dobrze się czyta. Czekam na następne opowiadania

20 VII 2014   12:19:39

Przyjemne!

28 III 2016   12:52:05

Bardzo dobre opowiadanie. Trochę naciągane motywy kierujące Mieszkiem, ale całość świetna. Gratuluję :)

28 III 2016   21:01:33

Bardzo dziękuję wszystkim komentującym - z poślizgiem, bo od publikacji i pierwszych komentarzy minęło już sporo czasu, a jakoś nie przyszło mi do głowy zajrzeć tu na tyle szybko, żeby odpowiadanie miało sens. Ale skoro tekst nadal "się czyta" i nawet przyjmuje, to skorzystam z okazji :). Cieszę się, że całość się broni.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jeszcze jeden do normy
Marcin Orliński

7 III 2020

W odległym o kilkanaście metrów rowie ruszał się człowiek, czy może raczej to, co z niego zostało. Sławek wcześniej go nie zobaczył, bo przesłaniały mu okoliczne krzaki. Skórę miał bladą, niemal przezroczystą, tak, że można było idealnie zobaczyć jego nabrzmiałe żyły, a oczy niemal wychodziły mu na wierzch. Jeżeli to nie stanowiłoby wystarczającej wskazówki, ziejąca w szyi krwawa dziura i brak kawałka prawego obojczyka nie budziły wątpliwości. Ani chybi kolejny sztywny.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Punkt przywracania
Jarosław Księżyk

4 I 2020

Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Welesówna i niezbyt żywi mieszkańcy Brzózki
Mika Modrzyńska

2 XI 2019

Przez chwilę nic się nie działo. Dopiero po kilku minutach grupka stworzeń takich jak wodnik, choć drobniejszych i… bledszych, wynurzyła się z wody i podeszła do brzegu, prowadząc między sobą wierzgającą na wszystkie strony Martynę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

PINKK
— Julia Szajkowska

Dwa procent
— Julia Szajkowska

Zdrowaś Matko
— Julia Szajkowska

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.