Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Maciej Żytowiecki
‹Skrzynia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMaciej Żytowiecki
TytułSkrzynia
OpisAutor pisze o sobie:
Kolekcjoner opowieści, wytrwały słuchacz i obserwator. Kocha literaturę, marzenia i życie – chociaż to trudna miłość. Lubi dobrą muzykę, dobre i niedobre filmy, przygody i ciekawe podróże oraz kilka innych rzeczy, które wolał przemilczeć. Publikował do tej pory w SFFiH, Esensji, Fahrenheicie oraz w zbiorach opowiadań „Nawiedziny” i „Białe szepty”. Jego debiutancka powieść „Mój prywatny demon” ukazała się latem 2011 roku nakładem wydawnictwa Ifryt.
Gatunekgroza / horror

Skrzynia

1 2 3 »
Pasażer oparł się mocno o siedzenie i wskazał palcem na skrytkę. Rękaw płaszcza, który dojrzał kierowca, był dziurawy, wielokrotnie cerowany i kwitły na nim plamy wilgoci. Rafał wyraźniej poczuł jego zapach. Zmurszałe drewno, teraz z tym się kojarzył.

Maciej Żytowiecki

Skrzynia

Pasażer oparł się mocno o siedzenie i wskazał palcem na skrytkę. Rękaw płaszcza, który dojrzał kierowca, był dziurawy, wielokrotnie cerowany i kwitły na nim plamy wilgoci. Rafał wyraźniej poczuł jego zapach. Zmurszałe drewno, teraz z tym się kojarzył.

Maciej Żytowiecki
‹Skrzynia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMaciej Żytowiecki
TytułSkrzynia
OpisAutor pisze o sobie:
Kolekcjoner opowieści, wytrwały słuchacz i obserwator. Kocha literaturę, marzenia i życie – chociaż to trudna miłość. Lubi dobrą muzykę, dobre i niedobre filmy, przygody i ciekawe podróże oraz kilka innych rzeczy, które wolał przemilczeć. Publikował do tej pory w SFFiH, Esensji, Fahrenheicie oraz w zbiorach opowiadań „Nawiedziny” i „Białe szepty”. Jego debiutancka powieść „Mój prywatny demon” ukazała się latem 2011 roku nakładem wydawnictwa Ifryt.
Gatunekgroza / horror
Pociągnął potężnie z termosu. Gorzka kawa zapiekła w język. Gwałtownie pokręcił głową, mocniej zacisnął palce na kierownicy. Wycieraczki z trudem odrzucały płachty śniegu z przedniej szyby. Ledwie widział. W radiu ktoś śpiewał, że wszystko przemija… Nudził. To nie była dobra piosenka na trasę. Rafał uruchomił poszukiwanie kolejnej stacji.
– Cholerna pogoda.
Przekręcił gałkę CB, ale urządzenie wydało z siebie niewiele więcej ponad trzaski – elektryczne tango z powtarzalną w kółko sekcją rytmiczną. Bez rozmów, bez zmęczonych albo rozbawionych głosów, bez informacji na temat sytuacji na drodze i miejsc, gdzie czają się smerfy. Jedynie szalona kawalkada bzyków i wizgów. Szkoda.
Z przodu oślepiająco błysnęły światła. W odwecie również zmienił na długie, rozpoczynając swoisty pojedynek sił, którego tamten nie miał szans wygrać. Wyłączył je dopiero, kiedy osobówka uczyniła to samo. Wkrótce wyminął białe auto, jadące niezbyt szybko w padającym śniegu.
Głośniki uderzyły nisko. Z uśmiechem zaczął wystukiwać na obręczy kierownicy znajomą melodię. Skuszony prostym odcinkiem drogi wrzucił czwórkę i docisnął mocniej pedał gazu, ale po tym jak koła zabuksowały, musiał ponownie zredukować.
Zaklął szpetnie.
Na klapach nad głową poprzylepiał zdjęcia bliskich, by czuwali nad nim podczas każdej podróży. Zdejmował je kończąc zmianę, ładował do portfela, żeby rozwiesić ponownie, kiedy kolejny raz zasiadał za kółkiem. Wciąż uwielbiał ten cyniczny uśmiech Marzeny – ukochanej kobiety, ukochanej żony, która nie mogła z nim dłużej być. Obok niego utrwalone wspomnienie pulchnej twarzy dziecka. Malutkiej, pięknej istotki, zbyt dobrej na ten świat. No i Piotrek, starszy brat przytulony do żony, Patrycji. Na fotografii uśmiechnięty, skąpany w słońcu, ale poważnie spoglądający w obiektyw aparatu. Tamtego dnia jeszcze zdrowy, chociaż już nazbyt często zaglądający do kieliszka – facet urodzony w czepku, który nigdy nie powinien zostać alkoholikiem. Dlaczego stało się inaczej, Rafał nie potrafił zrozumieć. Czasem zastanawiał się tylko, czy tajemnica nie kryła się w spojrzeniu widocznym na fotografii.
Zwolnił, wrzucił dwójkę. W świetle reflektorów dojrzał stojący przy drodze znak. Miał nadzieję, że dzięki niemu dowie się więcej na temat swojej pozycji, bo GPS nie działał jak powinien, właściwie nic nie działało jak powinno. Według obliczeń brakowało mu jakiś dwudziestu kilometrów do celu – do pół godziny jazdy w normalnych warunkach, nie miał pojęcia jak długo w szalejącej śnieżycy.
Martwił go tachograf. Po ostatnich kontrolach usiłowali przestrzegać przepisów. Czas pracy dobiegał końca i, chcąc nie chcąc, będzie musiał wkrótce odczekać jedenaście godzin wymuszonej pauzy.
– Piekielny los – parsknął.
Znak okazał się reklamą. Rafał ze złością przywrócił bieg i docisnął odrobinę gazu. Nadal nie miał pojęcia, ile jeszcze pozostało do miasta. Jedyną pociechą była pewność, że trzyma się odpowiedniej drogi – nie było miejsc, gdzie mógłby zbłądzić, a obrastający coraz gęściej pobocze las musiał się wreszcie skończyć.
Prawdziwe znaki dostrzegł niewiele później. Ostrzegały przed gwałtownymi zakrętami, budząc zaniepokojenie pomieszane z ulgą. Rozpoznawał to wzgórze, wiedział już, gdzie jest i co go czeka. Poskręcana w niedorzeczny sposób droga, solidnie wydłużająca podjazd, stworzona chyba w jakimś pijackim widzie inżyniera. Wężowa szosa, tak ją nazywał. I przejedzie się nią podczas zamieci – będzie o czym opowiadać bratu.
Był już niemal pewien, że nie zdąży.
• • •
Gęste korony drzew zamykały się nad pojazdem jak sklepienie katedry. Krzaki porastały pobocze, próbując wedrzeć się ostrymi gałęziami na ulicę. Sypiący do niedawna gęsto śnieg teraz zelżał i opadał leniwie wielkimi płatami.
Pejzaż miał w sobie coś czarownego. Biały puch dodawał uroku kanciastym roślinom i drzewom, przez co okolica przypominała pocztówkę.
Rafał znowu poczuł ciepłe palce nadchodzącego snu. Powieki opadły na chwilę.
Przy kolejnym zakręcie wyrosła chmura puchu. Kotłowała się jak rój wściekłych os.
– Co u diabła?
Spokojnie, pomyślał, jestem zmęczony. Potrząsnął głową, zamrugał, a obraz nareszcie się wyostrzył. Zmysły zaczynały płatać figle, to był zwyczajny krzak, nic więcej.
Jednak się mylił.
Docisnął mocno hamulec. Koła stanęły w miejscu, ale pojazd nadal sunął. Zimny pot zrosił czoło kierowcy, poczuł, że nic nie jest w stanie zrobić.
– Nie – usłyszał własny, stłumiony głos.
Adrenalina uderzyła do głowy i otrząsnął się nagle. Skręcił kierownicę, koła stanęły prawie w poprzek do kierunku jazdy. Noga zsunęła się z hamulca i auto nagle zboczyło prosto w zarośla. Setki niewielkich igiełek rozprysły się na masce w obłoku puchu, zakrywając widoczny zza szyby świat. Stanął z taką siłą, że głową uderzył w kierownicę. Serce mężczyzny momentalnie zmieniło rytm i zwarł szczęki jak imadło. Aż przed oczyma zamajaczyła ciemność.
Biały pies, który wybiegł z chaszczy, stanął przyglądając się z ciekawością pokonanemu kolosowi.
Rafał uniósł głowę. Ich spojrzenia zetknęły się – dwoje brązowych oczu naprzeciw rozżarzonych węgielków – pies przeciągnął długim językiem po zębiskach, kilka kropel śliny zrosiło szosę. Szczęka bestii rozwarła się w niby-uśmiechu, po czym zwierzę odwróciło się i uciekło w las.
– Cholera. – Uderzył dłońmi o kierownicę. – Cholera, cholera.
Przez dłuższy czas siedział z twarzą ukrytą w dłoniach.
– Kiedy się wali, to wszystko na raz. – Nawet radio zaczęło zawodzić jakąś smętną melodię.
Pogrzebał w schowku przy siedzeniu pasażera – we wnętrzu znalazł tylko skrobaczkę, irchę oraz paczkę nieprzydatnych narzędzi. Odpiął pas i wycofał się do przybudówki. Złożone, schowane w ścianę łóżko odchyliło się nieco, wyskakując z jednego z zapięć, więc poprawił je machinalnie, po czym przeszukał skrytki umieszczone obok niewielkiej lodówki, na poziomie podłogi. Wreszcie znalazł latarkę, jednak ta nie działała najlepiej i musiał nią kilkakrotnie potrząsnąć, zanim się włączyła.
Kiedy otworzył drzwi, do środka wdarł się podmuch zimnego powietrza. Rafał cofnął się i na powrót je zatrzasnął, wyszedł na zewnątrz dopiero, kiedy narzucił na plecy dodatkowy sweter.
– Piękny marzec mamy – parsknął, pocierając zmarznięte ramiona.
Powiódł strumieniem światła po przodzie samochodu. Ciężarówka utknęła w gęstych krzakach, wyjeżdżając około metra poza nawierzchnię drogi. Maska była zamknięta w połamanych gałęziach, zatrzaśniętych jak wnyki na pysku zwierzęcia. Reflektory na szczęście nie zostały uszkodzone. Założył żółte rękawice, które znalazł wyciągając sweter, i odłamał kilka największych gałęzi. Były tak zmarznięte, że pękały jak sopelki lodu. Przyjrzał się dokładniej masce, znakowi VW zatkniętemu na jej środku, i odetchnął z ulgą. Wyglądało na to, że obyło się bez wgnieceń i większych rys na lakierze.
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>
Ilustracja: Rafał Wokacz
Przykucnął i zajrzał pod auto. Żadnych kamieni, gałęzi. Wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku.
Oparł się o maskę, wyciągnął paczkę papierosów. Zajrzał do środka, licząc, ile jeszcze pozostało. Siedem. Szczęśliwa liczba i może rzeczywiście miał szczęście, skoro wypadek okazał się niegroźny. Zapalniczka nie chciała zadziałać na zimnie, spróbował kilka razy, aż wreszcie wypadła z kostniejących rąk. Przykucnął, szukając jej w śniegu.
Zastygł. Zdało mu się, że naczepa przysiadła na chwilę, a resory ugięły się, jakby nagle załadowano doń coś ciężkiego.
Był zbyt zdziwiony, aby się przestraszyć. Wracał do bazy, naczepa poza pasami mocującymi i kątownikami była pusta. Zwierzę? Niemożliwe. W tych lasach nie mieszkało nic na tyle ciężkiego. Nie przychodziła mu do głowy żadna usterka.
Rozsunął plandekę, po czym wdrapał się do środka. Omiótł prędko wnętrze naczepy i już miał wychodzić, kiedy coś przykuło jego uwagę. Na samym końcu stała skrzynia z czarnego drewna, połyskując w świetle lakierem. Tak dokładnie przymocowana pasami do podłogi, jakby sam je pozapinał.
Podbiegł do pudła, odgłosy kroków zadudniły we wnętrzu. Trzęsącymi się dłońmi odpiął pasy i sięgnął do tylnej kieszeni spodni po szwajcarski scyzoryk. Wspomagając się latarką znalazł odpowiednie ostrze. Wąskie i ostro zakończone. Chwilę zajęło mu znalezienie szczeliny przy wieku. Czarne deski były ciasno zbite, ale jakoś wcisnął końcówkę nożyka. Oparł się o narzędzie całym ciężarem ciała.
1 2 3 »

Komentarze

14 II 2012   17:28:14

Owszem, bardzo mi się podobało! Fabuła niezła, wcale nie ma dłużyzn, czyta się świetnie. "Wżarte w dłoń" kamyki wcale mi nie przeszkadzają :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Fotoilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pocztówka ze Sztokholmu
Joanna Krystyna Radosz

24 XI 2018

Mogła nie znać środowiskowych plotek, nie wiedzieć, kto się ożenił, a kto rozwiódł, ani który klub wyszkolił najwięcej juniorów, ale doskonale znała daty meczów, szczególnie tych ważnych. Za kilkanaście godzin Paweł i Marcin mieli poprowadzić swoje drużyny w boju o finał Ekstraligi. Na razie jednak wciąż trwała noc, a niedawni i przyszli rywale jedli zgodnie z jednej tacy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Rozstaje
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

20 X 2018

Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Lipiec 2016
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Magdalena Kubasiewicz, Jarosław Loretz, Anna Nieznaj, Beatrycze Nowicka, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Amelia w chmurach
— Maciej Żytowiecki

Duży Bob
— Maciej Żytowiecki

hcsoB
— Maciej Żytowiecki

Znak
— Maciej Żytowiecki

Powrót ojca
— Maciej Żytowiecki

Mój (nie)przyjaciel demon
— Magdalena Kubasiewicz

Wadliwy zbawiciel
— Maciej Żytowiecki

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.