Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Andrzej Lewna
‹Wszystkie koty Pani Baas›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAndrzej Lewna
TytułWszystkie koty Pani Baas
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik ’89. Aktualnie student dziedziny powiązanej z pisarstwem chyba jedynie postacią Johna Grishama. Wielki miłośnik fantastyki i SF, ze szczególnym uwzględnieniem twórczości Strugackich, Siergieja Łukjanienki i Philipa K. Dicka. Marek nocny, autor dotychczas raczej szufladowy, choć zdarzyło mu się publikować kilka tekstów w lokalnych fanzinach.
Gatunekgroza / horror

Wszystkie koty Pani Baas

1 2 3 5 »
Potem był nagły skowyt. I ostry, piekący ból w boku. Żałosny krzyk. Jej samej? Chyba tak. Potężna siła zrzuciła ją z kontenera na bruk zaułka. W oczach jej pociemniało i nie wiedziała, czy to od wstrząsu, czy to napastnik pochyla się nad nią.

Andrzej Lewna

Wszystkie koty Pani Baas

Potem był nagły skowyt. I ostry, piekący ból w boku. Żałosny krzyk. Jej samej? Chyba tak. Potężna siła zrzuciła ją z kontenera na bruk zaułka. W oczach jej pociemniało i nie wiedziała, czy to od wstrząsu, czy to napastnik pochyla się nad nią.

Andrzej Lewna
‹Wszystkie koty Pani Baas›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAndrzej Lewna
TytułWszystkie koty Pani Baas
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik ’89. Aktualnie student dziedziny powiązanej z pisarstwem chyba jedynie postacią Johna Grishama. Wielki miłośnik fantastyki i SF, ze szczególnym uwzględnieniem twórczości Strugackich, Siergieja Łukjanienki i Philipa K. Dicka. Marek nocny, autor dotychczas raczej szufladowy, choć zdarzyło mu się publikować kilka tekstów w lokalnych fanzinach.
Gatunekgroza / horror
Nie wiadomo dlaczego wszyscy mówią do kotów „ty”, choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.
Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata
Niewielki kot o zabrudzonej sierści w czarne łaty nie miał czasu się wahać. Gnał na złamanie karku środkiem dachu wysokiego hangaru, ścigany przez to dziwne stworzenie z cienia. Świdrujący skowyt, słyszalny tylko dla uciekającego, wprost rozsadzał czaszkę.
A gdzieś w tle, ponad hałasem, do świadomości kota docierało coś jeszcze, coś całkiem nieprzystającego. Dźwięk na samej granicy słyszalności… dziecięce nucenie? Śpiew? Nie potrafił ocenić.
Co to jest? Skąd przyszło? Dlaczego? O tym też nie miał pojęcia. Ale to było teraz nieistotne. Dławiący zapach paniki wypełniał mu nozdrza. I krwi. Dużo, bardzo dużo krwi jego niedawnych towarzyszy, przypartych do muru gdzieś w tamtym zaułku – daleko na południe ulicami pogrążonego w nocy miasta.
Tak, teraz liczyła się tylko ucieczka. Koty zawsze wiedzą, kiedy walka nie ma żadnego sensu.
W końcu dlatego dziś rządzą światem. Między innymi dlatego.
Potępieńczy jazgot pogoni zbliżał się nieustannie, choć stopniowo. Dlatego, gdy skończył się dach hangaru, odsłaniając przed oczami uciekającego przestrzeń szerokiego placu fabrycznego kilka pięter w dole, naprawdę nie było już czasu.
Luka Ariegari, kot wysokiej krwi, którego Prawdziwe Imię znali jedynie najznaczniejsi spośród dzieci Pani Baas w tym mieście, zeskoczył, potężnie odbijając się od krawędzi.
Człowiek, który wymyślił maksymę o spadaniu bezbłędnie na cztery łapy, był skrajnym idiotą – zdążył jeszcze pomyśleć, gdy pazury straciły oparcie.
A potem ktoś zwinął gwałtownie rolkę świata i beton placu poleciał błyskawicznie na spotkanie z jego kręgosłupem.
• • •
Było źle. Naprawdę bardzo źle.
Czasem odzyskiwał na pewien czas świadomość, niezdolny jednak do poruszenia się czy choćby otwarcia oczu. Nie miał zresztą na to najmniejszej ochoty. Absolutnie każdy fragment ciała zdawał się promieniować tępym bólem. Niekiedy zdawało mu się, że gdzieś daleko ponad sobą słyszy głosy, dziewczęce szepty, delikatne, monotonne. Wszystko to jednak było głuche, przytłumione, jak dźwięki rozchodzące się w wodzie.
Czy tonął? Nie. Przecież skoczył z hangaru. Wydawało mu się, że pamięta skok.
To chyba dobrze. Woda stanowczo nie jest odpowiednim środowiskiem dla przyzwoitego kota – przemknęło mu w pewnym momencie przez myśl.
Zresztą, jaka to teraz różnica? To koniec. Pani Baas zaraz weźmie go do siebie. Zawoła jego Prawdziwym Imieniem. Tego był akurat pewny. Kto wie, może to jej piękny głos rozlega się w ciemności?
Czekał. Nie potrafił powiedzieć jak długo – czas też zniknął. Jedynym, co uparcie nie chciało zniknąć, był wszechogarniający ból. Głosy się nie zbliżały, nie zapraszały go.
Coś było nie tak. W zasadzie wszystko.
Wreszcie, wyczerpany, osuwał się z powrotem w płytki, nerwowy sen.
• • •
Jane Alister nigdy nie miała wielu koleżanek. Zawieranie nowych znajomości raczej nie należało do jej mocnych stron. Jak na dziewięciolatkę, była niespotykanie wyciszona, nieśmiała, nawet zamknięta w sobie.
Czasem słyszała, jak starsi, mądrzy ludzie rozmawiali z jej rodzicami na ten temat, w szkole lub na spotkaniach w domu. „To nienaturalne” – twierdzili zawsze, a Jane nie lubiła brzmienia ich głosów. „Dziewczynka w jej wieku powinna spędzać więcej czasu z rówieśnikami… Teraz mogą ją państwo ochronić, ale za parę lat… Jeśli nie nauczy się żyć z ludźmi, jak poradzi sobie w życiu?”. Potem następowało troskliwe kiwanie głowami i tego gestu mądrych, starych ludzi Jane też nie lubiła.
Rodzice zawsze mieli później takie smutne spojrzenia.
Ona wiedziała, że inne dzieci w szkole od niej stronią, ponieważ trochę się boją. I wiedziała doskonale, dlaczego tak jest. Nie miało to zresztą nic wspólnego z obawami starszych. Nigdy jednak nie odważyła się powiedzieć o tym matce czy ojcu.
Prawda bowiem przedstawiała się w ten sposób, że Jane Alister potrafiła zobaczyć Właściwy Obraz rzeczy.
Wam też wydaje się to dziwne?
Cóż. Ale to nic przyjemnego, możecie mi wierzyć. Nawet jeśli zdarzało się tylko czasami, w krótkich przebłyskach.
Jane widziała Prawdziwy Obraz wszystkich, którzy ją otaczali. Obrazy opiekunów, nauczycieli, koleżanek i kolegów. Obrazy tak wielu z tych mądrych ludzi o złych głosach, które zasmucały jej mamę i tatę. I przez to wiedziała o nich wszystkich coś, z czego nikt inny na świecie nie zdawał sobie sprawy.
Prawdziwi ludzie bowiem nie mieli twarzy.
• • •
Czarna Monique wreszcie mogła powiedzieć, że miała dziś w nocy szczęście. W codziennym życiu starej, kalekiej kocicy nie zdarzało się to ostatnio zbyt często. Kiedy żyjesz na ulicy w mieście takim jak to, z kulawą przednią łapą i bez oka, straconego w dawnej walce, ciężko jest ci wiązać koniec z końcem. Parszywi ludzie odpędzający cię z kąta w kąt, jakby to miejsce należało do nich. Tępe, służalcze psy. Półdzikie watahy wulgarnej młodzieży – wałęsające się po ulicach bez celu kocięta, wiecznie pijane lub naćpane walerianą, z którymi musisz bić się o każdy ochłap mięsa, każdą parszywą rybią głowę znalezioną na śmietnisku.
I najczęściej przegrywasz. Przegrywasz, bo jesteś stara i schorowana. A potem odchodzisz gdzieś do najgorszej dziury, najciemniejszej piwnicy, żeby, głodna, wylizywać rany i kląć na czym świat stoi.
Tak – wzdychała zazwyczaj w takich chwilach Monique. – Wychowanie ginie. Młode nie potrafią już dziś docenić przyzwoitej doświadczonej kocicy. Nie to co dawniej… ot, nędzne życie…
Ale nie dziś. Dzisiejszej nocy los się do niej uśmiechnął.
Już dawno zlokalizowała to miejsce. Zaułek stanowił zaplecze niedużej ludzkiej knajpy w podupadającej dzielnicy, co wieczór zapraszając intensywnymi zapachami gotowanego ryżu, ryb, podrobów, drobiu i dziwacznych egzotycznych przypraw. Jeśli było się wystarczająco uważnym, można było trafić akurat na moment, w którym młody człowiek o skośnych oczach i dziwnej, obcej karnacji akurat wynosił świeże resztki. Ubrany w biały strój pomywacza wyrzucał je wielkimi partiami, jeszcze ciepłe, do postawionego w zaułku kontenera. Smakowite kąski.
Problem polegał na tym, że zazwyczaj szybko schodziło się wielu amatorów uczty. A Czarna Monique znajdowała się na samym dole hierarchii. Musiała ustępować, a zanim ją dopuścili, zostawało niewiele poza świdrującym nozdrza, doprowadzającym do szaleństwa zapachem.
Wychowanie…
Dzisiejszej nocy w zaułku było jednak całkiem pusto.
Być może, gdyby zaczęła się wtedy nad tym zastanawiać, sprawy mogły potoczyć się inaczej. Być może zauważyłaby coś nienaturalnego w ciszy zalegającej nagle całą okolicę. Być może zwróciłaby uwagę, że w powietrzu brakuje zapachu kotów i innych stworzeń, zwykle stale obecnych gdzieś w pobliżu. Kto wie, może wreszcie wzbudzić jej podejrzenia powinien fakt, że nawet sama knajpa i otaczające ją ludzkie domy są tej nocy jakby cichsze.
A gdyby egzotyczne potrawy nie pachniały tak intensywnie, stępiając jej zmysły, mogłaby pewnie wyczuć żelazistą woń krwi.
Być może. Nie miało to już zresztą żadnego znaczenia.
Czarna Monique była głodna. Bardzo głodna. A cokolwiek doprowadziło do zniknięcia skośnookiego pomywacza, wcześniej zdążył on jeszcze ostatni raz wyrzucić resztki.
Nie podniosła głowy, gdy w zaułku rozległ się cichutki, dziecięcy śpiew, na samej granicy słyszalności. Melodia popłynęła nagle, monotonna i delikatna, a stara kotka tylko odruchowo zastrzygła poszarpanym dawno temu uchem.
Potem był nagły skowyt. I ostry, piekący ból w boku. Żałosny krzyk. Jej samej? Chyba tak. Potężna siła zrzuciła ją z kontenera na bruk zaułka. W oczach jej pociemniało i nie wiedziała, czy to od wstrząsu, czy to napastnik pochyla się nad nią.
To też nie miało już żadnego znaczenia.
Czarna Monique, stara, doświadczona przez życie jak nikt inny uliczna kocica, którą smuciło dzisiejsze życie młodych, umierała w opuszczonym zaułku w całkowitej ciszy, jej wychudzone ciało drgało wstrząsane ostatnimi spazmami.
Uczta się skończyła.
• • •
1 2 3 5 »

Komentarze

14 II 2012   12:25:32

Nie do końca przekonała mnie końcówka, ale ogólnie czytało sie bardzo dobrze!

04 III 2012   18:52:56

Zadziwiające, podczas czytania (przyjemnego, owszem) wydaje się, że rozumiesz... a potem z niejaką przykrością stwierdzasz, że nie do końca wiesz o co chodzi i że coś tu nie jest tak. Może ze mną? ;) Może. Zresztą, Panie Andrzeju, moje domowe koty twierdzą, że nie wszystko koniecznie trzeba rozumieć. Od siebie dodam, że to nie są najgłupsze koty w tej części świata.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.