Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Szymon Chojnacki
‹Odkupienie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSzymon Chojnacki
TytułOdkupienie
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik stanu wojennego, spełniony zawodowo nauczyciel trudnej młodzieży, życie dzielący między kobietę, małą dziewczynkę, literaturę i gry strategiczne. Zwolennik kofeiny i nikotyny. Na bezludną wyspę zabrałby „Wojnę i pokój” Tołstoja.
GatunekSF

Odkupienie

1 2 3 10 »
Krystalostrukturalny wirus wżerał się w planetę, wypalał ją na nowo w piekielnym ogniu Abreu. Jego konstrukt osiągnął poziom replikacji, w którym nie mógł już piąć się w górę. Teraz rozprzestrzeniał się po powierzchni całej planety, pochłaniając kolejne połacie ziemi.

Szymon Chojnacki

Odkupienie

Krystalostrukturalny wirus wżerał się w planetę, wypalał ją na nowo w piekielnym ogniu Abreu. Jego konstrukt osiągnął poziom replikacji, w którym nie mógł już piąć się w górę. Teraz rozprzestrzeniał się po powierzchni całej planety, pochłaniając kolejne połacie ziemi.

Szymon Chojnacki
‹Odkupienie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSzymon Chojnacki
TytułOdkupienie
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik stanu wojennego, spełniony zawodowo nauczyciel trudnej młodzieży, życie dzielący między kobietę, małą dziewczynkę, literaturę i gry strategiczne. Zwolennik kofeiny i nikotyny. Na bezludną wyspę zabrałby „Wojnę i pokój” Tołstoja.
GatunekSF
Ważący ponad tonę ksiądz ociera twarz z potu, wyczekując zmierzchu.
Ma tak masywną sylwetkę, że gryzonie biegające po tarasie chowają się w jego cieniu przed palącymi promieniami słońca. Jeden z nich wskakuje na bosą stopę, wdrapuje się po nienaturalnie umięśnionej łydce, skrywając się pod przepoconą czernią habitu. Kapłan nie zwraca uwagi, drapiąc się w swój nieforemny łysy, nabrzmiały bulwami wszczepów łeb.
Ciało księdza to zaawansowana psychokrystalika wkodowana w mięso i obwieszona wokół kości. Wiele z intruzji wygląda na wszczepionych chaotycznie i bezładnie, ksiądz wygląda, jakby porżnięto go żywcem i pozszywano na tyle, by twór się nie rozleciał. Skóra pęknięta nad łukiem brwiowym, odsłaniająca czerń psychokryształu, sieć blizn przecinająca twarz, lewa dłoń przypominająca wielki bochen i śmieszny zakończony wypustkami palców kikut w miejsce prawej.
Poza nim na tarasie jest jeszcze kobieta. Nie znosi upału nawet w połowie tak dobrze, jak on. Ma muskularną sylwetkę, w niczym jednak nie umniejszającą jej kobiecości. Męska fryzura doskonale podkreśla zdecydowane rysy twarzy.
– Trudno cię odnaleźć, ojcze.
Ksiądz uśmiecha się pokracznie.
– Mam nadzieję, że Kościół myśli tak samo.
Kobieta też się uśmiecha.
– Wiesz, po co cię tu sprowadziłam, prawda?
– Wiem, ile ryzykowałaś. Koheletana pragnie dostać cię w swoje ręce jeszcze bardziej niż mnie.
Wzruszenie ramionami. Zapada chwila niezręcznej ciszy. Ksiądz z chrzęstem siada na betonowej posadzce. Może jej teraz patrzyć w oczy bez spuszczania wzroku.
– Byłaś tam – mówi.
Kobieta kiwa głową. W oczach księdza pojawia się podejrzliwość. Z jakiegoś powodu obecność tej kobiety budzi w nim poczucie dyskomfortu. Zbyt wiele ich łączy, mimo że widzą się po raz pierwszy.
– Czego ode mnie chcesz?
– Prawdy, ojcze. Chcę usłyszeć, co się wydarzyło na Hiobie III.
– Opowiadałem tę historię po tysiąckroć. Nie wiem, czy jest jakiś szczegół, który by ci mógł umknąć.
– Nie chcę kazania, ojcze. Chcę wiedzieć, co tam się naprawdę wydarzyło. Twoja historia za moją historię. To chyba uczciwa wymiana?
Ksiądz spogląda na nią zasępionym wzrokiem. Jakakolwiek więź porozumienia istnieje między tą dwójką, jest ona zarówno bardzo cienka, jak i nie do końca komfortowa dla obu stron.
– Wejdźmy do środka – rzuca ponurym tonem. – To będzie długa opowieść.
Opowieść Piotra Mastebara
Stał odwrócony do mnie plecami, ale i tak czułem na sobie jego spojrzenie. Śledziło mnie z każdego zakamarka przeklętego psychokrystalicznego sześciopiętrowego konstruktu, który nawet pozostając w półistnieniu szarpał otaczającą nas rzeczywistość. Wszechobecny chłód panujący w tej twierdzy był oddechem, opinająca nekrytowe ściany pajęczyna krystalostruktów była systemem nerwowym, miarowe dudnienie alkemicznej machinerii zasilającej replikowanie krystalostruktów było biciem serca.
Na rany Chrystusa, w życiu nie widziałem tak szybko przebiegającej syntezy duszy z rzeczywistością. To był fenomen technomistyki, arcydzieło wyższej matematyki sieci psychokrystalicznych, czy – uciekając od tej fachowej suchej terminologii – to był pieprzony cud.
I ja przybyłem tu, by go ocalić, albo przynajmniej zabić. Ale zdałem sobie sprawę, że już jest za późno.
Max Abreu, siódmy Apostoł, oszalał.
Wycieńczony długotrwałą walką z rakiem człowiek, który stał teraz na tarasie swojej twierdzy, właśnie wygrywał wojnę z nieuchronnością śmierci. Tym drobnym zwycięstwem Max Abreu wypowiadał jawną wojnę potędze Kościoła. Nie chciał prowadzić jej w cieniu, uciekając przed wysłannikami Watykanu i skrywając się w Sanktuariach – ukrytych koloniach postludzkości rozsianych po całym wszechświecie. To było wypowiedzenie totalnej wojny, postawienie swojego umysłu i duszy naprzeciw liczącej wieki machiny.
– Skąd wiesz, czego pragnie ode mnie Bóg? – spytał mnie, wpatrując się w spowite ciężkimi chmurami niebo. – Ponoć Jego ścieżki są niezbadane.
Wiedziałem, że o to spyta. Taka była natura jego wiary, fatalizm oparty na założeniu jednoczesnej wszechpotęgi i marności ludzkiej woli. Rzucenie wszystkiego na szalę i równoczesne zaakceptowanie nieuchronnej klęski. Z zażenowaniem skryłem ręce w rękawach habitu i spuściłem wzrok.
– Mówisz o buncie, Abreu. Ta ścieżka nigdy nie będzie Jego ścieżką – powiedziałem z przekonaniem.
– Kto się buntuje, ojcze? Ja? Przecież to wy Go zabiliście. Już po raz drugi zresztą…
– Więc to prawda?
– Tak – odpowiedział suchym, wibrującym od wszczepionych krystalicznych żył tonem. – Żadnych aktów męczeństwa, żadnego poświęcenia. Po prostu kilka chwil. Zabili go w katedrze w Kijowie, szybko i po cichu. Spętali zawiłym psionicznym mirażem, zakrzywili rzeczywistość… potem tylko trzynaście pocisków w klatkę piersiową i pięć w głowę.
Westchnąłem i przymknąłem oczy. Niech Bóg nas chroni, jeśli Jarosław Kętrzyński był prawdziwym Mesjaszem, a nie jednym z upojonych manipulacją rzeczywistością postludzi. Podniosłem głowę i wbiłem spojrzenie w plecy ostatniego Apostoła Kętrzyńskiego – Mesjasza-Uzurpatora. Resztą zajął się Patronat Koheletański, watykański wydział do spraw walki z herezją i łamaniem rzeczywistości. Nie zdziwiłbym się, gdyby wszyscy bliscy Kętrzyńskiego byli już martwi, a ich umysły, zamrożone w ciągach liczb, były torturowane w Bazylice Koheleta.
– Jakby nie patrzeć, ojcze, od ostatniego razu minęło 2500 lat – kontynuował wolno Abreu. – Nauczyliście się dokonywać pewnych rzeczy bardziej… hmm… dyskretnie. Żadnych świadków, żadnej nasączonej mitami propagandy dla nowych wyznawców, żadnych symboli, w które można uwierzyć za kilkaset lat. Kto w końcu da wiarę leżącym na posadzce katedry, rozerwanym kilkunastoma pociskami skupiskowymi zwłokom? Kto dojrzy prawdę w oczach wypalonych przez psioniczny miraż, który sparaliżował jego układ nerwowy, pozbawił nawet tej drobnej szansy na obronę przed fizycznym atakiem?
Odwrócił się w moją stronę.
Dopiero teraz mogłem dojrzeć, jak wysokie stadium syntezy osiągnął. Przez jego skórę przenikały nasiąknięte czernią psychokryształu żyły, oczy jarzyły się dziwnym blaskiem. Jak jego organizm wytrzymał tyle wszczepów? Jak jego umysł wytrzymywał połączenie z tak rozległą kryssiecią? Kim on się stał? Jakiego odkrycia dokonał, że udało mu się w ciągu kilku tygodni to, na co tacy technomistycy postludzkich społeczności jak Kilburne czy Ravchenko potrzebowali dziesiątek lat?
Zrobił kilka kroków w moją stronę. Z Abreu, którego znałem z uniwersytetu w Rzymie i dyskofilmów wywiadu pozostały tylko rysy, ale nawet one nabrały ostrości, wypaczone w drastycznym kontraście z pokrywającą jego twarz siecią krystalicznych żył, które przebijały jego skórę pajęczyną czerni i fraktalem technomistyki.
Spojrzał mi prosto w oczy.
Odczułem jego obecność z całą mocą. Rzeczywistość uginała się pod ciężarem jego świadomości, zniewolona wyła w bólu, rozrywana jego umysłem. Na Boga! On naprawdę dążył do metaformy i był bliski jej osiągnięcia.
– Przyszedłeś mnie zabić, Piotrze – powiedział cicho.
Tak, pomyślałem. Szkoda tylko, że nie jestem w stanie nic mu zrobić. Szkoda, że nawet gdybym mógł, to nie chcę tego zrobić. Pozostawię jego los przeznaczeniu kryjącemu się wśród szczytów okalających twierdzę. Czterech watykańskich Siężców, uzbrojonych w mordercze dalekosiężne Omnisy, siedziało tam i obserwowało każdy nasz ruch. Niech oni wezmą na siebie to jarzmo. Ja nie mogę.
Wyjąłem ukrytą w rękawie broń i rzuciłem mu ją pod nogi. Nekrytowa posadzka jęknęła dziwnie, gdy dotknęła jej obca struktura mojego wykonywanego na osobiste zamówienie Gabriela. Po chwili czerń posadzki ustąpiła szkarłatnemu światłu i rozwarła się. Psychokrystaliczne macki pożądliwie chwyciły jedyną broń, jaką wziąłem na spotkanie z nim.
Patrzyłem, jak rozbierają ją na komponenty proste i rozkładają na ciekły kryształ, który przesiąkał posadzkę i wchłaniał się w wiecznie głodną matrycę konstruktu Abreu.
– Przyszedłem cię ostrzec – powiedziałem.
Patrzył na mnie zdziwiony, jakby nie rozumiał moich słów. Na ciernistą koronę, jak makabrycznie wygląda zaskoczenie na twarzy prawie-absolutu. On cały czas wiedział, po co przyszedłem. Cały czas czekał, aż strzelę mu w plecy specjalnie opracowanym pociskiem, który po kontakcie z ciałem zamieniłby się w ciernistą sieć, przerzynającą mięśnie i przebijającą wszelkie organy. Wiedział, ale nie wiedział.
1 2 3 10 »

Komentarze

14 II 2012   10:10:29

Czy tylko ja mam skojarzenia z Dukajem?

14 II 2012   11:24:47

Język owszem, fabuła (zwłaszcza od połowy) już niekoniecznie :)

14 II 2012   17:20:36

Nie, nie tylko ty, Psychokrystaliko masz te skojarzenia. I choć nic nie mam do Dukaja, to może tu coś nie pasuje? I fakt, tekst gdzieś tak od połowy słabnie, mdleje, dłuży się.

10 V 2013   20:25:02

Teksty Dukaja nie nużą, nie męczą, nie ciągną się niemiłosiernie i nauka w nich czemuś służy. Ktoś mógł się inspirować Dukajem, usiłować mu dorównać, ale ja nie bardzo sądzę, że się udało. Może nie doceniam tu geniuszu, ale nie widzę niczego w tym tekście, co by wynagradzało trud przeczytania.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.