Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Joanna ‘Melfka’ Maciejewska
‹Śpiewając morzu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJoanna ‘Melfka’ Maciejewska
TytułŚpiewając morzu
OpisAutorka pisze o sobie:
Urodzona w Toruniu, mieszkała w Poznaniu, by w końcu przenieść się do Dublina. Publikowała opowiadania w serwisach internetowych, „Magazynie Fantastycznym”, „Nowej Fantastyce”, „Science-Fiction, Fantasy i Horror” oraz antologii „Białe szepty”. Miłośniczka sushi, tańca orientalnego i wszelkiego rodzaju gier.
Gatunekrealizm magiczny

Śpiewając morzu

1 2 »
Morska pani nie była piękna, o bladosinej twarzy topielca i włosach przypominających gnijące wodorosty. Nawet z miejsca, w którym siedziałam, mogłam dostrzec skórę podobną chropowatym muszlom, które przed chwilą zbierałam.

Joanna ‘Melfka’ Maciejewska

Śpiewając morzu

Morska pani nie była piękna, o bladosinej twarzy topielca i włosach przypominających gnijące wodorosty. Nawet z miejsca, w którym siedziałam, mogłam dostrzec skórę podobną chropowatym muszlom, które przed chwilą zbierałam.

Joanna ‘Melfka’ Maciejewska
‹Śpiewając morzu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJoanna ‘Melfka’ Maciejewska
TytułŚpiewając morzu
OpisAutorka pisze o sobie:
Urodzona w Toruniu, mieszkała w Poznaniu, by w końcu przenieść się do Dublina. Publikowała opowiadania w serwisach internetowych, „Magazynie Fantastycznym”, „Nowej Fantastyce”, „Science-Fiction, Fantasy i Horror” oraz antologii „Białe szepty”. Miłośniczka sushi, tańca orientalnego i wszelkiego rodzaju gier.
Gatunekrealizm magiczny
Podobno, gdy przyłoży się ucho do muszli, można usłyszeć szum morza. Dlatego nigdy tego nie robię.
Nie jem też ryb – po nich sen ciężki, wypełniony słoną wodą, w którym myśli plączą się jak wodorosty wokół kostek, wciągają pod powierzchnię świadomości. Unikam wszystkiego, co morskie. Mieszkam na zboczu góry, wysoko. Mieszkam… na wzgórzu z widokiem na Zatokę Dublińską. Nie potrafię uciec dalej.
Z dzieciństwa pamiętam szum błękitnego, wiecznie zimnego morza. Tworzyło się wtedy ciche zatoki w grząskim piasku i baśniowe zamki otoczone fosą, do której mogły zawitać fale. Woda przynosiła ze sobą kolejne ziarnka i rów wokół budowli wciąż trzeba było poprawiać, pogłębiać, uważając jednocześnie, by nie zawalił się mur lub jedna ze strzelistych, wysuszonych letnim słońcem wież. Ot, taka alegoria dorosłości, uporu, z jakim buduje się piaskowe marzenia i zaprasza kolejne fale zobowiązań i powinności, by podmywały fundamenty naszych pragnień. Może dlatego uciekłam? Nad inne morze, tak samo przecież zimne. I tylko zamki zaczęłam budować z dala od fal.
Pamiętam też noc, gdy inni pili wino, może pierwsze w życiu, siarkowy smak wolności za mniej niż pięć złotych. Ja siedziałam na murku, u samego końca falochronu i patrzyłam. Chyba zbliżała się północ, gwiazdy błyszczały na czystym niebie, a po plaży niósł się śmiech ludzi, z którymi przyszłam. Nie patrzyłam na nich, nie patrzyłam ani w górę, ani nawet na horyzont. Z głową pochyloną jak do modlitwy, jak przed świętym, obserwowałam fale. Wydawało mi się, że czarna woda przelewa się tuż pode mną – spokojna, potężna. Chciałam skoczyć. A przecież wiedziałam, że nie przeżyję, że czerń zagarnie mnie, może uderzy ciałem o kamienie falochronu, który śmiał wepchnąć się w domenę morza. Liczyłam, ile czasu podarowałaby mi woda – minutę, dwie? Nie potrafiłam zgadnąć. Ale i tak bardzo chciałam skoczyć. Myślę, że to właśnie tamtego dnia zakochałam się w morzu.
Śniłam potem wielokrotnie o czerni, która przelewa się wokół mnie, śniłam, że płynę w nicości, albo w zieleni czy błękicie. Budziłam się w nocy, bez krzyku na ustach – choć przecież chciałam krzyczeć, by wyrazić tęsknotę. Noc otaczała mnie, ale nie szumiała jak morze, zbyt lekka, zbyt łatwa do oswojenia – wystarczyło przecież zapalić światło, roześmiać się na głos. Woda była inna, niebezpieczna, nieokiełznana. Nie miała pana i choć czasem schylała głowę przed człowiekiem, zawsze w jej oczach błyszczał ten znajomy brak pokory – daj pretekst, a dopiero pokaże, na co ją stać! W moich myślach byłyśmy do siebie podobne.
Żyłam normalnie – szkoła, potem kolejna szkoła, wreszcie studia, a gdzieś pomiędzy nimi rodzina i coś na kształt życia osobistego: pierwsze nieudolne próby, eksperymenty ze słowem „kocham” i rozrysowywanie diagramów przyjaźni tak, by mieściły się w granicach pojmowania. Wsiąkałam w struktury społeczne równie nieszczęśliwa jak fala, która musi wsiąknąć w piasek, zamiast cofnąć się do morza. Morza, morza… Przecież uciekłam! Uciekłam w góry, zachłysnęłam się tatrzańskimi skałami i niebem na wyciągnięcie ręki. Pielęgnowałam potem wizję plaży pełnej tłustych od olejków ciał, zalanej słońcem, do której morze było tylko dodatkiem, estetyczną wstawką potrzebną do pocztówek. Byle nie żałować, bo przecież nie ma czego, nie warto – powtarzać te słowa jak mantrę, jak materiał do egzaminu, jak modlitwę. I uwierzyć. A przecież, choć wzięłam mentalny rozwód z morzem, to wciąż przysiadałam przy fontannach, patrzyłam na ciemną rzekę płynącą pod mostem i przyklejałam nos do okna, obserwując deszcz strugami spływający po szybie. W głowie szumiały strumienie – te górskie, przywiązane do skał. Drwiły ze mnie, bo nawet one płynęły do morza i obiecywały, że zabiorą ze sobą pamięć twarzy, którą w nich obmyłam. A ja próbowałam wrosnąć w ląd, głęboko, do samego jądra ziemi.
Oszukiwałam samą siebie.
Naprawdę? Przecież całe życie jest kłamstwem, wmawianiem, że pragniemy właśnie tego, co przynosi nam los. Odrzucaniem marzeń za podszeptem rozsądku – złego wezyra z orientalnych baśni, który mami młodego księcia tylko po to, by władzę zagarnąć dla siebie. Wyrzeczenie – gładkie słowo, tak ładnie wygląda na papierze, tak dostojnie zsuwa się z warg, obciążone wszystkim, co oddaliśmy bez walki. Pochylałam głowę w pokorze przed rzeczywistością – w geście przegranych, a nie tych, co zostaną nagrodzeni po śmierci – przekonana, że nie ma innej drogi, niż tylko poddać się naporowi realnego świata.
• • •
Tyle pamiętam, tyle – a nie potrafię przywołać w myślach dnia, w którym wyprostowałam plecy i z podbródkiem zadartym, może nawet wysuniętym do przodu niczym broń, rzuciłam wyzwanie codzienności. Stanęłam do pojedynku dzielnie przedzierając się przez labirynt biurokratycznych spraw do załatwienia, materialnych przedmiotów do zapakowania i sentymentalnych pożegnań prawie-na-zawsze.
A potem… Dublin. Dwie godziny lotu, choć bez skutku próbowałam doliczyć się tej trzeciej – zgubionej gdzieś w różnicy czasu między Polską a Irlandią. Zachłysnęłam się miastem, wtopiłam w nie, oswoiłam jak ze znajomą zatoką. Podziwiałam kształt niewysokich gór na horyzoncie, a gdy znalazłam pracę – przeprowadziłam się na stok jednej z nich. Czułam się szczęśliwa. I tylko czasem, gdy patrzyłam na zmieniający się poziom wody w kanałach przecinających miasto, uświadamiałam sobie, że gdzieś niedaleko, zupełnie blisko, tuż za zakrętem ulicy, jest morze. Nigdy nie znalazłam czasu ani okazji, by pojechać na podobno piękną plażę w Bray czy podziwiać klify w Howth. Wystarczała mi moja góra, z której schodziłam każdego poranka, witając słońce jaśniejące nad autostradą i na którą wspinałam się każdego wieczora, wracając do domu, poganiana przez księżyc. Myślałam, że woda we mnie wysycha powoli, wsiąka w skałę, po której stąpam. I wsiąkała – głęboko, aż do serca, przenikając sny i myśli, budząc skrywaną tęsknotę.
Nie chciałam o tym myśleć.
• • •
Miał na imię Joshua. Josh, Dżoszek, jak go nazywałam. Śmiał się z tych zdrobnień i śmiał się, gdy mówiłam po polsku. A potem patrzył na mnie przekornie spod niesfornej blond grzywki i rozciągał usta w uśmiechu wiedząc, że wybaczę mu wszystko – bo jakże by nie wybaczyć błękitnookiemu łobuzowi? Przytulał mnie i szeptał słowa w obcym języku – brzmiały jak zaklęcie, jak urok rzucany na naiwne dziewczęta. Nie mogłam się oprzeć. To właśnie on pokazał mi irlandzkie morze. Morze Irlandzkie.
Pamiętam, jak stąpałam ostrożnie po piasku – bałam się, że mogłabym skruszyć jedną z tysięcy muszli, które fale wyrzuciły na brzeg, zagrzebały w piasku. Chłonęłam obraz świata podzielonego na pół elegancką linią morza i nieba stykających się w słowie „horyzont”. A potem wypełniałam garście muszlami, chciałam zebrać je wszystkie. Josh śmiał się, a wiatr porywał słowa, które padały z ust – jakby już nie należały do nas, jakby nie wolno było mówić. Używaliśmy więc języków do czego innego.
Ilustracja: <a href='mailto:wolffowna@gmail.com'>Magdalena Wolff</a>
Ilustracja: Magdalena Wolff
Piasek był wilgotny i chłodny, słowo „upał” zamykało się tego lata w dwudziestu stopniach – zamykało się w ustach ze zgrzytnięciem szczęk niezadowolonego ciała, które przywykło do wyższych temperatur. „Nie mrugaj, bo przegapisz lato” – mówił Josh, a ja obiecywałam pokazać mu kiedyś prawdziwe lato, prażące słońcem, pełne rozgrzanego betonu i potu na opalonym ciele. A potem również prawdziwą zimę – tę puszyście śnieżną, jak ze świątecznych pocztówek. Ot, jeszcze jedna obietnica, szeptana nad brzegiem morza, wypisana na piasku wiecznie głaskanym przez wiatr.
Nie pamiętam, kiedy zaczęłam śpiewać – nie potrafię powtórzyć słów, może wyrzuciłam je z pamięci, a może nigdy ich nie było, bo przecież jak piosenką wyrazić szum morza i świst wiatru, zapach wodorostów wyrzuconych na brzeg i kształt fal, które liżą stopy. A właśnie o tym śpiewałam. Josh siedział obok, gładząc dłońmi piasek, przesypując drobne ziarenka między palcami. Słuchał w milczeniu, patrząc w morze – najpiękniejszy komplement, jaki mogłam otrzymać. Bo „pięknie śpiewasz” można wyrazić na wiele sposobów i nie zawsze słowa, choćby i pisane złotymi literami albo ryte w marmurze, są najbardziej prawdziwe – a kobiety, jak nikt inny, potrafią dostrzegać podobną fascynację. Uwodziłam go więc głosem, uwodziłam kolejny raz, bo przecież był już mój. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by zdobywać go ponownie, od początku. Chociażby po to, by przedłużyć przynależny zauroczeniu czas, kiedy wszystko jest wyjątkowe i drugi człowiek jeszcze nie spowszedniał na tyle, by wkradło się zwątpienie. Ot, takie trochę naiwne marzenie, że można zatrzymać chwilę, że zawsze będzie tak wyglądało – przesadnie romantycznie i słodko, z motylami zaplątanymi w przewód pokarmowy.
1 2 »

Komentarze

13 III 2015   15:15:50

Bardzo dobry tekst:)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Fotoilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pocztówka ze Sztokholmu
Joanna Krystyna Radosz

24 XI 2018

Mogła nie znać środowiskowych plotek, nie wiedzieć, kto się ożenił, a kto rozwiódł, ani który klub wyszkolił najwięcej juniorów, ale doskonale znała daty meczów, szczególnie tych ważnych. Za kilkanaście godzin Paweł i Marcin mieli poprowadzić swoje drużyny w boju o finał Ekstraligi. Na razie jednak wciąż trwała noc, a niedawni i przyszli rywale jedli zgodnie z jednej tacy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Rozstaje
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

20 X 2018

Znał go pan wcześniej. Dusza towarzystwa, wiecznie chętny do żartów i zabawy. Postanowił żyć tak, jak dotąd, nie przejmując się zakazami, Horeną i całym tym gnojem. Dlatego major kazał dać mu nauczkę. Pewnego dnia Mats zniknął i nie było go kilka dni.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ryż
Leon Baar

8 IX 2018

Musisz mnie posłuchać. Wypuść mnie, wynagrodzę ci. Uciekniemy. Wszystko ci powiem, bo widzę, że jako jedyny masz łeb nie tylko po to, żeby ci deszcz przez szyję nie padał. Fort nie nazywa się Santa Eva. To martwy brzeg. Statki dopływają tu w jedną stronę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Sylvia
— Joanna „Melfka” Maciejewska

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.