Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 4 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Paweł Micnas
‹Der Meister in Posen›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Micnas
TytułDer Meister in Posen
OpisAutor pisze o sobie:
rocznik ’92, poznańczyk z urodzenia, z zamieszkania i z zamiłowania. Obecnie student filologii polskiej UAM. Czytelnik zawsze, recenzent okazjonalnie. Maniak futbolu. Smakosz piwa i poezji.
Gatunekfantasy, historyczna, humor / satyra

Der Meister in Posen

« 1 2 3 4 8 »

Paweł Micnas

Der Meister in Posen

Istniała możliwość, że złapali go sprawcy morderstwa, chcący wyeliminować zbędnego świadka. Niefortunny zbieg okoliczności sprawił, że poeta znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie.
Zaskrzypiały zawiasy otwieranych drzwi. Do środka weszło dwóch mężczyzn. Daniel poznał ich od razu. To byli ci sami, którzy znaleźli go przy zwłokach na podwórzu.
– Panowie, jestem niewinny…
– Tej, nie pozwoliłem ci się odezwać – uciszył poetę wysoki, smukły mężczyzna z modnymi baczkami. – To jest pierwsza zasada. Mówisz tylko wtedy, kiedy ci każemy. Zrozumiałeś?
Daniel wolał nie myśleć, co by było, gdyby zaprzeczył, dlatego pokornie schylił głowę i powiedział:
– Tak.
Następnie przyjrzał się mężczyznom. Jeden wysoki, chudy jak szczapa. Drugi niższy, barczysty, z głową wygoloną do cna. Ubrani byli w rozchełstane koszule i spodnie wetknięte w cholewy wysokich butów. Obaj przytroczyli do pasa kabury z pistoletami i pochwy z szablami. Bardziej niż eleganckich mieszczuchów przypominali morskich korsarzy lub przydrożnych zbójów.
– Dobrze – powiedział wysoki, podwijając rękawy koszuli – zacznijmy od czegoś prostego. Przedstawmy się sobie. Ja nazywam się Lucjusz. Niektórzy wołają na mnie Lucjusz Wyrwiząbek.
Mężczyzna wyszczerzył kielochy. Nie miał dwóch dolnych jedynek.
– Ja nazywam się Fryderyk – rzekł niższy porywacz. – Fryderyk Piącha.
Pokazał Danielowi pięść. Poeta domyślił się, że przydomek wziął się od sprawności i doświadczenia w bójkach.
– Teraz twoja kolej. Przedstaw się – rozkazał Wyrwiząbek.
– J-ja?… Nazywam się Daniel Kreściszewski… Jestem…
– Tej, żgajek, nie obchodzi nas, kim jesteś – warknął Piącha i wyjął nóż, który miał schowany za cholewą buta. Wykonał nim kilka młynków, uśmiechając się demonicznie.
Wyrwiząbek zapalił fajkę. Tytoń rozjarzył się na czerwono. Lucjusz posmakował dymu, po czym wydmuchnął go z egzaltacją. Ustnik trzymał w miejscu dwóch jedynek, których mu brakowało. Wyglądało to przezabawnie. Danielowi jednak nie było do śmiechu.
– A teraz odpowiesz nam na kilka pytań. Będziesz grzeczny, my też będziemy. Będziesz stawiał opór, my ci bez oporów drąg w dupę wbijemy. Zrozumiano?
Poeta skinął głową, że owszem, zrozumiał.
– Pierwsze pytanie brzmi: gdzie jest Adam Mickiewicz?
• • •
Daniel miał dwadzieścia jeden lat. Choć wolał mówić, że ma dwadzieścia jeden wiosen, bo, jak twierdził, brzmiało to bardziej romantycznie. Gdy używał wiosny jako jednostki wieku, miał poczucie wybicia się ponad przeciętność.
Kilkanaście lat wcześniej, gdy był jeszcze dzieckiem, w jego ręce wpadł tomik poezyji Adama Mickiewicza. Od tamtej pory Daniel postanowił zostać poetą.
Innymi słowy: od tamtej pory, jak mówił jego ojciec, stał się darmozjadem, pasożytem i etatowym zbijaczem bąków. Gdy zaś osiągnął wiek predestynujący do współżycia z kobietą, stał się również postrachem mężów wątpiących w wierność swoich żon oraz wrogiem numer jeden ojców poznańskich piękności.
Tak, został poetą.
Nie wystarczyły zapewnienia o winkelriedyzmie, mesjanistyczności poezji i wrażliwości serca, które cierpi za całe Stadt Posen. W oczach większości poznańczyków był ofiarą losu. Szkodnikiem, którego najlepiej się pozbyć.
Mimo to Daniel nie zrezygnował z obranej przez siebie drogi.
Gdy usłyszał, że Lucjusz Wyrwiząbek pyta go o mistrza poezyji, oczy mu się zaświeciły, a w gardle utknęła niewidoczna gula. Zdołał tylko wykrztusić:
– T-to… Majster w Poznaniu?
– Tak. Gdzie on jest? Gadaj, bo nogi z dupy powyrywam. Wiem, że wasza szajka grasuje po mieście od jakiegoś czasu. Porwaliście Mickiewicza.
– Szajka? Porwanie? Pomyliliście mnie z kimś, ale jeśli pozwolicie mi zobaczyć majstra, to powiem wszystko, co chcecie usłyszeć, ba! Nawet w rymy to ubiorę! Pozwólcie mi tylko go zobaczyć!
– Zamknij się! – wrzasnął Fryderyk Piącha. – Przecież to jakiś jełop jest. Zabijmy go i po sprawie.
– Nie! Nie! Zaklinam! Nic nie wiem! Nie porwałem majstra, choć bardzo bym chciał… Och, pomyślcie tylko! Związać go i w salonie usadzić. Przy każdym obiedzie prosić o rymy, przy kolacji długie dysputy prowadzić…
– Morda!
Daniel zamilkł. Pomimo krępujących go sznurów wyglądał na rozmarzonego do granic możliwości. Zupełnie jakby zapomniał o tym, że znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
– Gdzie jest Adam Mickiewicz? Po raz trzeci nie zapytam – ostrzegł Wyrwiząbek.
Poeta trochę otrzeźwiał.
– Nie wiem, naprawdę nie wiem.
– Słuchoj, cwaniaczku, znajdujemy cię na miejscu zbrodni. Wiesz, kim był ten, którego zabiłeś? Jednym z naszych.
– Ja nikogo nie zabiłem! Znalazłem się tam przypadkiem! Poza tym, jakich „naszych”? Kim wy jesteście?
– To tajemnica! Mów! Gdzie go trzymacie?!… Ech, to na nic, Piącha, do roboty.
Fryderyk podszedł do Daniela i uśmiechnął się okrutnie. Uderzył go w brzuch. Poeta jęknął z bólu. Kolejny cios sprawił, że stracił dech w piersi.
– Ja nic nie wiem! – krzyknął, gdy udało mu się złapać oddech. – Znalazłem się tam przypadkiem! Nie zabiłem tego mężczyzny ani nie porwałem majstra!
Lucjusz Wyrwiząbek pochylił się nad Danielem.
– Sprytny jest, prawda? Ale ja już widziałem takich więźniów. Rżną głupa, udają idiotów, ale tak naprawdę są cwani. Ten też myśli, że jeśli poudaje kretyna, to go puścimy. Ale nie. Z nami nie ma tak lekko. Powiedz, jesteś czarnoksiężnikiem? A może adeptem?
– Ja? Czarnoksiężnik? Ja czaruję słowem, panowie.
Fryderyk pokręcił głową.
– Tej, Lucjusz, to mag jak się patrzy. Niebezpieczny jak cholera. Ubiłbym go natychmiast. Nie wiadomo, co wymyśli.
– Potrzebujemy informacji – odparł Wyrwiząbek. – Musimy je z niego wyciągnąć.
– Palce? – zapytał Piącha.
– Palce – potwierdził Lucjusz.
Fryderyk rozwiązał Daniela i przytrzymał go za ramiona. Poeta poczuł się jak w żelaznym imadle. Zaprowadzili go do stołu. Piącha chwycił wierszokletę za nadgarstek i przycisnął jego dłoń do blatu.
Wyrwiząbek w tym czasie sięgnął po swój nóż i pokazał go Danielowi.
– Odpowiesz albo stracisz palce. Gdzie trzymocie Adama Mickiewicza?
Do oczu poety napłynęły łzy.
– Nie róbcie mi krzywdy, ja naprawdę nie wiem.
– Jeśli tak sądzisz…
Lucjusz opuścił nóż powoli. Gdy ostrze zawisło cal nad dłonią, drzwi do piwnicy otworzyły się z hukiem, a w progu stanął mężczyzna. Dobrze zbudowany, włosy zaczesane w loki, modnie ubrany: wąskie pantalony, kolorowa kamizelka przyozdobiona wzorkami, spadzisto krojona pelerynka, na głowie cylinder. Dandys jak się patrzy.
– Borsuk? To ty?! – krzyknął z niedowierzaniem poeta.
– Daniel? Co ty tu… Puśćcie go.
– Przecież on zabił Huberta! – zaoponował Lucjusz Wyrwiząbek.
– Puśćcie go. To przyjaciel. Jak go znam, to pewnie przez jakąś panienkę wpadł w nieliche kłopoty.
• • •
– Miasto jest zamknięte. Przy każdej bramie kordon żołnierzy. To przez epidemię cholery. Więzienia zapełniają się kolejnymi poznańczykami, którzy pomogli lub chcieli pomóc w powstaniu. Eduard Flottwell nakazał zwiększyć nacisk na germanizację, z Prus napływają osiedleńcy. Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja nie wygląda najciekawiej. Wyrwiząbek, polej następną kolejkę.
Lucjusz rozlał gorzałki do kieliszków, odkładając na bok swój wachlarz kart. Czterej mężczyźni grali w popularnego wista. Fryderyk łypał na wierszokletę spode łba, a Borsuk kontynuował perorę, wyłożywszy na stół kinga.
– Powstanie powoli upada. Przedwczoraj doszło w Warszawie do zamieszek. Wszystko diabli biorą. Adam Mickiewicz przyjechał kilka dni temu do Poznania, by stąd dostać się do Królestwa i tam wspomóc powstańców.
– Myślałem, że mu pióro, nie szabla pisana… – wtrącił cicho Daniel.
– Czekaj, nie skończyłem – rzekł Borsuk. – Dostaliśmy wiadomość, że Adam będzie czekał w Tingel-Tangel.
– Burdel przy Bismarck Strasse?
« 1 2 3 4 8 »

Komentarze

12 V 2012   12:25:19

Świetne i bardzo wciągające :D

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.