Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Paweł Micnas
‹Der Meister in Posen›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Micnas
TytułDer Meister in Posen
OpisAutor pisze o sobie:
rocznik ’92, poznańczyk z urodzenia, z zamieszkania i z zamiłowania. Obecnie student filologii polskiej UAM. Czytelnik zawsze, recenzent okazjonalnie. Maniak futbolu. Smakosz piwa i poezji.
Gatunekfantasy, historyczna, humor / satyra

Der Meister in Posen

« 1 4 5 6 7 8 »

Paweł Micnas

Der Meister in Posen

Słońce powoli chowało się za monumentalnych gmachem biblioteki. Daniel miał nadzieję, że uwiną się ze wszystkim przed nadejściem nocy. Uliczne patrole były wystarczająco podejrzliwe już za dnia.
Borsuk zwrócił się do Daniela.
– Dam ci pistolet. Jeśli cóś pójdzie nie tak, strzeloj. Wchodzisz za nami.
Poeta odebrał broń i wyjął ją z kabury. Przełknął ślinę i kiwnął głową na znak, że jest gotów.
W co on w ogóle się pakował? Spiski, podziemne organizacje, czarodzieje, którzy nie zdążyli przybyć z Wiednia… Daniel pomyślał, że to wszystko przez Adelę. Gdyby nie migdalił się z nią pod nosem jej ojca i nie był zmuszony do ucieczki, nie byłoby go tu. A tak, dziwny zbieg okoliczności sprawił, że właśnie brał udział w śmiertelnie niebezpiecznej akcji. Instynkt podpowiadał mu, że trzeba uciekać. Przecież zawsze uciekał. Czy więc może nadszedł ten dzień, kiedy wreszcie postanowił dorosnąć, zmężnieć, wykazać się odwagą? A może, gdy już będzie po wszystkim, zajmie się poważną pracą?
– Prędzej sczeznę, niż rzucę poezyję – mruknął do siebie tak, żeby nikt nie słyszał, i splunął, by odegnać urok oraz złe moce.
Tymczasem Borsuk, Wyrwiząbek i Piącha ustawili się naprzeciw drzwi do chałupy. Daniel spojrzał na Emilię.
– Lepiej niech się pani trzyma z daleka.
Kobieta posłuchała i cofnęła się o kilka kroków.
Lucjusz kopnięciem wyważył drzwi i wskoczył do środka. Dwaj mężczyźni ruszyli za nim, obnażając swoje szable. Daniel wziął głęboki oddech, poprawił chwyt na rękojeści pistoletu i wszedł do domu.
Poetę zdziwił nienaganny porządek, jaki panował w środku. Stół wyczyszczony na glanc, równo ustawione krzesła, schludny dywanik na podłodze, lampy olejowe na parapetach i półkach – wszystkie zapalone.
W środku nie było nikogo, kto pilnowałby skrępowanego majstra.
– Tej no, nie wierzę, to za łatwe – powiedział Borsuk. – Wyrwiząbek, Piącha, okrążcie dom, sprawdźcie, czy to nie jakaś zasadzka czasem.
Dandys podszedł do Adama Mickiewicza, przeciął knebel i sznury krępujące mu dłonie oraz nogi.
– Dziękuję, panowie. Drugi raz już mnie ratujecie. Jesteście tą moją ochroną, o której wspominano mi, gdy wyjeżdżałem z Rzymu, prawda?
– Tak. Gdzie są ci, co pana uwięzili?
– Poszli i zostawili mnie tak. Nie pytajcie dlaczego. Nie wiem.
Majster wstał i otrzepał ubranie. Borsuk myślał intensywnie, zmarszczywszy czoło.
– Nic nie rozumiem z tego, ni w kieloch. – Spojrzał na poetę z Litwy. – Cóż, najważniejsze, że pana znaleźliśmy. Dzisiejszą noc spędzi pan u mnie. Jutro z rana wyjedzie pan z miasta. Tu nie jest pan bezpieczny.
Wyrwiząbek i Piącha wrócili ze zwiadu.
– Nikogo nie znaleźliśmy. To nie pułapka.
Do środka wparowała Emilia.
– Ta pani wskazała nam miejsce, gdzie pana przetrzymywano… – wyjaśnił Borsuk. – Chodźmy do mnie. Mam ochotę się napić.
• • •
Borsuk mieszkał w domu niedaleko Starego Rynku. Jako że jego mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze, z okna widać było Ratusz oraz część panoramy Poznania. Daniel nie dopytywał się nigdy przyjaciela, skąd bierze pieniądze na tak drogie lokum i zbytki, których mu nie brakowało. Teraz mógł się domyślać, że praca dla podziemnej organizacji stanowi niezłe źródło dochodów.
Usiedli wszyscy przy stole. Majster na szczycie, po jego prawej ręce Daniel, po lewej Emilia. Borsuk nalał wszystkim wódki. Wypili. Dysputowali żywiołowo. Emilia, Daniel i Adam o sztuce, poezyji, sprawach ważnych, światłych, mądrych. Wyrwiząbek, Piącha i Borsuk o blyrwach, gorzałce oraz o tym, dlaczego oprawcy zostawili porwanego majstra bez opieki.
Czas mijał im szybko. Po trzech kolejkach uzgodnili, że poeta wyjedzie z miasta do jednego z dworków nad Obrą. Padło na Kopaszewo, dom rodu Skórzewskich. Wszyscy przytaknęli tej propozycji. Mickiewicz wyjedzie do Kopaszewa. Tam będzie bezpieczny.
Po czwartym kieliszku Emilia zaproponowała, że pojedzie z majstrem. Borsuk dodał, że oboje muszą jechać incognito. Wszyscy się zgodzili. Adam od teraz szukał spojrzenia kobiety, a gdy recytował swoje wiersze, nie odwracał od niej oczu. Daniel był pewien (choć, oczywiście, mógł się mylić), że raz nawet dłoń majstra zawędrowała pod stołem w okolice zgrabnych nóżek Emilii. Zdziwiło go to frywolne zachowanie kobiety. Najwidoczniej fascynacja poetą okazała się silniejsza niż okowy konwenansów i Emilia pozwalała sobie na więcej, niż powinna, byle tylko zbliżyć się do majstra.
Po piątym kieliszku Adam oznajmił, że jest już zmęczony. Borsuk powiedział, żeby majster czuł się jak u siebie. Poeta wybrał kanapę, gdzie usiadł i pogrążył się w płytkim śnie. Po chwili obok niego usiadła Emilia i zasnęła, niby przez przypadek oparłszy głowę o jego ramię.
Po szóstym kieliszku zasnął Daniel, rozłożywszy się na stole.
Wyrwiząbek, Piącha i Borsuk pili do wschodu słońca, pojedynkując się na spojrzenia.
• • •
Ranek przywitał Daniela tępym bólem głowy. Borsuk podał mu węborek zimnej wody. Młody poeta wypił trochę, po czym spryskał sobie twarz. Katzenjammer ani myślał odpuścić.
Cała szóstka udała się za miasto. Borsuk posiadał dwa konie i powóz. Trzymał je w stajni za miejskimi murami. Wyrwiząbek i Piącha zaprzęgli zwierzęta.
– Lucjusz i Fryderyk pojadą z panem i panią Emilią – powiedział Borsuk do Adama. – Na dworku, w otoczeniu szlachty, powinien być pan bezpieczny.
– Dobrze, dziękuję.
– Nie wystawiłem najlepszej oceny naszemu miastu, prawda?
– Wcale nie – zapewnił majster. – To nie pana wina. Obaj dobrze o tym wiemy. – Zwrócił się do Daniela. – Życzę powodzenia. Wierzę, że kiedyś osiągniesz podobny sukces.
– Dziękuję – odpowiedział rozpromieniony poeta. – Miłej podróży.
Emilia, Adam i Wyrwiząbek wsiedli do wozu. Piącha usiadł na koźle i chwycił lejce.
– Ruszojcie! – rozkazał Borsuk.
Konie ruszyły. Dandys i poeta patrzyli, jak odjeżdżają. Wóz przejechał przez plac Wilhelmowski; wyminął młode drzewa, kilka dyliżansów i przysadziste domy, po czym znikł z pola widzenia.
Danielowi ciężko było się pogodzić z faktem, że prawdopodobnie widzi majstra po raz ostatni. Choć i tak był zadowolony. Poznał go osobiście, pochwalił się swoją poezyją, wypił kilka kieliszków gorzałki… Czy przedwczoraj pomarzyłby o czymś więcej?
Dwaj mężczyźni wrócili do miasta. Na Starym Rynku kupili świeże owoce. Zjedli. Ból głowy powoli opuszczał Daniela.
Później poeta przyjął zaproszenie Borsuka i udał się z nim do jego mieszkania. Na kawę. Gdy weszli do domu dandysa, okazało się, że zamiast dwóch filiżanek kawy będzie trzeba zaparzyć trzy.
Zjawił się bowiem czarodziej z Wiednia.
• • •
Stereotypy jak to stereotypy: są prawdziwe, dopóki nie przyjdzie sprawdzić ich prawdziwości na jednostce należącej do grupy objętej danym wyobrażeniem. Daniel doskonale wiedział, jak powinien wyglądać czarodziej. Przynajmniej tak mu się wydawało. Tymczasem mag z Wiednia nie miał ani obszernej czarnej peleryny w gwiazdki, ani kapelusza o rondzie szerokim na trzy piędzi, ani różdżki z kości trolla i włosia jednorożca. Nie miał nawet (o zgrozo!) brody długiej aż po pas ani włosów białych jak śnieg.
Wyglądał zwyczajnie, a nazywał się, co tu dużo mówić, swojsko. Jan Namiałkiewski z Poznania. Nie pochodził z Wiednia. Tam był tylko na rajzie.
– Tej, mówię ci, powinieneś wyprowadzić się do Wiednia. Piękne miasto, istna stólica kultury. – Jan siorbnął łyk kawy. – No i kawę mają lepszą, straszną lurę mi tu dałeś.
– Nie ma za co – odparł Borsuk, który nie przejął się zbytnio uwagą maga.
– A Mickiewicz? Co z nim?
– Prawdopodobnie wszystko dobrze. Mieliśmy niemiły incydent. Porwali majstra, ale na szczęście udało nam się go odbić. Teraz Wyrwiząbek i Piącha odwożą go do jednego z dworków nad Obrą.
– Co ty godosz… Moskiewska Brygada? – domyślił się Jan.
– Tak. Obstawiam, że to byli oni, ale… Zostawili Adama bez opieki i odbiliśmy go. To do nich niepodobne.
« 1 4 5 6 7 8 »

Komentarze

12 V 2012   12:25:19

Świetne i bardzo wciągające :D

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.