Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 lipca 2018
w Esensji w Esensjopedii

Tomasz Pacyński
‹Dziedzictwo (Mała brzydka dziewczynka)›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorTomasz Pacyński
TytułDziedzictwo (Mała brzydka dziewczynka)
OpisRocznik ′58. Informatyk w stanie spoczynku, obecnie początkujący redaktor i wydawca. Pisać zaczął po czterdziestce, z braku lepszego zajęcia, po stwierdzeniu, że coraz mniej czasu zostało na literackiego Nobla. Autor "Sherwood" (obecnie w księgarniach, fragmenty www.match.of.pl), powieści fantasy na motywach legendy Robin Hooda, opowiadań publikowanych w Srebrnym Globie, Fahrenheicie i wkrótce w Science-Fiction. Lubi Sapkowskiego, nie lubi Tolkiena.
Gatunekfantasy

Dziedzictwo (Mała brzydka dziewczynka)

Tomasz Pacyński
1 2 3 11 »
Czas stanął w miejscu. Wszyscy czekali, aż Czarny Rycerz wniesie swój straszliwy morgenstern, zakręci nim nad głową, aż zawyje powietrze. Po czym spuści kolczastą, żelazną kulę na nie chronioną już strąconym w walce hełmem głowę. Głowę z twarzą wtuloną w porytą ziemię, głowę, z której widać tylko jasne, splamione krwią włosy.

Tomasz Pacyński

Dziedzictwo (Mała brzydka dziewczynka)

Czas stanął w miejscu. Wszyscy czekali, aż Czarny Rycerz wniesie swój straszliwy morgenstern, zakręci nim nad głową, aż zawyje powietrze. Po czym spuści kolczastą, żelazną kulę na nie chronioną już strąconym w walce hełmem głowę. Głowę z twarzą wtuloną w porytą ziemię, głowę, z której widać tylko jasne, splamione krwią włosy.

Tomasz Pacyński
‹Dziedzictwo (Mała brzydka dziewczynka)›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorTomasz Pacyński
TytułDziedzictwo (Mała brzydka dziewczynka)
OpisRocznik ′58. Informatyk w stanie spoczynku, obecnie początkujący redaktor i wydawca. Pisać zaczął po czterdziestce, z braku lepszego zajęcia, po stwierdzeniu, że coraz mniej czasu zostało na literackiego Nobla. Autor "Sherwood" (obecnie w księgarniach, fragmenty www.match.of.pl), powieści fantasy na motywach legendy Robin Hooda, opowiadań publikowanych w Srebrnym Globie, Fahrenheicie i wkrótce w Science-Fiction. Lubi Sapkowskiego, nie lubi Tolkiena.
Gatunekfantasy
- I -
Księżniczka uśmiechała się swym łagodnym uśmiechem, jak zwykle. Jak zwykle zły czarownik wykrzywiał cienkie wargi w złym grymasie. Jak zwykle książę ze swą małżonką siedział dumnie wyprostowany, zdając się nie poświęcać nadmiernie swej pańskiej uwagi otoczeniu.
Wszystko było jak zwykle, nawet teraz. Zbrojni ustawieni równym szeregiem, ściskający w sękatych dłoniach swe halabardy i glewie. Spod okapów nisko opuszczonych płaskich hełmów błyskały tylko czujne spojrzenia, ogorzałe twarze starych wojaków nie wyrażały żadnych uczuć. Rozkaz był stać na straży, to stali. Jak zwykle.
Księżniczka wciąż się uśmiechała. Nawet teraz, gdy na zrytym podkowami podwórcu Czarny Rycerz stał nieruchomo nad zwalonym z konia przeciwnikiem, w tej przejmującej ciszy, która zapada zawsze wtedy, gdy przychodzi czas na ten ostatni cios, kończący walkę. Na uderzenie, które, nie wiadomo dlaczego, zwykło się zwać ciosem łaski.
Czas stanął w miejscu. Wszyscy czekali, aż Czarny Rycerz wniesie swój straszliwy morgenstern, zakręci nim nad głową, aż zawyje powietrze. Po czym spuści kolczastą, żelazną kulę na nie chronioną już strąconym w walce hełmem głowę. Głowę z twarzą wtuloną w porytą ziemię, głowę, z której widać tylko jasne, splamione krwią włosy.
Wszyscy czekali, aż rozlegnie się ohydny, głuchy trzask, aż głowa dzielnego młodzieńca rozpryśnie się w krwawej mgiełce, bryzgając wkoło strzępami mózgu i odłamkami kości.
Wszyscy czekali. Księżniczka z łagodnym uśmiechem na twarzy. Zły czarownik z krzywym grymasem cienkich warg. Dumnie wyprostowany książę. I zbrojni, nieporuszeni niczym mur zamkowy, bez drgnienia rąk zaciśniętych na drzewcach. Ciężka, najeżona kolcami kula na łańcuchu zataczała coraz szybsze kręgi.
Pokonany młodzian leżał bez ruchu, z twarzą skrytą w ziemi. To nie był zwykły młodzian. Walczył o swe święte prawa, o swe dziedzictwo. To prawowity następca, dziedzic zamku, pierworodny z dziedzictwa wyzuty nocą, w kołysce jeszcze, mocą podłych czarów i zwykłej zawiści. Też podłej.
Walczył. I przegrał. Pokonany przez Czarnego Rycerza, w służbie owych złych czarów, ciemnych mocy. Przegrał i czekał na ostatni cios. Uśmiechając się zapewne. Jednak ukryta w zrytej ziemi twarz nie pozwalała nikomu dojrzeć tego uśmiechu.
Coraz szybciej wiruje żelazna kula. Coraz bliżej do zwycięstwa złych mocy. Coraz bliżej…
Ciemność spływa na zamkowy podwórzec. W ciemności toną mury, szczyty wież. W ciemności ginie uśmiech na twarzy księżniczki. Czarny Rycerz wypuszcza z nagle odrętwiałej dłoni rękojeść morgensterna, rozpędzona kula ryje nieszkodliwie ziemię. Mrok rozszerza się, zakrywa całe nieszczęsne księstwo, bliskie zguby. Może to skrzydła smoka, śpieszącego z odsieczą, zakryły słońce. Może to dobra czarodziejka zgasiła jego blask, by trwogą porazić sługi demonów i zwykłej ludzkiej zawiści. Zły czarownik spogląda ze strachem, krzywiąc wargi w złym uśmiechu, teraz już tylko przypominającym nerwowy grymas. To nastanie ostatecznej nocy, kara za złe uczynki…
To tylko cień.
• • •
Księżniczka wciąż uśmiecha się swym łagodnym uśmiechem, wymalowanym węglem na szmacianej twarzyczce. Włosy z czesanego lnu ocieniają oczy z okrągłych, rogowych guziczków. To stąd ten wyraz wiecznego zdziwienia, wiecznej, uśmiechniętej naiwności.
Zbrojni stoją nadal bez ruchu, pod hełmami z żołędziowych czapeczek, okryci łuskowatym pancerzem szyszek, ściskając nieruchomo patyczki swej broni. Stoją pod murem z kilku cegieł, na którego szczycie powiewa dumnie postrzępiona szmatka na kijku, książęca chorągiew.
Wyrzezany z lipowego klocka książę wciąż trzyma się sztywno, pod lipową królewską koroną zamiast książęcej mitry. Co tam, stać go, może awansuje. Czarodziej przewrócił się, na pooranej sosnowymi słojami twarzy wciąż ma ten zły grymas.
Zaś Czarny Rycerz…
Nie ma już Czarnego Rycerza. Spotkała go kara za wysługiwanie się siłom ciemności. Z suchym trzaskiem pękł, rozsypał się gubiąc łuski pancerza, wgnieciony w zrytą ziemię. Pękł pod podeszwą ogromnego buta.
Mrok okrył księstwo. Nie był to jednak mrok niosący odsiecz, mrok niosący wybawienie. Dobra czarodziejka wiedziała o tym doskonale. To było coś gorszego, coś, z czym nawet czarodziejka sobie nie poradzi. Nawet dobra czarodziejka.
Ciężki bucior wgniótł resztki Czarnego Rycerza w ziemię. Celnym kopniakiem posłał złego czarodzieja w odległy niebyt, tam, gdzie jego miejsce. Kopniak był mocny, czarodziej nie odbył swej ostatniej drogi w jednym kawałku, jednak na zastygłej twarzy wciąż miał krzywy grymas imitujący uśmiech.
– Zjeżdżaj stąd, odmieńcu! Zjeżdżaj, bo kulasy poprzetrącam!
Brzydka dziewczynka pisnęła wbrew woli ze strachu. Ten, co rzucił cień na księstwo, okrył je mrokiem i trwogą, był w jej oczach straszniejszy od smoka. Smoki nie przetrącają kulasów. Nie zioną przetrawionym piwskiem, najwyżej ogniem i dymem. Nie mają takich przekrwionych oczu, tonących w tłuszczu zarośniętej gęby. Po prawdzie, takiej gęby też nie mają, to byłoby zbyt straszne.
Chwyciła to, co najcenniejsze, szmacianą księżniczkę o lnianych włosach i wiecznie zdziwionych oczach, przycisnęła do piersi. Chciała ocalić jeszcze dzielnego młodzieńca, co leżał czekając na cios łaski, który wciąż nie nadchodził. Nie zdążyła, rzemień ze świstem spadł na wyciągniętą dłoń, przekreślił ją szybko nabrzmiewająca pręgą. Odskoczyła, drugą ręką tuląc wciąż do piersi uśmiechniętą księżniczkę. To, i palący ból spowodowany uderzeniem spowodował, iż nie była tak zwinna, jak zawsze. Upadła na plecy.
Pijany wozak zamachnął się biczyskiem, chcąc skorzystać z niespodziewanej okazji. Skuliła się tylko, zwinęła jak embrion, chroniąc i osłaniając swą szmacianą lalkę jak najlepiej potrafiła. Czekała na następne palące ogniem uderzenia. Spod zaciśniętych powiek nie popłynęła ani jedna łza. Brzydka dziewczynka nigdy nie płakała, choć było po temu wiele okazji. Nie umiała.
Uderzenie spadło, jak się spodziewała. Chciała wytrzymać, nie poruszyć się, jak zwykle wtedy, gdy nie mogła już uciekać. Wiedziała, że wtedy zazwyczaj szybko się nudzą, żadna przyjemność bić, gdy nie widać reakcji. Człowiek męczy się niepotrzebnie, bez żadnych spodziewanych efektów, żadna zabawa. Zazwyczaj kończy się wtedy na jednym czy dwóch kopniakach w żebra. Można wytrzymać.
Nie doceniła wozaka. Uderzył z całej siły, wkładając cały entuzjazm swej robaczywej duszy. Rzemień uderzył z trzaskiem, spadając na obnażoną skórę, tam, gdzie przypominająca worek sukienka podciągnęła się do połowy ud.
Nie wytrzymała bólu. Ciało zwinęło się wbrew woli, zadrgało. Z zagryzionych warg dobył się cichy pisk. Nie krzyknęła. Nie umiała krzyczeć.
Mężczyzna zarechotał z zadowoleniem, wzniósł bat do ponownego uderzenia, zamachnął się. Już sam świst rzemienia wystarczył, by mała, skurczona postać w workowatej, podciągniętej już do samych bioder sukience zatrzęsła się w mimowolnym skurczu. Rzemień ominął cel, uderzył w ziemię wzbijając kurz. Dziewczynka na sam odgłos drgnęła, skurczyła się jeszcze bardziej. Na pijackiej gębie rozlał się szeroki uśmiech. To też niezła zabawa.
Bat znów uniósł się w górę, lecz nie opadł z powrotem. Na zarośniętej gębie odbiło się zastanowienie, małe oczka taksowały zaokrąglające się już kształty bioder. Wozak opuścił bat, podrapał się po skudlonej czuprynie.
– Ech, brzydka jesteś jak kupa, ale co tam… – mruknął gmerając u pasa.
Smoki nie przetrącają kulasów. Nie robią też innych, paskudnych rzeczy. Nie ściskają boleśnie, zostawiając granatowe siniaki. Nie zioną piwem i czosnkiem w twarz, nie ślinią, nie pokazują spróchniałych zębów. Nie wsadzają łap…
Wiedziała, że nie ucieknie, jak się zawsze dotąd udawało. Nie teraz, kiedy leżała sparaliżowana bólem. Nie przed tym człowiekiem, wystarczająco pijanym, by zrobić to, co zamierzał, ale nie na tyle, by jej nie dogonić. Nie zastanawiając się nad tym, co robi podniosła się niezdarnie, wpiła wzrok w tłustą, poczerwieniałą od pijaństwa i podniecenia gębę. Znała oślizgłe myśli, kłębiące się jak węże pod niskim czołem.
Wciąż przyciskając do piersi szmacianą laleczkę z wymalowanym węglem uśmiechem spojrzała prosto w górę, w przekrwione oczy prześladowcy.
Nie była ładna. To nie tylko pozlepiane, sztywne jak sznurki włosy opadające na chude ramiona, nie tylko zbyt głęboko osadzone, brązowe oczy, ocienione wydatnymi brwiami. Nie tylko zbyt cofnięty podbródek. Nie tylko smugi brudu na twarzy.
Nie tylko nie była ładna. W rozszerzonych oczach wpatrujących się w twarz wozaka było coś obcego. Coś, co sparaliżowało jego ruchy, coś, od czego zaczął gwałtownie trzeźwieć.
Coś, co uświadomił sobie dopiero teraz, za późno, jak spostrzegła część jego niezbyt lotnego umysłu. Resztki mizernego rozsądku, tonącego z wolna w przepastnej głębi brązowych oczu powiedziały mu, że to nie był najlepszy pomysł. Że zaczepianie tego odmieńca to co innego, niż napastowanie innej biedoty, dorastających dziewek, których tyle roiło się na podgrodziu. To nie to samo, co kopnąć taką, obmacać, albo wykorzystać w zacisznym kąciku między kupą gnoju a załomkiem murów.
1 2 3 11 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Jojo
Rafał Charłampowicz

30 VI 2018

Łobuzerski uśmiech Kornelii był rozczulający. Józef przypuszczał, że w ramach robienia mu niespodzianki właśnie nie wkłada bielizny. Udał, że niczego się nie domyśla. Zamknęła szafę. Była w letniej, żółtej sukience. Kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Wyglądała ślicznie. Patrząc na nią zapomniał, że to tylko ciało połączone z jego żoną poprzez VR.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Cienie
Mirosław Doleżych

16 VI 2018

Semen nie mógł oderwać od niej oczu. Miała pięknie haftowaną białą farbankę i ciemny, także haftowany łajbik. Włosy kryła pod białą chustką. A oczy? Jakiego koloru ma oczy? Nie zauważył. Patrzył, jak z rodzicami oddala się od cerkwi. Bał się odejść, żeby nie przegapić jej powrotu, więc po prostu usiadł na trawie i czekał.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Dzikie stworzenia
Krystyna Chodorowska

10 II 2018

Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie z otwartymi ustami. Przygotowałam się na urywane, wykrztuszone pytania, co tutaj robię, na rozkojarzone wskazywanie palcem. Miałam nawet jakieś zaimprowizowane odpowiedzi: wieczór panieński, nocne pływanie, dowcip koleżanek.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Czasozabijacz
— Jakub Gałka

Dziadek zawodowiec
— Artur Chruściel

Chodzące trupy
— Eryk Remiezowicz

Kontrasty
— Eryk Remiezowicz

Słowo dla narodu
— Jacek Dukaj

Si vi pacem, para bellum
— Janusz A. Urbanowicz

Jak ubić debiutanta
— Grzegorz Wiśniewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.